19.04.2025, 17:43 ✶
Podobno kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą. Ile razy trzeba spotkać tragedię, by stała się czymś zwyczajnym? Ile razy zobaczyć śmierć, by przestała wzbudzać emocje? Skoll nie znał odpowiedzi na to pytanie, zbyt dawno przestał liczyć. Teraz zaś, pośród całego tego strachu, goryczy i łez, wśród tak wspólnego bólu i cierpienia czuł się wyobcowany. Choć może właśnie to było w nim teraz najbardziej ludzkie. W całym tym tłumie uciekającym od ognia i gruzów za wszelką cenę, pchanym zwierzęcym instynktem przetrwania, oni przeczesywali okolicę w poszukiwaniu tych, którzy byli ważni. Osób i miejsc. Przez krótki moment poczuł się winny tego, że zajmują się w tej chwili domem zamiast kimś, kto ma dla nich imię i twarz.
Chaos przytłaczał. Każda uciekająca sylwetka, szarpanina, desperacki gest pomocy, każde ciało przykuwały uwagę. Szukał twarzy, oczu, rysów, rzeczy, który byłyby choć trochę znajome, które mogłyby dać wskazówkę o tym, czy faktycznie warto poświęcać czas. W większości niczego nie znajdywał, również krwawa, opieczona miazga nie dała mu niczego takiego, więc z cichą ulgą odwrócił wzrok, odsunął, zamknął w szufladzie udawanego zapomnienia, by mogła powrócić następnej nocy.
— Nie robię sobie nadziei — przyznał na słowa brata i zerknął na niego, napotykając ten uśmieszek. Prychnął cicho i przewrócił oczami. W rzeczy samej. — Zresztą, to nie jest w tej chwili największy problem — dodał zaraz, wzrokiem już będąc zupełnie gdzie indziej i pewnie głównie dlatego udało mu się ją wypatrzeć.
Trącił brata w ramię.
— Czy to nie jest...? — Wskazał dziewczynę w tłumie, która również na nich patrzyła. W normalnych okolicznościach pewnie poznałby Rowle bez większego problemu, chociaż minęło trochę czasu, ale teraz w makijażu dymu i popiołu, w tłumie setek podobnych wystraszonych twarzy i za kurtyną sugestywnych myśli mógłby się pomylić.
Chaos przytłaczał. Każda uciekająca sylwetka, szarpanina, desperacki gest pomocy, każde ciało przykuwały uwagę. Szukał twarzy, oczu, rysów, rzeczy, który byłyby choć trochę znajome, które mogłyby dać wskazówkę o tym, czy faktycznie warto poświęcać czas. W większości niczego nie znajdywał, również krwawa, opieczona miazga nie dała mu niczego takiego, więc z cichą ulgą odwrócił wzrok, odsunął, zamknął w szufladzie udawanego zapomnienia, by mogła powrócić następnej nocy.
— Nie robię sobie nadziei — przyznał na słowa brata i zerknął na niego, napotykając ten uśmieszek. Prychnął cicho i przewrócił oczami. W rzeczy samej. — Zresztą, to nie jest w tej chwili największy problem — dodał zaraz, wzrokiem już będąc zupełnie gdzie indziej i pewnie głównie dlatego udało mu się ją wypatrzeć.
Trącił brata w ramię.
— Czy to nie jest...? — Wskazał dziewczynę w tłumie, która również na nich patrzyła. W normalnych okolicznościach pewnie poznałby Rowle bez większego problemu, chociaż minęło trochę czasu, ale teraz w makijażu dymu i popiołu, w tłumie setek podobnych wystraszonych twarzy i za kurtyną sugestywnych myśli mógłby się pomylić.