19.04.2025, 17:19 ✶
Bertie dwoił się i troił, żeby uporać się ze wszystkimi problemami, które rzuciły mu się na głowę. Sąd płoną, podwórko płonęło, padoki płonęły, a przecież nie zatrudniał armii pomocników, wyznając zasadę rodzinnej atmosfery, której natomiast sprzyjała próba zapoznania się z każdą osobą która dla niego pracowała. Trochę teraz żałował, gdzieś pomiędzy łapaniem się za głowę, a poganianiem kolejnej mućki.
Bo to zwierzęta mimo wszystko były jego priorytetem. Potem był natomiast sam dom. Że wszystkim jednak jako tako, nawet wyciągnęli do kogoś pomocną dłoń, a potem w Bocie odezwał się zew bohatera. Bo może skoro u niego sytuacja została jako tako opanowana, to mógł pomóc komuś innemu. W końcu miał takie dobre serce i przez nie właśnie został prawie potrącony przez rozhisteryzowaną pannę Lestrange.
Bertie nigdy sam nie był histerykiem, ale nie przeszkadzało mu to w rzucanie emocjami na prawo i lewo, kiedy sytuacja robila się nieco krytyczna. Zatchnął się, trochę w pierwszym momencie zbity z tropu i chyba na moment zaraził się jej akcentem, albo chciał poczuć się jak w klubie.
- PANNO LESTRĄŻŻŻŻ!! - zawył w jej kierunku, łapiąc ją w objęcia na chwilę, żeby obydwoje nie skończyli na bruku. Albo ona przynajmniej. - Panno Lestrąż, tylko spokojnie!!! - ale spojrzeniem sięgnął w stronę jej rodzinnego domu, z którego wybijały się ku górze płomienie i chmary dymu. Sytuacja była krytyczna.
- ŻADEN KOTEK NIE BĘDZIE UMIERAŁ! - oznajmił odważnie, ale ona była o krok szybsza, w amoku rzucając się do drzwi wejściowych. Ruszył za nią i może powinien, ale ani na moment nie próbował jej zatrzymywać bo 1. wspierał kobiety, 2. potrafił rozpoznać wariatkę, nawet jeśli tylko chwilową.
Bo to zwierzęta mimo wszystko były jego priorytetem. Potem był natomiast sam dom. Że wszystkim jednak jako tako, nawet wyciągnęli do kogoś pomocną dłoń, a potem w Bocie odezwał się zew bohatera. Bo może skoro u niego sytuacja została jako tako opanowana, to mógł pomóc komuś innemu. W końcu miał takie dobre serce i przez nie właśnie został prawie potrącony przez rozhisteryzowaną pannę Lestrange.
Bertie nigdy sam nie był histerykiem, ale nie przeszkadzało mu to w rzucanie emocjami na prawo i lewo, kiedy sytuacja robila się nieco krytyczna. Zatchnął się, trochę w pierwszym momencie zbity z tropu i chyba na moment zaraził się jej akcentem, albo chciał poczuć się jak w klubie.
- PANNO LESTRĄŻŻŻŻ!! - zawył w jej kierunku, łapiąc ją w objęcia na chwilę, żeby obydwoje nie skończyli na bruku. Albo ona przynajmniej. - Panno Lestrąż, tylko spokojnie!!! - ale spojrzeniem sięgnął w stronę jej rodzinnego domu, z którego wybijały się ku górze płomienie i chmary dymu. Sytuacja była krytyczna.
- ŻADEN KOTEK NIE BĘDZIE UMIERAŁ! - oznajmił odważnie, ale ona była o krok szybsza, w amoku rzucając się do drzwi wejściowych. Ruszył za nią i może powinien, ale ani na moment nie próbował jej zatrzymywać bo 1. wspierał kobiety, 2. potrafił rozpoznać wariatkę, nawet jeśli tylko chwilową.