• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy

[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
18.04.2025, 19:21  ✶  
Zawsze myślałem, że Londyn ma swój urok, zwłaszcza o zmierzchu, kiedy niebo przybiera odcienie czerwieni, granatu i purpury, ale tego wieczoru, w powietrzu unosił się zapach dymu i spalenizny. Spojrzałem dookoła, machinalnie wskazując na chaos wokół.
- W takich okolisznościach musis mi to wybaszyś. - Odpowiedziałem lekko, jakbym mówił do prawdziwej przyjaciółki, która zresztą też przestała się w tańcu pierdolić - nagle straciliśmy granice kultury, i to uczucie było tak samo szczere, jak i kuriozalne - piętnaście lat spędziłem z dala od tej ziemi, a ona i tak zdawała się w jakiś sposób znajoma.- To zaleszy, o jakim tańsu mówimy. Jeszli to Waltz, plawdopodobnie po... Tango jeszt doble, jak póśniej. Salsa caleña pozwala zalówno pszed, jak i po. A bachata to zasadniszo petting... - Odparowałem, chrząkając - specjalista, c'nie? Otóż tak - akurat na porównaniach do tańca znałem się dobrze, bo odkąd pamiętałem, umiałem tańczyć i byłem całkiem dobrym tancerzem. Zarówno w tych eleganckich tańcach, które wyniosłem z domu, jak i w bardziej swobodnych, ulicznych stylach. Szczególnie w tych drugich, które traktowałem jako formę rozrywki - tupanie nogą przy muzyce, od czasu do czasu, dawało mi odskocznię od pracy w terenie - to była darmowa rozrywka, którą można było uprawiać wszędzie. Z drugiej strony, niespecjalnie umiałem śpiewać - jasne, potrafiłem nucić pod nosem, ale w śpiewaniu nigdy nie byłem dobry. Jeszcze przed wypadkiem, głos miałem raczej przeciętny, a jakiekolwiek rozstrojenie sprawiało, że moje próby wokalne kończyły się śmiechem albo krzywym uśmiechem słuchaczy. Mimo że czasem próbowałem, zwłaszcza po pijaku, zazwyczaj głos mi się łamał, a dźwięki wychodziły nie tak, jak bym chciał - brzmiałem jak wyjący pies, zupełnie nie cool, więc wolałem zostać przy ulicznym tupaniu i podskokach na klepisku.

•••

Nie próbowałem jej mówić, że wszystko się ułoży, bo to byłaby kłamstwo. Nie ułoży się, dopóki nie pogrzebiesz tego, co możesz pogrzebać, ani dopóki nie przyjmiesz tej prawdy, że niektóre rany nigdy nie zagoją się całkowicie. Może i można się nauczyć żyć z tym bólem, z ciężarem, ale nigdy nie zniknie. Zawsze będzie w głębi duszy, jak cichy szept, w moim przypadku brzmiący inaczej niż w jej - „nigdy nie będziesz dla nikogo wystarczająco dobry, by spełnić oczekiwania i stać się trwale czyimś priorytetem” - przypominając, że coś zostało utracone na zawsze. Niektóre zniszczenia są tak trwałe i głęboko zakorzenione, że nie można ich już wymazać, jakby odcisnęły się na całej egzystencji. Co najwyżej można się znaleźć w innym kręgu tego piekła, albo wyżej - gdzie ból jest inny, może mniej ostry, może bardziej znieczulony, ale nigdy całkowicie znikający. Albo po paru razach może troszkę głębiej, może trochę bardziej odczuwalnie. W obu przypadkach to wciąż ta sama ciemność, ta sama głęboka rana. Wiedziałem, że nie ma sensu próbować jej pocieszać, bo to, czego doświadczyłem przez lata, nauczyło mnie jednej rzeczy - piekło nigdy nie przestaje wracać. Widziałem już tyle, by nie wierzyć, że cokolwiek kiedykolwiek się kończyło. Niektóre zniszczenia są trwałe, jak blizny, które nosisz na ciele, choćbyś się starał je wymazać. Milczałem dalej, całkiem długo, bo słowa były zbędne - czasami to, co najważniejsze, nie wymaga żadnego słowa. Po chwili, powoli i z namysłem, odezwałem się.
- Nie, mon amie, mylis się... - I chyba o tym wiesz... - Tego już nie powiedziałem. - To piekło nie ma, jak wlacaś, bo nigdy nie odejsie... - Spojrzałem na nią na chwilę, zamyśliłem się głęboko, próbując odrzucić wspomnienia, które od lat dręczyły moją duszę, od czasu do czasu ją delikatnie kłując w jakimś niespodziewanym, bardzo złym momencie - jak na przykład teraz. Coś, co nigdy nie znika, nie może wrócić... Uniwersalna prawda. Pokręciłem głową, jakby chcąc odgonić ten ciężar, który wciąż na mnie spoczywał. Nie chodziło tylko o odpowiedzialność za nieudane szczęśliwe zakończenie bajki o wielkiej miłości pokonującej wszystkie przeciwności losu i przekraczającej granice, lecz także o wszystkie inne styczności z zawiedzionymi oczekiwaniami, pogrzebanymi szansami i zmarnowanym potencjałem - niekiedy również życiem, bo w tym zawodzie, na jaki się pisałem, śmierć i tragedia były na porządku dziennym. Wpatrywałem się w nią przez chwilę, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo rozumiem, co czuje. Nie chodziło tylko o tą jedną stratę, a o ich dziesiątki - nawet te z pozoru nieistotne.
- Za kaszdą bliską lelasję płaci się kawałkiem duszy... - Słowa te uciekły z moich ust niemal bezwiednie, stanowiły odzwierciedlenie mojej własnej, głęboko ukrytej prawdy. - Nikt pszed tym nie ostszega, nie mówi, sze kiedy kochasz, ryzykujesz, sze to zawsze cię zmienia i mosze zniszczyś dawnego ciebie. Ale po co byłyby te ostszeszenia? Jesteśmy tylko luśmi. Potszebujemy innych ludzi, bo bez nich… - Na tym się zatrzymałem, bo słowa uwięzły mi na języku - po prostu zamknąłem usta. Nie mówiłem tego na głos, nie chciałem jej ranić, ale rozumiałem, czemu nosi ten pierścionek zaręczynowy - mimo że jej narzeczony nie żył, i dlaczego wyraziła się o tym tak gładko, jakby mówiła o pogodzie, jak gdyby to nie miało żadnego znaczenia. Czemu niemal bezrefleksyjnie, wyrzuciła z siebie tę informację, jakby to był tylko element jakiejś banalnej rozmowy - wiedziałem, że to jej sposób na przetrwanie. Ten pierścionek nie był tylko symbolem miłości, ale też jakimś rodzajem tarczy. To było jej wyjście, jej sposób na zachowanie kontroli - zapewne częściowo po to, żeby nie musieć znosić prób flirtu ze strony mężczyzn albo móc ich zbić z tropu i zmusić do wycofania się, jeśli mimo to byliby zbyt agresywni w zalotach, sugerując zdradę. Mało kto nie byłby zamurowany na słowa o martwym narzeczonym.
Chociaż ta rozmowa była tylko cieniem tego, co każdy z nas nosi w sobie, wiedziałem, że to, co powiedziałem, jest prawdą. Szczerą, gorzką, bo tak właśnie jest, choćbyśmy tego nie chcieli przyznać.

•••

W tej sytuacji, gdy wszystko wokół nas zamieniało się w ruinę, nie spodziewałem się niczego, co mogłoby choć na chwilę odwrócić uwagę od apokaliptycznego krajobrazu, poza tą luźną rozmową, ale poirytowanie... Tak, rozdrażnienie też działało... Serce biło mi mocniej, a oddech był ciężki od zaduchu i gorąca - dym szczypał w oczy, ale ja nie odrywałem spojrzenia od tego wszystkiego. Rozejrzałem się, prychnąłem pod nosem i odwróciłem wzrok od zgromadzenia ludzi z ministerstwa, do których mieliśmy się przepchnąć. Łowcy i aurorzy, no, brygada uderzeniowa też - moje trzy ulubione grupy zawodowe.
- Niedystynktywne, soly. - Parsknąłem pod nosem, z pogardą. Obróciłem głowę w stronę kobiety, którą trzymałem na barana, i rzuciłem z lekceważeniem, ale nie wobec niej, tylko wobec tego rozgraniczenia. Stawianie mnie w rzędzie z łowcami było obraźliwe. - Pszyjaśnisz szię z jednym, więc tak? Plawda. - Przytaknąłem. Rozejrzałem się jeszcze raz, oceniając chaos wokół, i cicho westchnąłem. W takim świecie, pełnym pożogi i głupoty wynikającej z paniki na widok pożogi, tylko ci, którzy wiedzą, czego się trzymać, mają jakąś szansę przeżyć. Reszta to tylko ofiary własnej niekompetencji. Tej nocy miało zginąć również wielu nietykalnych - byłem o tym przekonany, na tyle się na tym skupiając, że prawie puściłem nogę kobiety, uprzednio trochę za mocno ją ścisnąwszy. - Tylko pamiętaj, sze nie moszesz lesieś na dwa flonty, piszes szię na wielność klątwołamaczom. - Stwierdziłem, ignorując chęć, by podrapać się w brodę, jak zawsze przy rozdrażnieniu, ale powstrzymałem ten odruch, nie odrywając wzroku od płomieni - były na swój sposób magnetyczne i jednocześnie przypominające mi o rzeczach, o których nie chciałem pamiętać. Przy okazji, prychnąłem jeszcze raz, z pogardą, i odwróciłem spojrzenie od płonącego budynku, próbując się skupić na tym, co jeszcze mogliśmy zrobić, zanim wszystko się zawali. - Zlesztą, łowsy to wysyskiwasze. Nie sukają plawdy, nie chcą wiedzieś, co jest pod spodem. To pszez nich własznie, ludzi takich jak oni, lobota dla takich jak ja się lobi coras cięszsza. Skulwysyny... - Rzuciłem, z takim wyczuciem, jakbym mówił do siebie, choć słowa skierowałem do kobiety. - Pszychosą, polują na wsystko, co się lusza. Nie patszą, czy to snallygastel, wiwelna, smok,  pszyjmują zlesenia od kaszdego, kto zapłaci. Bez ładu, składu, bez szadnego pojęsia, jak się do tego zablaś. - Spojrzałem na kobietę, jakby oczekując, że zrozumie, do czego zmierzam. Wokół, w chaosie, słychać było krzyki, trzask łamanych gałęzi i odgłos pękającego szkła. - Kiedykolwiek, cokolwiek, jakiekolwiek zlesenie, pszyjmą bes mlugnięcia okiem. - Dodałem, z głębokim westchnieniem. - Pszyjsie ktoś s sakiewką w lęku i zlesi im zabiś wendigo... I jusz mają lobotę, nawet jeszli nie mają pojęsia, co lobią. Potem, kiedy coś naplawdę szię wydaszy, to ja muszę spszątać ich bałagan. - Spojrzałem na nią, jakby oczekując potwierdzenia, że wie, o czym mówię. Przewróciłem oczami, bo przecież gdybym zapytał któregoś z tych zapatrzonych w siebie dupków o symbole Anasazi, spojrzałby na mnie jak na idiotę. - Najgolsi szą ci s dziada pladziada. Patszą na innych s góly, bo od dzieska pszygotowywano ich do plasy w lodzinnym bisnesie. - Prychnąłem jeszcze raz, z pogardą w głosie. Oj, tak - miałem z niejednym mocno na pieńku. Najgorszy był ten, o którym nie chciałem rozmawiać. Człowiek odpowiedzialny za śmierć mojego najbliższego współpracownika. Ten, który potem, jakby tego było mało, dał się zabić, bo nie miał pojęcia, co się dzieje, tylko próbował się popisywać, ignorując ostrzeżenia...
- Więs tak to wygląda. - Powiedziałem cicho, z ironią w głosie. - Większoś s nich tylko poluje, bo to taki ich sztyl. Kto im zapłasi, ten dosztanie od nich to, co chce. Bes pytania, bes zasztanowienia... Wsęsie szię wepchną... I to własznie dokłada loboty takim jak ja, bo gdyby choś odlobinę szię zastanowili, mosze by nie łapali wsystkiego na oślep. Ale nie, oni wolą się popiszywać, bo szą najlepsi, a potem ginąś wszlód płomieni, któlych dało szię uniknąś, bo nie znają się na tym, co lobią. - Nie ukrywałem zgryźliwości, może sam nie byłem najostrożniejszy, ale przynajmniej próbowałem myśleć i analizować, miałem podstawy, by być pewnym siebie... Właśnie za to ich nie znosiłem - za pewność siebie, której nie mieli prawa mieć, i za to, że dokładają roboty takim jak ja, bezmyślnie łapiąc się każdej okazji, nie zważając na to, czy to ma sens.

•••

- De lien... - Skwitowałem na słowa podziękowania ze strony kobiety, jak gdyby rzeczywiście to było zupełnie nic, bo przecież nie prosiła się o to, żebym jej pomagał - sam podjąłem tę decyzję, po części jej się narzuciłem z moją pomocą, później oboje zadecydowaliśmy, że ruszymy wspólnie do ministerstwa... No, to naprawdę było coś, za co nie musiała mi dziękować. Wystarczyło, że miała zadbać o własne bezpieczeństwo od tego momentu, bo nie mogłem dopełnić całej obietnicy. A chciałbym - naprawdę, bo zdążyłem w jakimś sensie polubić jej obecność, nawet w tak tragicznych okolicznościach.
Miałem wrażenie, jakbyśmy już kiedyś się spotkali, ale to musiało być złudzenie. Minęło piętnaście lat, odkąd opuściłem ten kraj, a przez ten czas moje życie toczyło się w zupełnie innej rzeczywistości. Świat, w którym się poruszałem, był pełen kłopotów, a ja sam byłem mistrzem w ich przyciąganiu - ta kobieta nie wyglądała, jakby mogła kiedykolwiek przewinąć się w podobnych warunkach do tych, w których ja czułem się jak w domu. Nasze ścieżki nie miały szans się przeciąć - to było błędne wrażenie. Teraz jednak stałem obok niej, a nasze spojrzenia krzyżowały się w milczeniu, podczas gdy dookoła słychać było krzyki ludzi. To, co się działo, wydawało się nierealne, jakby ktoś wyrwał mnie z rzeczywistości i wrzucił w koszmar, z którego nie mogłem się obudzić - gdzieś tam, za mną, słychać było huk wybuchów, a powietrze dookoła nas było przesycone dymem i gorzkim zapachem spalenizny.
Nie spodziewałem się tego, co miało się wydarzyć, kiedy odstawiłem nieznajomą kobietę na ziemię, nakazując jej iść dalej samotnie. Jej drobne dłonie szybko chwyciły za moją chustkę, którą zakrywałem twarz, i pociągnęły ją w dół. Na początku zamarłem, nerwowo zastygłem, bo nie chciałem być rozpoznany przez ludzi z Ministerstwa, których tu było pełno - byli tak blisko, że mogłem poczuć ich spojrzenia. Ona jednak nie zwracała uwagi na tłum, tylko skupiła się na mnie. Nie miałem czasu na zastanowienie się, bo coś we mnie zadziałało automatycznie - odruchowo się pochyliłem, a jej wargi znalazły się na moich. Bez słowa, bez żadnego ostrzeżenia, sięgnęła do moich ust, zainicjowała pocałunek. Przez moment nie rozumiałem, co się dzieje, bo nie podejrzewałem jej o takie zachowania, jednak gdy do mnie przylgnęła, zrozumiałem - to była decyzja, którą podjęła sama, i choć był to impuls, nie odrzuciłem jej. Gdy jej usta znalazły się na moich, wszystko stało się proste - odpowiedziałem na pocałunek bez wahania, od razu, nie zadając sobie pytań, bo nie było na to miejsca ani czasu. To nie był pierwszy raz, gdy ktoś mnie impulsywnie całował, ale tym razem wszystko było inne. Nie spodziewałem się tego, a mimo to, reagowałem. Zdziwiłem się, choć nie powiedziałem nic - instynktownie, jakby pod wpływem znajomego impulsu, zawisłem nad nią, pochylając się, bo byłem od niej znacznie wyższy.
Pogłębiłem pocałunek, czując, jak jej oddech miesza się z moim, bo nie potrafiłem inaczej -  był intensywny, choć krótkotrwały. Smak jej ust był słodki, choć z lekkim, dymnym posmakiem, było w nim coś gorzkiego na wielu poziomach, również dlatego, że nie była to próba nawiązania głębszej relacji... To nigdy nie była próba nawiązania głębszej relacji. Z nikim, w żadnym przypadku - to zawsze była tylko ucieczka - w tym wypadku od chaosu, od pożaru, od tego wszystkiego, co się działo wokół. To był tylko moment, tylko tyle i aż tyle, a ja jak zwykle w takich sytuacjach czułem, że to w porządku - nie było to przełomowe wydarzenie i wcale nie musiało być.
Mimo, że normalnie nie miałbym problemu z flirtem z damą w opałach, tym razem czułem się nie na miejscu, jakbym wkraczał na teren, w którym nie powinienem się znaleźć. Nawet w normalnych okolicznościach, może po kilku drinkach w barze, nie podszedłbym do niej z jakimś żartem, próbując nawiązać kontakt. Uczucie, które mną targało, było dziwne. Miałem wrażenie, że moglibyśmy rozmawiać godzinami, a mimo to każde słowo miałoby swoje ograniczenia, jakby nasze drogi nie były przeznaczone, by się splatać. Znałem swoje miejsce i chociaż sytuacja nas zbliżała, coś w moim wnętrzu krzyczało, że nie powinienem tego nadużywać. Zresztą zbyt wiele razy kończyłem wciągnięty w kłopoty i problemy, które najczęściej sam sobie stwarzałem. W kontraście do mojej przeszłości, pełnej nieodpowiednich decyzji i niezdrowych związków, nie byłem przyzwyczajony do kobiet jej pokroju. Byłem przyzwyczajony do towarzystwa innych ludzi, ale nie takich jak ona. Jej obecność wywoływała we mnie uczucia, których nie potrafiłem wytłumaczyć. Miałem wrażenie, jakbyśmy się znali od zawsze, jakby nasze ścieżki przeszły obok siebie w jakimś innym czasie, w innej rzeczywistości. Mimo to, postanowiłem nie zbliżać się zbyt blisko. Wiedziałem, że nie mogę przekroczyć tej niewidzialnej granicy - nie mogłem zmieniać rzeczywistości, która była tak jasno wyrysowana. Już raz to zrobiłem - to był największy błąd mojego życia, po którym nastąpiła seria mniejszych i większych błędów decyzyjnych w sprawach damsko-męskich, zawsze zakończonych tak samo. Czułem się jak weteran, który przeszedł przez niejedną burzę.
Wiedziałem, że to tylko chwilowe, że to sytuacja, która wymknęła się spod kontroli i nie ma nic wspólnego z tym, co byśmy normalnie robili. W tym wypadku miała to być jedyna chwila, którą możemy mieć, zanim wszystko zniknie lub się rozpadnie. Przestałem myśleć, czy jest to bezpieczne, czy nie, i po prostu poddałem się impulsowi. To była tylko reakcja na okoliczności, na pośpiech, na zagrożenie, które wisiało nad nami. Mimo to, w tym krótkim momencie, smak jej ust był przyjemny - słodszy, niż można by się spodziewać, choć z domieszką dymu i gorąca pożaru.
Nie myślałem, po prostu zrobiłem to, co naturalne w takich sytuacjach - pochyliłem się do niej, pozwoliłem, by moje usta zatopiły się w jej słodkim, choć niebezpiecznie dymnym smaku, stabilizując ją rękami, żeby nie przewróciła się, bo nawet z moją pomocą musiała stanąć na czubkach palców. Odpowiedziałem na ten nieoczekiwany pocałunek, chociaż nie do końca wiedziałem, dlaczego. Może dlatego, że był taki nieoczekiwanie na miejscu, tak krótki i niezobowiązująco namiętny, a może dlatego, że w tym wszystkim, co się działo, ta jedna rzecz była normalna. To nie był pierwszy raz, gdy jakaś kobieta decydowała się mnie całować po zakończeniu jakiegoś kryzysu - to był raczej częsty obrót spraw, ale w tym pocałunku było coś bardziej żarliwego, niż się spodziewałem, mimo tej całej, ogólnej atmosfery - ognia i dymu, który drażnił moje zmysły. Była to narkotyczna słodycz impulsu, chwila, gdy wszystko inne przestaje mieć znaczenie, a liczy się tylko ta jedna, ulotna więź. Reagowałem na nią automatycznie, nie myślałem o konsekwencjach, nie analizowałem. Zdawałem sobie sprawę, że to tylko chwilowa ucieczka, wynik sytuacji, w której się znaleźliśmy. Ani nie będziemy tymi przyjaciółmi, o których mówiliśmy przez cały wieczór, ani ten pocałunek nie znaczył nic więcej niż tylko pożegnanie, ukłon wdzięczności za pomoc. To nie był żaden głęboki wyraz świeżych uczuć, ani nic więcej - to raczej coś między podziękowaniem, a ostatnią próbą chwytania się czegoś, co jeszcze zostało w tej chwili, ostatniej nici nieoczekiwanie nawiązanej więzi. Jednak mimo to, był słodki, naprawdę słodki... Dopóki trwał.
Dookoła nas tłum był coraz bardziej gęsty, ludzie napierali na moje plecy, pchali się do przodu i słusznie, bo wszystko wokół tonęło w ogniu pożaru. Podświadomie przyciągnąłem ją do siebie mocniej, mimo tego, że zdawałem sobie sprawę, że lepiej byłoby, bym tego nie robił i nie tracił czasu na coś, co mogło być rozpatrywane jako strata czasu - w końcu ta chwila minie, jakby nigdy nie istniała - przyszła niespodziewanie i zaraz miała zniknąć. Wiedziałem, że to nie jest nic więcej niż krótkie pożegnanie, gest w tym szaleńczym czasie. Ani nie będziemy tymi, o których mówiło się „sojusznicy” czy tym bardziej „przyjaciele”, ani ten pocałunek nie miał żadnego głębszego znaczenia - był tylko chwilowym wyrazem, wynikającym z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. To nie było nic więcej niż impuls, choć w tym momencie wydawało się słodkie i intensywne, jak przyjemnie nieoczekiwany smak, który można poczuć jeszcze przez chwilę, zanim gryzący dym znowu przytłumi zmysły. To było coś między pożegnaniem a podziękowaniem, co nie miało nazwy, ale było słodkie. Tak słodkie, że aż trudno było się od niej oderwać. To było przyjemne, ale po chwili rzeczywistość wróciła ze zdwojoną siłą, bo gdzieś podskórnie zdawałem sobie sprawę, że to, co się dzieje, jest tylko efemerydą - momentem, który zaraz minie.
Wreszcie odsunąłem usta od jej ust, zrywając z tym magicznym momentem. Jednocześnie odstawiłem ją delikatnie na obie nogi, zdając sobie sprawę z tego, że w jakiejś chwili musiałem mocno ją do siebie przyciągnąć - tak, że prawie zawisła na czubkach palców w tych absurdalnych lekkich butach - chociaż oderwałem się od niej z trudnością, bo wciąż czułem jej usta na swoich. Poprzysiągłbym, że smakowały dymem i truskawkami, i że to było dziwnie pasujące połączenie. W pierwszej chwili odruchowo się wzdrygnąłem, ale nie uniosłem głowy, nie chcąc, by ktoś z ministerstwa rozpoznał mnie po tej nieplanowanej i impulsywnej czynności. Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale tego nie zrobiłem - widziałem w jej oczach, że nie ma sensu. W końcu, jakby na rozkaz, puściłem ją, a ona odsunęła się szybko, znikając w tłumie, jakby nigdy nie istniała. Ja też powinienem podążyć tą drogą - rozwiać się, jak chmura dymu, jak ten nieistniejący przyjaciel, o którym żartowaliśmy. Lepiej, żeby nikt nas ze sobą nie łączył.
Po tym wszystkim, z tą słodko-gorzką nutą smaku i uczuciem, które jeszcze przez chwilę tliło się we mnie, odwróciłem się i ruszyłem w stronę, z której przyszliśmy, zostawiając za sobą chaos przy Westminster, pożar wokół placu i tę drobną, nieznajomą kobietę - i to wszystko, co się między nami zdarzyło w tym jednym, krótkim, nieprzewidywalnym momencie. Nie patrzyłem za nią, bo wiedziałem, że to koniec. Wiedziałem, że już nigdy się nie spotkamy, choć przez chwilę ta intrygująca kobieta była dla mnie czymś więcej niż tylko nieznajomą - była ucieczką w chaosie, słodkim wspomnieniem, które musiałem zostawić za sobą, bo nieważne, co by się stało, nie należeliśmy do tych samych światów. Nasze losy splątały się na jedną noc - dla niej ten wieczór dobiegał już końca, dla mnie dopiero się rozpoczynał, bo musiałem dotrzeć jeszcze do własnego bezpiecznego miejsca.
Naciągnąłem chustkę na usta, żeby ukryć twarz, i ruszyłem w przeciwnym kierunku, bo nie mogłem tu zostać dłużej, ani tym bardziej śledzić wzrokiem przeprawy nieznajomej przez tłum. To był koniec naszej interakcji, i lepiej, żeby tak pozostało - nie zamierzałem szukać jej później, liczyłem tylko na to, że przeżyje tę piekielną noc i każdą kolejną.
Mimo wszystko, w głębi duszy, czułem się lekko rozbawiony i dziwnie zadowolony, chociaż wiedziałem, że to wszystko było tylko chwilą... Uśmiechnąłem się pod nosem, czując w sobie pewne ciepło, które nie chciało zgasnąć. To było coś więcej niż zwykłe impulsywne całowanie - to była chwila, którą zapewne miałem zapamiętać na długo, chociaż nie miała żadnego znaczenia w szerszym kontekście. To była tylko jedna z tych rzeczy, które zdarzają się w obliczu zupełnego chaosu, i trzeba je zostawić za sobą, nie analizując tego zbyt głęboko, bo inaczej wszystko straci ten niezbyt sensowny sens, którego praktycznie i tak nie ma... W tej chwili, gdy wszystko wokół się paliło, a świat zdawał się kończyć, mała, ministerialna sztywniaczka, która jednak chyba nie była tak znowu sztywna, sprawiła, że poczułem się żywy, choćby na moment. Wiedziałem, że to tylko chwilowe, nie ma sensu się do niej zgłaszać po lizaka albo cokolwiek, co mogłoby sprawić, że spędzimy razem trochę więcej czasu w normalnych okolicznościach, bo to nie jest początek żadnej nowej historii. To była raczej jedna z tych incydentalnych więzi, które pojawiają się w kryzysowej sytuacji - coś między pierwotnymi ludzkimi impulsami a odczuciem, że trzeba się trzymać kogoś blisko, choćby na chwilę. A mimo to, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ta słodka, nieznana kobieta zostawiła we mnie coś, co trudno mi wyrazić słowami - jak smak intensywnie truskawkowego soku, który odczuwasz jeszcze długo po tym, jak wziąłeś pierwszy łyk. Odchodząc jak najszybciej w gęsty tłum, by nie dać się złapać, nie zostać rozpoznanym, odgarnąłem lepiące się włosy z czoła, oddalając od siebie myśl o jakiejkolwiek grzywce, bo to dopiero byłoby upierdliwe. Odszedłem szybko, przez tłum, nie patrząc za siebie.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13716), Prudence Fenwick (11356)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 11.04.2025, 15:42
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.04.2025, 01:48
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 12.04.2025, 12:32
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.04.2025, 17:55
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 13.04.2025, 00:37
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 13.04.2025, 17:01
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 13.04.2025, 23:05
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 14.04.2025, 19:14
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 14.04.2025, 23:10
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.04.2025, 17:23
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.04.2025, 22:42
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.04.2025, 19:21

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa