17.04.2025, 22:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2025, 14:44 przez Anthony Ian Borgin.)
Ogniska im się kurwa zachciało.
Było nieznośnie parno, a w powietrzu unosił się smród. Maska ciążyła mu na twarzy, irytowała go niemiłosiernie, ale nie marudził. Nie powinien narzekać, skoro mógł pracować ze Stanleyem, bo we dwóch mogli zrobić wszystko. Przesunął palcami po materiale ciemnego kaptura, który opadał na jego głowę, dając całemu temu kostiumowi jeszcze bardziej mroczny i morderczy obraz. Na Merlina, ktoś powinien powiedzieć Louvainowi, że powinni zainwestować w lepsze ubrania, jakiegoś krawca. Westchnął, skupiając się jednak na tym, po co tu przyszli. Nie było to łatwe.
-Okay. - zgodził się grzecznie, unosząc dłoń i poprawiając czarną rękawiczkę, znów skrzywił się pod maską na podmuch gorąca. Sięgnął podobnie jak Borgin starszy po różdżkę, zaciskając ją mocno w palcach. Zdanie faktycznie nie było skomplikowane, ale Londyn pogrążony był w chaosie i należało zachować ostrożność. Aurorzy mogli pokazać się wszędzie, a ostatnie, co było im teraz potrzebne, to potyczka. - To będzie długa noc, co? Mam nadzieję, że Rosie jest bezpieczna. - mruknął cicho do brata, mimowolnie prostując się pod wpływem jego klepnięcia. - Nie muszę widzieć Twojej słodkiej buźki, żeby wiedzieć, jak protekcyjnie na mnie patrzysz.
Rzucił z przekąsem, wywracając oczami. Wciąż traktował go jak dziecko, a Tosiek był przecież poważanym komornikiem, przyszłą głową departamentu skarbu, a nawet narzeczonym. Na lisa mruknął, podążając wzrokiem za tym, co wskazywał.
- Nie. Nie będę spierdalał i nie zostawię Cię samego. Koniec tematu, pogódź się z tym. - odparł tonem, który nie zniósłby sprzeciwu i zrobił kilka kroków do przodu, rozglądając się dookoła. - Weźmy się do roboty.
Wiedział, że zaraz zacznie mu prawić monologi o tym, dlaczego powinien go słuchać i jak będzie wściekły, gdy nie zrobi tego, czego od niego chciał. W tej kwestii jego ukochany brat był niczym zacięta płyta. Anthony nie zamierzał jednak tchórzyć. Rozkazywać to mógł sobie swoim blondynkom w sypialni.
- Nieźle, ale potrzebujemy więcej. Jeśli to nie wyjdzie, zawsze możemy wysadzić tamtą ścianę ceglaną, ogień tam nie dotarł jeszcze. - zaproponował, unosząc dłoń, gotowy do rzucenia czaru. Hipnoza nie była tu użyteczna, jego umiejętności główne też, zostały więc zaklęcia i magia praktyczna. Skierował rdzeń magicznego patyka na stosik, niewerbalnie rzucając czar, który miał mocniej utrudnić pokonywanie ulic, zwłaszcza w pośpiechu. Mogli też zawsze poprzesuwać jakieś duże, drewniane fragmenty i podpalić je tak, żeby całkowicie zablokować wejścia do pobocznych uliczek. Teraz jednak Anthony skupił się na cegłach.
Rzut na ukształtowanie podmuchu, który przesunie stertę cegieł na środek ulicy
edytowane zgodnie z adnotacją
Gdy różdżka zakręciła w powietrzu w odpowiedni sposób, a Tosiek chcąc nie chcąc skupił się na inkantacji, poczuł delikatne drgnięcie powietrza, ale przypominało ono jedynie łagodny, lekki wiaterek. Taki, który wpada wczesną wiosną przez uchylone okno, subtelnie kołysząc materiałem zasłon - nie było mowy, aby mógł ruszyć cegły. Prychnął, unosząc brew i skrzyżował ręce na piersiach, pełen dezaprobaty. W myślach już szukał winnego. - To przez ten chaos i te maski.
Było nieznośnie parno, a w powietrzu unosił się smród. Maska ciążyła mu na twarzy, irytowała go niemiłosiernie, ale nie marudził. Nie powinien narzekać, skoro mógł pracować ze Stanleyem, bo we dwóch mogli zrobić wszystko. Przesunął palcami po materiale ciemnego kaptura, który opadał na jego głowę, dając całemu temu kostiumowi jeszcze bardziej mroczny i morderczy obraz. Na Merlina, ktoś powinien powiedzieć Louvainowi, że powinni zainwestować w lepsze ubrania, jakiegoś krawca. Westchnął, skupiając się jednak na tym, po co tu przyszli. Nie było to łatwe.
-Okay. - zgodził się grzecznie, unosząc dłoń i poprawiając czarną rękawiczkę, znów skrzywił się pod maską na podmuch gorąca. Sięgnął podobnie jak Borgin starszy po różdżkę, zaciskając ją mocno w palcach. Zdanie faktycznie nie było skomplikowane, ale Londyn pogrążony był w chaosie i należało zachować ostrożność. Aurorzy mogli pokazać się wszędzie, a ostatnie, co było im teraz potrzebne, to potyczka. - To będzie długa noc, co? Mam nadzieję, że Rosie jest bezpieczna. - mruknął cicho do brata, mimowolnie prostując się pod wpływem jego klepnięcia. - Nie muszę widzieć Twojej słodkiej buźki, żeby wiedzieć, jak protekcyjnie na mnie patrzysz.
Rzucił z przekąsem, wywracając oczami. Wciąż traktował go jak dziecko, a Tosiek był przecież poważanym komornikiem, przyszłą głową departamentu skarbu, a nawet narzeczonym. Na lisa mruknął, podążając wzrokiem za tym, co wskazywał.
- Nie. Nie będę spierdalał i nie zostawię Cię samego. Koniec tematu, pogódź się z tym. - odparł tonem, który nie zniósłby sprzeciwu i zrobił kilka kroków do przodu, rozglądając się dookoła. - Weźmy się do roboty.
Wiedział, że zaraz zacznie mu prawić monologi o tym, dlaczego powinien go słuchać i jak będzie wściekły, gdy nie zrobi tego, czego od niego chciał. W tej kwestii jego ukochany brat był niczym zacięta płyta. Anthony nie zamierzał jednak tchórzyć. Rozkazywać to mógł sobie swoim blondynkom w sypialni.
- Nieźle, ale potrzebujemy więcej. Jeśli to nie wyjdzie, zawsze możemy wysadzić tamtą ścianę ceglaną, ogień tam nie dotarł jeszcze. - zaproponował, unosząc dłoń, gotowy do rzucenia czaru. Hipnoza nie była tu użyteczna, jego umiejętności główne też, zostały więc zaklęcia i magia praktyczna. Skierował rdzeń magicznego patyka na stosik, niewerbalnie rzucając czar, który miał mocniej utrudnić pokonywanie ulic, zwłaszcza w pośpiechu. Mogli też zawsze poprzesuwać jakieś duże, drewniane fragmenty i podpalić je tak, żeby całkowicie zablokować wejścia do pobocznych uliczek. Teraz jednak Anthony skupił się na cegłach.
Rzut na ukształtowanie podmuchu, który przesunie stertę cegieł na środek ulicy
Rzut Z 1d100 - 19
Akcja nieudana
Akcja nieudana
edytowane zgodnie z adnotacją
Gdy różdżka zakręciła w powietrzu w odpowiedni sposób, a Tosiek chcąc nie chcąc skupił się na inkantacji, poczuł delikatne drgnięcie powietrza, ale przypominało ono jedynie łagodny, lekki wiaterek. Taki, który wpada wczesną wiosną przez uchylone okno, subtelnie kołysząc materiałem zasłon - nie było mowy, aby mógł ruszyć cegły. Prychnął, unosząc brew i skrzyżował ręce na piersiach, pełen dezaprobaty. W myślach już szukał winnego. - To przez ten chaos i te maski.