17.04.2025, 21:36 ✶
Zaczepne pytanie skomentowała li tylko wysokim uniesieniem brwi. Jej ostre rysy, wyraziste kości policzkowe i lodowate szare oczy zdawały się epatować pogarda. A może profesjonalizmem? Oba leżały zbyt blisko siebie, a w półmroku ćwiczebnej sali nie musiała silić się na kokieteryjne uśmieszki. Nie wobec swojego współwykonawcy.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to błąd. z politycznego punktu widzenia bliski kontakt z główną częścią drzewa, z syneczkiem dyrektora powinien być korzystny dla dalszego wspinania się po szczeblach artystycznej kariery. Lauretta wiedziała jednak, że to ślepy zaułek. Jesli kogokolwiek powinna tu uwodzić, to był to jej wuj, a nie kuzyn. Nie żeby zamierzała. Obecnie w głowie miała tylko układ, wykuty na blachę, ćwiczony na sucho bez Merlina, ćwiczony wieczorami, wizualizowany w drodze do i z teatru.
Musiała być doskonała.
Ale owej doskonałości nie była w stanie osiągnąć sama niestety.
Lekko wydęte wargi nie obdarzyły Hannibala choćby cieniem kojącego uśmiechu i niepotrzebnego, marnującego czas i energię współczucia. Drażnił ją swoją nieudolnością, zdecydowanie nie należała do grona jego fanek. Głupi szczeniak - nawet jeśli tylko kilka lat młodszy od niej - nic nie wiedział o tykającym zegarze prawdziwych artystów. O jej zegarze. Urodzenie, zestaw genitaliów - to wszystko warunkowało jego sukces.
Głupi kutas.
Skinęła głową i przyjęła właściwą pozę. Zaczął odliczać, niczym droga na ścięcie, krok za krokiem...
i raz i dwa i piruet
Bladolica maska będąca jej twarzą przybrała adekwatny wyraz zaprojektowany przez reżyserskie dłuto. Muzyka nie musiała grać, bo słyszała ją każdą cząstką siebie, żelazne poddawały się żelaznej woli artystki. Gwiazdy.
Utwór płynął, scena miała sens, miała swój dobry czas. Praca wkońcu zaczęła przynosić efekty. Ale oboje byli zmęczeni.
Gdy gruchnął kolanem, potworny grymas wykrzywił piękną twarz. Zniesmaczenie? Wściekłość? Spodziewane "solo" nie pojawiło się. Zamiast muzy, na scenę wkroczyła wprost Furia.
- Co Ty sobie wyobrażasz gówniarzu! To nie jest takie trudne, ja NIE JESTEM w stanie zatańczyć tego za Ciebie! - wybuchła, ale w jej zaciśniętym gardle znać było bezsilność i strach. Presja była zbyt wielka. - Co za pierdolona amatorszczyzna - wypluła z siebie odchodząc od klęczącego mężczyzny do swojej torby w której miała poza różdżką i ręcznikiem butelkę wody. Pustą butelkę.
Z gruchnięciem cisnęła ją w widownie, a potem opadła na deski drążcymi dłońmi wygładzając sobie włosy, mimowolnie wcierając pot zamist pomady. Była na granicy wytrzymałości.
- To nie może się znowu wydarzyć, tym razem musi... musi być idealnie... - Powieki miała szeroko rozwarte, jej pierś falowała urwanym oddechem. Nie mówiła do niego, choć mantra zamiast ukojenia raczej przydawała jej napięcia. - Musimy to po prostu powtózyć, jeszcze raz i jeszcze... - Wciąż drżąc schyliła się do torby aby sięgnąć po różdżkę. Drugą dłonią potrawiła getrę skrywającą łydkę. Mięśnie błagały o litość. Jej partner przed momentem błagał o litość. Ale sztuka nie znała litości. Sztuka wymagała poświęceń.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to błąd. z politycznego punktu widzenia bliski kontakt z główną częścią drzewa, z syneczkiem dyrektora powinien być korzystny dla dalszego wspinania się po szczeblach artystycznej kariery. Lauretta wiedziała jednak, że to ślepy zaułek. Jesli kogokolwiek powinna tu uwodzić, to był to jej wuj, a nie kuzyn. Nie żeby zamierzała. Obecnie w głowie miała tylko układ, wykuty na blachę, ćwiczony na sucho bez Merlina, ćwiczony wieczorami, wizualizowany w drodze do i z teatru.
Musiała być doskonała.
Ale owej doskonałości nie była w stanie osiągnąć sama niestety.
Lekko wydęte wargi nie obdarzyły Hannibala choćby cieniem kojącego uśmiechu i niepotrzebnego, marnującego czas i energię współczucia. Drażnił ją swoją nieudolnością, zdecydowanie nie należała do grona jego fanek. Głupi szczeniak - nawet jeśli tylko kilka lat młodszy od niej - nic nie wiedział o tykającym zegarze prawdziwych artystów. O jej zegarze. Urodzenie, zestaw genitaliów - to wszystko warunkowało jego sukces.
Głupi kutas.
Skinęła głową i przyjęła właściwą pozę. Zaczął odliczać, niczym droga na ścięcie, krok za krokiem...
i raz i dwa i piruet
Bladolica maska będąca jej twarzą przybrała adekwatny wyraz zaprojektowany przez reżyserskie dłuto. Muzyka nie musiała grać, bo słyszała ją każdą cząstką siebie, żelazne poddawały się żelaznej woli artystki. Gwiazdy.
Utwór płynął, scena miała sens, miała swój dobry czas. Praca wkońcu zaczęła przynosić efekty. Ale oboje byli zmęczeni.
Gdy gruchnął kolanem, potworny grymas wykrzywił piękną twarz. Zniesmaczenie? Wściekłość? Spodziewane "solo" nie pojawiło się. Zamiast muzy, na scenę wkroczyła wprost Furia.
- Co Ty sobie wyobrażasz gówniarzu! To nie jest takie trudne, ja NIE JESTEM w stanie zatańczyć tego za Ciebie! - wybuchła, ale w jej zaciśniętym gardle znać było bezsilność i strach. Presja była zbyt wielka. - Co za pierdolona amatorszczyzna - wypluła z siebie odchodząc od klęczącego mężczyzny do swojej torby w której miała poza różdżką i ręcznikiem butelkę wody. Pustą butelkę.
Z gruchnięciem cisnęła ją w widownie, a potem opadła na deski drążcymi dłońmi wygładzając sobie włosy, mimowolnie wcierając pot zamist pomady. Była na granicy wytrzymałości.
- To nie może się znowu wydarzyć, tym razem musi... musi być idealnie... - Powieki miała szeroko rozwarte, jej pierś falowała urwanym oddechem. Nie mówiła do niego, choć mantra zamiast ukojenia raczej przydawała jej napięcia. - Musimy to po prostu powtózyć, jeszcze raz i jeszcze... - Wciąż drżąc schyliła się do torby aby sięgnąć po różdżkę. Drugą dłonią potrawiła getrę skrywającą łydkę. Mięśnie błagały o litość. Jej partner przed momentem błagał o litość. Ale sztuka nie znała litości. Sztuka wymagała poświęceń.