18.04.2025, 21:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.04.2025, 21:03 przez Lucy Rosewood.)
Jeszcze nie…
Czekała, wciąż nie mogąc się zdecydować, czy właśnie pozbawiała się jedynych szans na przeżycie, czy też wręcz przeciwnie. Że w tym całym szaleństwie hrabia jakoś i tak jej pomoże. A może raczej i im obojgu.
Nie skrzywiła się nawet, gdy ostrze przecięło jej skórę. Nawet nie spojrzała się w tamtą stronę, nie wychodząc z roli zahipnotyzowanej ofiary, gotowej zostać poświęconą bez żadnych zażaleń i świetnie jej w tym szło, chociaż…
Chociaż możliwe, że jej spojrzenie nieco za bardzo skupiło się na nim, gdy odsłonił swoje przedramiona, nawet jeśli była to w tej chwili najmniej istotna rzecz, na którą mogła patrzeć. Swoją drogą miał dość szorstkie dłonie, już wcześniej to zauważyła zupełnie nie jak arystokrata i musiała przyznać, że… Plugawa rzeźba. Miał w piwnicy plugawą rzeźbę i to wszystko wydarzyło się przez niego.
Różana sieć osłabiła swoje wici, a ona była względnie wolna. Mogłaby już stąd uciec, gdyby nie to, że nie dał jej do tego znaku, a najwyraźniej to on lepiej wiedział, co zadziała na to plugastwo niż ona. No cóż… W końcu to nie ona była kochankiem przeklętej rzeźby, z którą najwyraźniej przechodził kryzys małżeński.
Stała. Czekała. Zbliżył się do niej ponownie. Chwycił ją za rękę. Był blisko. Bardzo blisko.
A potem…
Potem dotyk został przerwany, a on wypchnął ją z pułapki. Krzyknęła. Nie na widok krwi, a tego że wici teraz zaczęły oplatać jego.
Biegnij.
A co z nim? Powinna zostać. Powinna mu pomóc. Na pewno dałaby radę. Różdżka… Potrzebowała różdżki.
BIEGNIJ.
Nie. Nie miała szans i jak bardzo jej się to nie podobało, wiedziała co musi zrobić.
Szybko ruszyła w stronę drzwi, nie bacząc na nic I już dopadła wyjścia. Już miała wbiec na górę rezydencji, a potem daleko. Jak najdalej stąd.
– Uratuję cię! – krzyknęła wiedziona jakimś instynktem, zanim nie zniknęła z pomieszczenia. Bez planu na to co miałaby zrobić. Bez jakiejkolwiek wiedzy na temat tak przeklętych przedmiotów. Wciąż była na niego wściekła. Wciąż chciała go zabić.
Uratuję cię…
Tak. Te słowa, pomimo tego wszystkiego, brzmiały odpowiednio. Szczerze. Naprawdę chciała go jakoś uratować.
Tymczasem biegła i biegła. Jak najszybciej. Jak najdalej.
Byle teraz się nie zatrzymywać.
Byle nie płakać.
Czekała, wciąż nie mogąc się zdecydować, czy właśnie pozbawiała się jedynych szans na przeżycie, czy też wręcz przeciwnie. Że w tym całym szaleństwie hrabia jakoś i tak jej pomoże. A może raczej i im obojgu.
Nie skrzywiła się nawet, gdy ostrze przecięło jej skórę. Nawet nie spojrzała się w tamtą stronę, nie wychodząc z roli zahipnotyzowanej ofiary, gotowej zostać poświęconą bez żadnych zażaleń i świetnie jej w tym szło, chociaż…
Chociaż możliwe, że jej spojrzenie nieco za bardzo skupiło się na nim, gdy odsłonił swoje przedramiona, nawet jeśli była to w tej chwili najmniej istotna rzecz, na którą mogła patrzeć. Swoją drogą miał dość szorstkie dłonie, już wcześniej to zauważyła zupełnie nie jak arystokrata i musiała przyznać, że… Plugawa rzeźba. Miał w piwnicy plugawą rzeźbę i to wszystko wydarzyło się przez niego.
Różana sieć osłabiła swoje wici, a ona była względnie wolna. Mogłaby już stąd uciec, gdyby nie to, że nie dał jej do tego znaku, a najwyraźniej to on lepiej wiedział, co zadziała na to plugastwo niż ona. No cóż… W końcu to nie ona była kochankiem przeklętej rzeźby, z którą najwyraźniej przechodził kryzys małżeński.
Stała. Czekała. Zbliżył się do niej ponownie. Chwycił ją za rękę. Był blisko. Bardzo blisko.
A potem…
Potem dotyk został przerwany, a on wypchnął ją z pułapki. Krzyknęła. Nie na widok krwi, a tego że wici teraz zaczęły oplatać jego.
Biegnij.
A co z nim? Powinna zostać. Powinna mu pomóc. Na pewno dałaby radę. Różdżka… Potrzebowała różdżki.
BIEGNIJ.
Nie. Nie miała szans i jak bardzo jej się to nie podobało, wiedziała co musi zrobić.
Szybko ruszyła w stronę drzwi, nie bacząc na nic I już dopadła wyjścia. Już miała wbiec na górę rezydencji, a potem daleko. Jak najdalej stąd.
– Uratuję cię! – krzyknęła wiedziona jakimś instynktem, zanim nie zniknęła z pomieszczenia. Bez planu na to co miałaby zrobić. Bez jakiejkolwiek wiedzy na temat tak przeklętych przedmiotów. Wciąż była na niego wściekła. Wciąż chciała go zabić.
Uratuję cię…
Tak. Te słowa, pomimo tego wszystkiego, brzmiały odpowiednio. Szczerze. Naprawdę chciała go jakoś uratować.
Tymczasem biegła i biegła. Jak najszybciej. Jak najdalej.
Byle teraz się nie zatrzymywać.
Byle nie płakać.