Geraldine zdawała sobie sprawę z tego, że jej młodszy brat może aktualnie nie do końca darzyć Roisa sympatią. Zapewne było w tym nieco jej winy, bo przecież kiedy się rozeszli te półtora roku temu powiedziała mu co nieco na ten temat. Była wkurwiona, musiała podzielić się swoją frustracją, mogła nieco za bardzo wtedy wjeżdżać na swojego chłopaka. Cóż, powinien jej to wybaczyć, zresztą wypadałoby nieco na ten temat powiedzieć Astarothowi, żeby nie miał jej za skończoną idiotkę, skoro po tym wszystkim, co padło jej z ust postanowiła od tak, z dnia na dzień wrócić do tego, co mieli kiedyś. Miała swoje powody, oni mieli swoje powody, czego nie wiedział jej młodszy brat. To wszystko było nieco bardziej skomplikowane, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.
Miała świadomość tego, że Ambroise nie dla wszystkich był taki w obyciu, jak dla niej, praktycznie nikomu nie pokazywał tej strony, z której ona go znała, co mogło powodować pewne zgrzyty, bo jej brat tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, jak wyglądało jej życie z Greengrassem u swojego boku. Kiedy byli ze sobą ostatnio ledwie skończył Hogwart, nie mieszkali razem, od czasu do czasu spotykali się na rodzinnych obiadach i tyle. Ostatnie półtora roku było dość ciężkie, miała problemy chyba z wszystkimi relacjami, które coś dla niej znaczyły. Czuła, że od brata również nieco się oddaliła wtedy - gdy umarł na jej rękach. Nadal trochę się za to obwiniała, czuła, że gdyby zareagowała szybciej to Roth nadal by żył, a nie egzystował. To wszystko było mocno skomplikowane. Cóż, najważniejsze, że teraz znajdowali się tu razem, w tej kamienicy, względnie żywi, czyż nie? Zawsze mogło być gorzej, zważając na ten chaos, który znajdował się na zewnątrz. Może nieco oberwali, jednak nie były to żadne trwałe uszczerbki, nawdychali się dymu i tyle, nic więcej im się nie stało. Na pewno wielu by im zazdrościło tego, że udało im się jakoś to przetrwać. Wiedziała bowiem, że już niedługo opuszczą Londyn, nie miała ku temu najmniejszych wątpliwości. Zresztą przed tym, jak zaczęły się te pożary rozmawiała z Ambroisem o tym, że muszą zabrać Astarotha na wieś, by ogarnąć jego nałóg, okazja pojawiła się nieco szybciej, może nie do końca szczególnie przyjemna, ale musieli to zrobić.
Najpierw jednak było warto sprawdzić, czy wszyscy ich najbliżsi byli bezpieczni, przecież przez to się tutaj znaleźli. Przyszli zobaczyć, czy ich chrześniak na pewno został zabrany z płonącego miasta. Nie sądziła, aby Cornelius dopuścił do tego, aby Fabian znajdował się w sercu tych wydarzeń, jednak nie mogłaby spokojnie opuścić miasta, gdyby tego nie sprawdziła, zresztą dla Roisa to też było całkiem oczywistym posunięciem.
- Jasne, Corio by się wkurwił gdybyśmy mu wyważyli drzwi. - Pewnie wystawiłby im za to też konkretny rachunek, jak to miewał w zwyczaju. Cornelius był prawdziwym wrzodem na tyłku. Wątpiła jednak w to, że był w środku, wydawało jej się, że nie słyszy żadnych dźwięków, które z niego dochodziły. Jasne, mogła źle to oszacować, bo przecież z zewnątrz co chwila dochodziły do ich uszu krzyki, aczkolwiek nie wydawało jej się, aby to przeczucie ją myliło. Warto było jednak to sprawdzić, a skoro Ambroise miał klucze u siebie, to mogli to zrobić w cywilizowany sposób.
Odprowadziła jeszcze wzrokiem swojego chłopaka, kiedy ten ruszył na wyższe piętro. Pozostawało jej tutaj czekać, bo co innego miałaby zrobić, skoro jej brat został oddelegowany do stukania w kolejne drzwi.