Jej włosy nie były już pięknie błyszczące jak zawsze, a matowe od wszechogarniającego dymu i pyłu palonych budynków. Nie było w jej prezencji tej wyszukanej elegancji i idealności, co sprawiało, że wewnętrznie coś drapało Victorię, która dostawała mikrozawału za każdym razem, gdy coś w jej otoczeniu było nierówno albo brudno. Jeśli dotyczyło to kogoś, to tak to nie raziło, ale jeśli chodziło o nią… ale ciągłe zaklęcia czyszczące rzucane na samą siebie nie miały najmniejszego sensu, bo syf latający w powietrzu wcale nie malał, i za chwilę znowu była cała w szarości, która przy okazji powodowała to ciche pokasływanie. Wydawało się to całkowicie normalne, choć uciążliwe.
Ale cały ten wieczór taki był. Leniwy piątek przerodził się w pracę, która ciągnąć się będzie w nadgodziny i Lestrange nawet nie potrafiła określić jak duże. Straty… były ogromne. Na tym etapie jedyne co potrafiła stwierdzić to to, że płonie chyba zdecydowana większość budynków, choć oczywiście trudno było na ten moment oszacować ich faktyczną ilość – wszystko to było “wydajemisię”. I ten ciągły wewnętrzny strach – o matkę, ojca i babcię, którzy pracowali w Mungu, o siostry, o przyjaciół. Bała się o swoje mieszkanie, o koty – ale ciągle nie miała czasu, żeby zobaczyć jak bardzo źle tam jest, ciągle było coś.
I najgorsze było, że nie każdemu można było pomóc. To chyba bolało najbardziej. Że w ogóle trzeba było wybierać. No i Nokturn… tutaj budynki również płonęły i ludzie potrzebowali pomocy, chociaż zwykle krzywo patrzyli na stróżów prawa. Była ciągle napięta, ciągle spodziewała się kolejnego zagrożenia, kolejnego wariata, kolejnej osoby, która będzie wołała o pomoc. Ściskała swoją różdżkę w dłoni, jakby była częścią jej ciała, przedłużeniem ręki, a nie tylko kawałkiem patyka z rdzeniem w środku. Tuż po aportacji rozejrzała się czujnie na boki, niemalże zaskoczona, że słyszy obok siebie znajomy głos. Niemalże.
– Tak, nic mu nie było – odparła cicho nie patrząc jednak na Atreusa. Znaleźli się w biegu i również w biegu teleportowali razem, nie było wcześniej czasu na rozmowy. – Wasze połączenie się zerwało, bo ktoś na niego wpadł. Ale dzięki za wiadomość, przynajmniej wiem, że on ma się dobrze. A przynajmniej na razie… – na razie, bo nie wiadomo co przyniesie noc, a Victoria bardzo wątpiła, że ta skończy się prędko. No i… został już zaatakowany ze względu na nazwisko, jakie posiadał. Czystokrwisty – znaczy na pewno podłożył ogień, tak? Idioci. – Nie powiedziałam mu, że ci przeszkodził w sraniu – dodała wspaniałomyślnie i jej usta wykrzywił cień uśmiechu, ale zaraz został przykryty skupieniem. – Jak sytuacja z twojej strony? Co się działo? – panował chaos i dezinformacja, chociaż z każdą nową wiadomością łatwiej było sobie poukładać chronologię zdarzeń i tego, co się w ogóle działo. Odruchowo i całkowicie bezcelowo strzepnęła dłonią z ramienia część pyłu, przez co z jej gardła wydobyło się ciche warknięcie, gdy zorientowała się co robi i jak bardzo jest to bezużyteczne, bo absolutnie nic nie zmieni.
// Odgrywam zawadę Nerwica natręctw
!Co złego to nie Jenkins