• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy

[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
17.04.2025, 17:23  ✶  
Noc, która powinna być ciemna i cicha, była teraz była przerażająco jasna - przesycona światłem płomieni, które zdawały się rozrywać niebo. W powietrzu unosił się zapach dymu, a odgłosy ognia trawiącego miasto i krzyków wypełniały noc. A ja, zamiast uciekać za miasto, niosłem tę nieznajomą kobietę, której imienia nie zarejestrowałem, jeśli kiedykolwiek mi się przedstawiła, czując, jak gorąco otacza mnie ze wszystkich stron, i mimo to idąc dalej przez tłum. Światło ognia oświetlało twarze ludzi, których mijałem, ich oczy były pełne paniki. Niektórzy zawodzili, a niektórzy cicho płakali. Otoczenie wokół nas było gorączkowe, zarówno mugole, jak i czarodzieje nie wiedzieli, co robić, ich twarze zniekształcały strach i zagubienie. W powietrzu unosił się duszący popiół, a my wciąż brnęliśmy przez tłum, który z każdą chwilą stawał się coraz gęstszy. Zmęczenie dawało mi się we znaki, ale nie mogłem jej teraz zostawić. Trzymając na barana tę nieznajomą, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że znaliśmy się od zawsze, mimo że było to nasze drugie spotkanie.
- Musis szię pszyswyszaiś, jeszli masz byś moją pszyjasiółką, wieś? Akceptowaś mnie takiego, jakim jestem... Szyli upieldliwego. - Cicho parsknąłem. - Lepiej, szebyś tego nie podłapywała, bo nie ma w tym nis, co mogłoby ci się pszydać. Mam naleciałoszci, uszywam slangu, mieszanki co najmniej tszech jęsyków i z sześciu dialechtów. Jak zasznę ci wyjaśniaś kaszde moje słowo, to do lana nie tlafis do ministelstwa... Chces tego? Nie sządzę. - Zacmokałem teatralnie. Zaraz jednak przypomniałem sobie, że muszę wyjaśnić jej, co tak naprawdę oznacza to, co mówię. Zatrzymałem się na chwilę, by spojrzeć na nią przez ramię, a w moim głosie dało się wyczuć nutę lekkiego rozbawienia. - Naswałem cię zszędą, maludą, naszekaszką - coś pomięsy. To nie jest sniewaga, to fakt. Powinaś wiedzieś, sze cię nie puscę, nawet, jakbym dostał od kogosz w łeb. - Teraz otwarcie skarciłem ją za tamte słowa - sama tego chciała. - Nęsny blak wialy w pszyjasiół, zasztanów szię następnym lasem. - Pokręciłem głową. Nie chciałem, żeby wiedziała, że czuję, iż to nasze dzisiejsze spotkanie jest jedynie chwilowe i że nasze drogi się rozejdą, a my nigdy więcej nie będziemy mieli okazji się spotkać. Mimo to rozmawialiśmy, jakbyśmy byli starymi znajomymi, a nie dwójką nieznajomych w obliczu chaosu. Obróciłem głowę przez ramię, żeby spojrzeć na jej twarz, zaskakująco spokojną w tej chaosie. Oczywiście, musiałem coś powiedzieć, żeby rozładować napięcie.
- Nie uwieszą ci, wies? - Uśmiechnąłem się do niej, choć wiedziałam, że nie widzi mojego wyrazu twarzy i w tej sytuacji nie powinno być nic zabawnego. - Ten wysoki, ciemny, cool facet, któly sziesi sagranisą? No, niemoszliwe. - Pokręciłem głową. - Dziś lepiej tesz o mnie nie opowiadaj, ani póśniej... Lusie w Ministelstwie mają baldziej przysiemne splawy na głowie nisz twoje pszyjaśnie s tajemniszymi osobami. Podejszewam, sze w najlepsym lasie będą szię śmiaś. A w najgolsym? Zamkną cię w biusze i kaszą ci wypełniać formulasze, szebyś nie pszynosiła im wsztydu swoimi wyoblaszeniami. - Wiedziałem, że to niemal koniec i już się więcej nie spotkamy, ale w tej chwili musieliśmy grać rolę, by rozluźnić atmosferę. - Wies, so? Jeszli myślis, sze dostanies ode mnie jakiesz ładne posztówki s palmami i sachodami szłońca, to się glubo mylis. Będę ci wyszyłać najgolsze moszliwe widokówki... Takie, sze nie będzies wiesiała, co s nimi zlobiś. Te, któle chowa szię w pudełku po butach pod łószkiem, a nie wiesa na lodówce. - W moim głosie dało się wyczuć pełne przekonanie tego, co mówię - to nie była groźba, to była informacja przed zapisaniem się do subskrypcji naprawdę żenujących pocztówek otrzymywanych w najbardziej nieprzewidywalnych momentach. Rozmowa szła nam świetnie...
Gdy usłyszałem jej odpowiedź odnośnie pierścionka zaręczynowego, czas na chwilę stanął w miejscu. Narzeczony nie żyje - te słowa przeszyły powietrze, jak rzucony sztylet. Nie wiedziałem, co powiedzieć, bo przecież nie to było moim zamiarem. Przepraszała mnie za to, co powiedziała, za to, że wyjawiła mi, iż jej narzeczony nie żyje. Nie chciałem wywołać smutku w tych szaleńczych okolicznościach, ani tym bardziej wzbudzić w kobiecie konieczności czucia się tak, jakby musiała mnie za coś przepraszać - nie teraz, nie tutaj, nie nigdy. Zamiast tego, starałem się rozproszyć myśli, przeszukując wzrokiem tłum. Przez chwilę wahałem się, czy w ogóle odpowiedzieć. Czułem, jak napięcie w powietrzu rośnie, a ogień w Londynie zdaje się być jedynie tłem do tego, co się dzieje między nami. Obróciłem głowę przez ramię, zerkając na nią, próbując rozczytać jej myśli. Usłyszałem jej słowa, te nieszczęsne przeprosiny, że powiedziała mi o swoim narzeczonym - nie byłem w stanie udawać, że nie. Zaskoczyła mnie tym, bo jeszcze chwilę wcześniej żartowaliśmy, starając się odwrócić uwagę od tego, co działo się wokół nas - rozmawialiśmy swobodnie, jakbyśmy znali się od lat. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć. Nie znaliśmy się, a jednak w tym momencie dzieliliśmy coś więcej niż tylko przestrzeń, którą musieliśmy przejść - nasze losy splatały się w niespodziewany sposób.
- Nie musis. Kaszdy snas ma szwoje piekło, nawet jeszli nie zawse widaś to na pielwszym planie. - Nie chciałem, żeby czuła się niezręcznie, więc spróbowałem rozładować napięcie... I tak, w odpowiedzi na jej przeprosiny, wypaliłem z debilnym tekstem. Cokolwiek, by rozładować atmosferę. - Wies, ja kiedysz byłem szonaty. Na ogół, kiedy mówię o tym lusiom, leagują dziwnie, a ona jak najbalsiej szyje. - Uśmiechnąłem się krzywo, czego nie mogła zauważyć, ale byłem pewien, że mogła odczytać mój wyraz twarzy - światło ognia odbijało się w moich oczach, i chociaż powietrze było przesycone dymem i paniką, w moich tęczówkach na pewno pojawiła się gorycz, nie strach.
W moim umyśle pojawiły się wspomnienia, jak z posklejanej kliszy filmowej - chwile z Alice, kiedy próbowaliśmy się dogadać, kiedy ja starałem się być tym, kim ona chciała, a ona starała się być tym, kim myślała, że powinna. Nie chciałem, aby to, co mówiłem, brzmiało zbyt poważnie. Prawda była taka, że w tej chwili liczyła się tylko nasza droga do ministerstwa, a wszystkie inne sprawy były odległe i nieistotne. Moje słowa miały w sobie odrobinę goryczy, ale starałem się, by brzmiały lekko. Nie spotkamy się więcej. Nie będziemy przyjaciółmi. To, co działo się teraz, było ulotne jak dym, więc mogliśmy wymienić kilka doświadczeń - czemu by nie.
- Po plosztu potszebowała pszestszeni, a ja… Cósz, jesztem tlochę za duszy, zajmuję spolo miejszca. - Powiedziałem oszczędnie, starając się wcisnąć w to odrobinę humoru. Czułem, jak żart wisi w powietrzu, jakby był nienaturalny w obliczu tego, co przed chwilą usłyszałem. Zrobiłem przerwę, zastanawiając się, czy moje słowa nie brzmiały zbyt egoistycznie. W tym momencie, kiedy całe miasto płonęło, ja śmieszkuję o tym, że nie potrafiłem dać miejsca kobiecie, która była ze mną. Czułem, że to może być niewłaściwe, ale w mojej głowie wciąż pojawiały się obrazy z przeszłości - jak próbowałem zmniejszyć się dla kogoś, kto nigdy nie potrafił dostrzec, że nie muszę maleć, by być względnie akceptowalny. - No, m'kay. Wobes tego, jeszli mnie to nie zdeklasuje w byciu cool... Mosze miała lasję, bo kompletnie pszytłaszam ludzi. Jak nie ja, to pszynajmniej moje ego i zajebiste wyszusie sytuacji. Jestesz tego szywym dowodem. - Dodałem, próbując rozładować atmosferę. Mieszkanie w mniejszych pomieszczeniach, w których czułem się za duży, to była nasza codzienność. Czasem mówiłem, że zajmuję sporo miejsca, a ona tylko się śmiała, ale przecież wiedziała, że to nie chodziło tylko o fizyczne ograniczenia - przez długi, bardzo długi czas udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Podtrzymywaliśmy trupa przy życiu, co było o tyle ironiczne, że moja była znała się w jakimś stopniu na medycynie, ale najwidoczniej to nie wystarczyło, żeby zatrzymać duszę przy tym umierającym ciele - nasze małżeństwo było na długo martwe, zanim zupełnie się rozpadło...
- Znam podstawy medysyny, ale lepiej, szebym nie mówił ci, jakiej i w jakim zakresie, bo obawiam się, sze to bęsie dla ciebie golsza abominasja od sela w plosku, wies... - Rzuciłem lekkim głosem, odchrzakując, kiedy trochę zapiekło mnie w gardle - wiedziałem, że z minuty na minutę brzmię coraz bardziej chrapliwie i sycząco, ale nie mogłem nic z tym zrobić, o ile całkowicie nie przestanę mówić, czego nie chciałem robić. Nasza rozmowa pomagała panować nad sytuacją - przynajmniej w jakimś sensie.
Wśród tego zgiełku poruszaliśmy naprawdę osobliwe tematy, więc nie zdziwiłem się, kiedy usłyszałem jej słowa o soli i o tym, jak przydaje się tylko do usypywania kręgów i pentagramów. Zgodziłem się z nią całkowicie, bo sól była czymś znacznie więcej niż tylko przyprawą, ale czułem potrzebę, by dodać trochę więcej.
- Nie tylcho do klęgów i pentaglamów. - Cmoknąłem specjalistycznie. - Sól to tesz doszkonały ślodek do lytuałów osyscająsych. Posa tym, wies, moszna nią zablokowaś dszwi, okna i komindk, by szadne gówno szię nie pszedostało. A szalna sól… - Pokrótce wytłumaczyłem, nie chcąc zanudzać jej zbędnymi detalami. - To naszęsie do szusania i odszyniania klątw... Blablabla. - Wiedziałem, że w tej chwili powtarzam rzeczy oczywiste, ale musiałem odwrócić nasze myśli od płomieni i strachu, i tej niedawnej rozmowy. - Jak jus ją nosis do tych wszystkich szeszy, to tylko mówię, sze jeszt tesz szwietna do przedłuszania szywotnosi jedzenia. Wies, w tludnych szasach, takich jak te, kaszdy kawałek jedzenia szię liszy. Wiem, sze pszesolone jesenie, to nie jeszt najsmaszniejsza szecz, ale w obliszu głodu… - Zaraz potem parsknąłem cichym śmiechem na wspomnienie brytyjskiej kuchni. - Ach, tak, Blytyjszysy i ich lyba z flytkami... - Pobłażliwie prychnąłem, uśmiechając się lekko do samego siebie. - W posządku, mosze byś lyba s flytkami. Zdesydowanie plęsej nisz dania włoskie, bo sczesze mówiąs, nigdy nie gotowałem makalonu. - Przyznałem się, kręcąc głową.
Spojrzałem na gęsty tłum, który krążył wokół nas. Przerwałem na chwilę, zwracając uwagę na jakieś zamieszanie w oddali. - A tak na malginesie, lakowe étouffée i pstrąg a la meunièle to kuchnia kreolska luizjańska, a nie francuska. - Nie musiałem tego dodawać, ale jakoś tak wyszło, że postanowiłem dać jej znać, jaka jest właściwa kategoria. - Jesztem s Luizjany, nie s Flancji. To oglomna lósznisa, jako pszyjaciółka powinnasz to wiesieś. - Dodałem, starając się, by moje słowa brzmiały lekko, mimo że w głębi duszy czułem, że nasze spotkania są skazane na niepowodzenie.
Zerknąłem przez ramię, kiedy mówiła o konkurencji dla najbardziej niebezpiecznych zawodów, i nie mogłem powstrzymać się od wywrócenia oczami. Potem znowu spojrzałem przed siebie, próbując przeanalizować otaczający nas tłum. Znowu obróciłem się w jej stronę, dodając z przekąsem:
- Amnesjatoszy, tak? - Zmrużyłem oczy, pokręciłem głową i kontynuowałem. - Posa tym zdefiniuj mi klasysznego „łowcę”. - Parsknąłem lekko na myśl o tym, jak łatwo można wpaść w pułapkę stereotypów, nie dając jej czasu na teoretyzowanie, chociaż to z pewnością byłoby całkiem ciekawe - usłyszeć, co ktoś z zewnątrz myśli na ten temat, gdzie stawia granice, która była płynna, nomen omen, trochę zbyt płynna, jak na moje standardy, a także na opinię kolegów po fachu. Mi osobiście wydawało się bardzo jasne, że te dwie grupy średnio za sobą przepadają, więc porównywanie ich ze sobą jest niesmaczne, nawet mając tyle punktów wspólnych - nie bez przyczyny dosyć mocno odcinaliśmy się od siebie poprzez używanie osobnej terminologii. - Jesteszmy fajniejsi... Osobiszcie dokładnie tak szamo potlafię upieldoliś łeb wiwelnie, soly za wylaszenie, co wiekszoś tych dupków, ale umiem zadbaś o to, szeby nis nie upieldoliło mi pszy tym lęki. - Samochwalstwo? Być może, ale no - nie przepadałem za ludźmi, którzy korzystali z tych samych bestiariuszy, często nawet bardziej ubogich, bo pozbawionych informacji o istotach powiązanych z klątwami, wymagających egzorcyzmów czy pieczętowania, jak na przykład wendigo czy dżiny, za to nosili się tak, jakby byli lepsi, bo rzucają się od razu do walki. Niestety wielokrotnie miałem okazję z nimi współpracować, na tyle blisko, że moja opinia na ich temat była bardzo mocno nakreślona, cholernie ugruntowana i wolałem nazywać się „najemnikiem”, mimo tego, że po fakcie, gdy bieda zaglądała w oczy, zajmowałem się wszystkim - nawet tymi wspomnianymi wiwernami. Nie zawsze były klątwy do łamania i pieczęci do zakładania, czasami trzeba było obniżyć standardy i pójść utłuc bagnowyja. Preferowałem jak najdalszą terminologię od stawiania się w jednym rzędzie z łowcami - szczególnie z tymi „profesjonalnymi”, z rodzin łowieckich, z dziada pradziada. Oni wszyscy byli najgorsi.
- Byś mosze. - Odpowiedziałem krótko, żeby nie wypowiadać się o tym, że mimo wszystko - z przemytu można było utrzymać się na wyższym poziomie, niż jakikolwiek urzędnik, no, chyba że skorumpowany, wtedy ryzykował niemal tak bardzo jak te terenowe zawody.
Przełknąłem ślinę, czując, jak pot spływa mi po plecach, ale nie przerywałem. Przekręciłem głowę przez ramię, patrząc w oddal za kobietą i starając się dostrzec, co dzieje się za nami w tym piekle, które otaczało Londyn. Płomienie ogarniały budynki wokół nas, a dym wdzierał się do moich płuc. Czułem, że musimy się spieszyć. Zacisnąłem zęby, starając się przepchnąć przez gęsty tłum, który zdawał się nie mieć końca.
- Pieniąse. - No, przecież oczywiste, że nie będę mówić eleganckiej, ładnej kobiecie o tym, co po prawdzie miałem na myśli - ruchanie. Wystarczyło, że kilka dni temu powiedziałem to komuś innemu, ale wtedy, w tamtej sytuacji, rozmawiałem z kimś bardziej na moim poziomie - z babochłopem Ambroise'a. Mogłem posłużyć się ulicznym językiem, otwarcie mówiąc o tym, że przyciągam różne dziwne typiary, typy właściwie też, przez co momentami naprawdę miałem wrażenie, jakby połowa miasta chciała mnie zaciupać, a druga przelecieć... I może wtedy zaciupać, to też było możliwe. Z uwagi na moją towarzyszkę, jednak wybrałem łagodniejszą wersję - jeśli nie przemoc i seks, to pieniądze. Triada rządząca światem. - Chsą mnie wykoszystaś do intelesów. - Odpowiedziałem, bez zająknięcia, bo to też było w jakimś stopniu prawdziwe. Zatrzymałem się na chwilę, by zaczerpnąć oddechu. Z każdym krokiem czułem, jak moje siły topnieją, a gorące powietrze wypełnione dymem drażniło moje płuca.
Zaraz po tych słowach, w tłumie za nami rozległ się krzyk. Ktoś potknął się o leżący fragment gruzów, a jego upadek spowodował panikę. Ludzie zaczęli się rozpychać, szukając dróg w inne strony - przynajmniej na kilka chwil, bo zaraz znów ta luka samoistnie się wypełniła. Na placu trudno było znaleźć kawałek luźnego miejsca, było tu zdecydowanie zbyt wielu ludzi - gdybym mógł być w tym lesie, zamiast tutaj, to najpewniej zaryzykowałbym nawet atak dzikiej wiewiórki na widok mojej nieudanej grzywki.
- No, totalnie bym je wystlasył, bo nie umiem poluszaś szię po lesie... - Zatrzymałem się na chwilę, by złapać oddech, a w moim głosie wybrzmiała nuta ironii. Żarty były moim sposobem na przetrwanie, na odwrócenie uwagi od tego, co działo się wokół nas, i wyglądało na to, że działają lepiej niż założyłem. - Zawse lesą. - Skwitowałem, przytaknąwszy bez owijania w bawełnę, i tak zdając sobie sprawę z tego, że to raczej oczywiste. Nigdy nie miałem zbyt wiele problemów ze znalezieniem kogoś, kto był mną w jakimś zakresie zainteresowany, choćbym nawet był zakurzony albo utytłany w błocie i we krwi - kobiety lubiły bawić się w pielęgniarki. Tyle tylko, że ja niespecjalnie tego chciałem.
- Sugelujes, sze jestem niewdzięszny? - Przerwałem na chwilę, czując jak zmęczenie zaczyna dawać mi się we znaki. Gdzieś w oddali słychać było krzyki, dźwięki rozbijających się szyb i łamiących się gałęzi.
Powietrze wokół nas było gęste od dymu i popiołu, a ja nie mogłem przestać myśleć, że to wszystko to tylko chwilowy epizod. Cała ta rozmowa, ta chemia między nami - to wszystko wydawało się kłamstwem, ale potrzebowałem tego, by rozluźnić atmosferę. Próbowałem się uśmiechnąć i brzmieć na rozluźnionego, ale dźwiganie jej ciała stawało się coraz bardziej męczące. Mimo to, musiałem się trzymać. Złapałem ją mocniej, gdy tłum nagle się wzmocnił, a ludzie zaczęli popychać się nawzajem, w panice szukając wyjścia - najpewniej przez to, że ktoś z przodu zaczął niezrozumiale coś wykrzykiwać, odstawiając epizod psychotyczny, zanim ktoś z ministralnej grupy ruszył w jego stronę. Tłum cofnął się na nas, ktoś praktycznie wpadł mi pod nogi. Potknąłem się na nierównej nawierzchni, z trudem utrzymując równowagę, ale zaraz mocniej stanąłem na ziemi, odpychając tego człowieka.
- Nie wiem, szy to działa... Mosze jednak pokasz te cycki? - Mówiąc to, czułem, jak ciężar tej sytuacji spoczywa na moich ramionach. Chociaż w sercu wiedziałem, że to wszystko jest iluzją, że nie spotkamy się ponownie, a nasze „przyjaźń” to tylko gra na czas, nie mogłem tego powiedzieć - tak samo, jak tego, że musimy znaleźć sposób, żeby zwrócić uwagę tych ludzi z ministerstwa, zanim zginiemy w tym tłumie. Rozluźnienie atmosfery było nam potrzebne, więc kontynuowałem, z lekkim uśmiechem. - A tak szelio, moszesz machaś mosniej? Albo, no, wyszej? - Spytałem, bo nie widziałem, jak to robiła, i czy to było w ogóle możliwe.
Tłum wokół nas był jak rwąca rzeka, pełen paniki i strachu, ale musieliśmy znaleźć sposób, aby dotrzeć do celu. Gdy tylko dostrzegłem, że kilka osób z ministerstwa zaczyna nas zauważać, poczułem, że nasze wysiłki zaczynają przynosić rezultaty. Grupa nie była liczna, ale wyglądała na zbiorowisko ludzi będących w stanie poradzić sobie z wyłapaniem pracownika ze spanikowanego tłumu. Na chwilę naprawdę mi ulżyło, a potem jeden z mężczyzn, uderzony przez współpracowniczkę w ramię, obrócił się w naszą stronę, patrząc wprost na kobietę na moich ramionach i... Na mnie...? Ja pierdolę, wszędzie rozpoznałbym tę gębę, ale czy ta gęba była w stanie rozpoznać mnie? Z tej odległości i z zasłoniętą twarzą, z udami mojej towarzyszki zasłaniającymi mi szyję, w gęstym tłumie? Nie wiedziałem, ale nie mogłem nic na to poradzić, że krew na momencie zawrzała mi w żyłach. Usiłowałem nie rozejrzeć się w panice, tylko iść dalej miarowym krokiem, do momentu, w którym tłum zrobił się jeszcze gęstszy, a przed nami wyrósł całkiem wysoki człowiek - mojego wzrostu, może nawet wyższy. Wykorzystałem okazję - schowałem się za nim, stając w miejscu.
- Szłuchaj, mon amie... - Zaczerpnąłem jeden, głęboki oddech i obróciłem głowę przez ramię, spoglądając w górę, żeby złapać spojrzenie kobiety, starałem się wyglądać i brzmieć zupełnie normalnie. - Musę cię telas postawiś, potszebuję, szebyś pszepchała szię do nich sama... To tylko se dwa metly, oni tesz po ciebie idą, das ladę, m'kay? - Robiłem wszystko, co w mojej mocy, by nie zabrzmieć, jakbym był zestresowany, ale w rzeczywistości wszystko we mnie krzyczało, żebym przestał wyjaśniać kobiecie, co się dzieje i jak ma postąpić, nie cackał się z nią, jak z dzieckiem, tylko opuścił ją na ziemię i jak najszybciej się wycofał. Miałem wrażenie, że nasze spojrzenia się spotkały, może nie na dłużej niż kilka sekund, ale nie wiedziałem, ile wystarczy, żeby mnie rozpoznał. To mogła być kwestia jednego rzutu oka - wszystko było prawdopodobne, gdy czuło się jak zwierzę zapędzone w potrzask. - Pszyklo mi, pszeplasam. Nie mogę ci dłuszej pomagaś... - Zabrzmiałem bardziej nerwowo, niż planowałem, ale jednocześnie już nie czekałem na reakcję - od razu pochyliłem się do przodu, nie tylko umożliwiając jej zsunięcie się z moich pleców, co zdejmując ją sobie przez głowę. Mocno zacisnąłem ręce, przeniesione z jej kolan na talię, po czym zrobiłem sobie trochę miejsca z przodu, po chamsku pchając kogoś kolanem w plecy i - ignorując wściekłe spojrzenie - wciskając zdjętą kobietę przed siebie w taki sposób, że przez chwilę opierała się na moim ciele. - Nie wychoś jusz dzisiaj z ministelstwa, m'kay? Poladzisz sobie. - Mruknąłem do niej, celowo pochylając się do jej ucha, żeby nie musieć unosić głosu ponad głośnym tłumem. Czułem, że w tej chwili nasze losy się rozdzielają, ale miałem nadzieję, że moja obietnica nie była składana na marne i kobieta zamierzała skorzystać z możliwości schronienia się w gmachu ministerstwa, zamiast w którymś momencie tej nocy postanowić stamtąd wyjść i znowu rzucić się na zatłoczone ulice. Nie - nie wyglądała na aż tak nierozsądną i nawet, jeśli się nie znaliśmy, to miałem wrażenie, że pod tym kątem właściwie ją oceniałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13716), Prudence Fenwick (11356)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 11.04.2025, 15:42
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.04.2025, 01:48
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 12.04.2025, 12:32
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.04.2025, 17:55
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 13.04.2025, 00:37
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 13.04.2025, 17:01
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 13.04.2025, 23:05
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 14.04.2025, 19:14
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 14.04.2025, 23:10
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.04.2025, 17:23
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.04.2025, 22:42
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.04.2025, 19:21

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa