19.04.2025, 21:32 ✶
Nie czekał praktycznie chwili zanim ruszył po schodach na wyższe piętro w kierunku swojego mieszkania, żeby zabrać stamtąd zarówno Lilię, jak i klucze do mieszkania Corneliusa. Ani przez chwilę nie wątpił bowiem w słuszność uwagi rzuconej przez Geraldine. Choć może raczej powinien to potraktować po prostu jako fakt? Oboje doskonale znali swojego przyjaciela i jego wyjątkowe, wręcz wyśmienite tendencje do dbania o swoje dobra.
Gdyby zdecydowali się pójść za głosem Astarotha i tak po prostu wyważyć drzwi do mieszkania kumpla, może rzeczywiście przyspieszyliby swoje działania, ale jednocześnie prawdopodobnie do końca życia (raczej krótkiego) nie wypłaciliby się za dokonane zniszczenia. W grę wchodziłyby nie tylko drzwi, lecz także ściany, tapety, podłoga. Cholera wie, co jeszcze.
A wszystko przez to, że przeznaczyli zbędne minuty na odsłanianie twarzy przypadkowej grupy podpalaczy, co prawie skończyło się dla nich wdaniem się w fizyczną potyczkę. Musieli uciekać przez dym i ogień, znacznie nadwyrężając przy tym swoje siły (przynajmniej w jego przypadku) i tak naprawdę nic nie zyskując.
Wchodząc do swojego mieszkania na ostatnim piętrze, nadal był zły na zaistniałą sytuację. W dalszym ciągu emanował irytacją, ale zostając na chwilę całkowicie sam, pozwolił sobie przy tym na gwałtowne zaczerpnięcie serii głębokich wdechów. Zakończonej jeszcze gwałtowniejszym napadem kaszlu i charczenia czarną, duszącą flegmą wprost do kuchennego zlewu, co tak naprawdę było pierwszą czynnością, jaką wykonał.
Wypił kilka szklanek lodowato zimnej wody, próbując doprowadzić się do porządku, po czym ruszył na poszukiwania, starając się nie brzmieć jak porysowana płyta winylowa, gdy usiłował nawoływać swojego pupila. Bezskutecznie.
Kota nie było, ale wystarczył wyłącznie jeden szybki rzut oka na mieszkanie, aby Ambroise mógł ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że Lilia nie zniknęła sama z siebie. Na dywanie w salonie znajdowały się ślady butów a na ławie leżała pusta puszka po smaczkach dla zwierząt.
Romulus. To najpewniej był Romulus, bo sam przecież też miał kota. W tym całym zamieszaniu ewidentnie musiał pomyśleć o wzięciu ze sobą także drugiego, za co Roise był mu niezmiernie wdzięczny. Byleby tylko nie dozgonnie, co tego przeklętego wieczoru było bardziej prawdopodobne niż kiedykolwiek wcześniej.
Bezpieczne miejsce nie było już spokojnym azylem. Kamienica być może jeszcze nie płonęła, ale była to tylko kwestia czasu. Cały Londyn ogarnęły płomienie, które rozprzestrzeniały się wprost nienaturalnie szybko. To było piekło na ziemi. I zdawało się, że oni znaleźli się w samym jego środku. Nie mogli dłużej tracić czasu.
Chwycił klucze do mieszkania Lestrange'ów, poprawił torbę medyczną przewieszoną przez pierś i skierował swoje kroki w stronę drzwi wyjściowych, ignorując konieczność zabrania czegokolwiek więcej. Nie miał tu nic, co mogłoby być przydatne. Większość rzeczy przechowywał w Dolinie Godryka, w której z wiadomych względów spędzał większość czasu, gdy nie był między dyżurami w Mungu.
Nie musiał nawet w pełni wyjść na korytarz, by usłyszeć zupełnie nowe głosy, jakie dołączyły do Geraldine i Astarotha. Poznał je od razu, mimowolnie biorąc głęboki wdech i odruchowo kiwając do siebie głową. Ulżyło mu. Przynajmniej trochę mu ulżyło, bo wciąż nie wyglądało na to, by był z nimi ostatni mieszkaniec kamienicy, poza Corneliusem. W innym wypadku bez wątpienia słyszałby już przepięknie brzmiący, dźwięczny głosik Pottera, który zawsze miał coś do powiedzenia.
W kilku długich susach pokonał schody między piętrami, zatrzymując się u szczytu półpiętra za plecami Aloysiusa. Nie starał się być cicho, toteż mimo wszechobecnych odgłosów chaosu pożaru, nie wątpił, że jego obecność zostanie dostrzeżona przez wszystkich zgromadzonych na klatce schodowej. Nagle zrobiło się tam całkiem tłoczno i najwyraźniej dosyć rozmownie, choć gdy pojawił się za plecami Benjy'ego, akurat nikt już nic nie mówił.
Patrząc na twarze reszty, wydawało mu się jednak, że trafił na moment ciszy pomiędzy wymianą zdań na jakiś temat. Najpewniej dotyczący pożaru, bo czego innego. Zdawało mu się, że jeszcze będąc na górze, usłyszał coś o reszcie Londynu, więc w tym momencie wbił badawcze spojrzenie w pozostałych, odczekując całe dwie sekundy, zanim zadał bardzo konkretne pytanie.
- Gdzie Prudence? - Skierował je wprost w plecy przyjaciela, jednocześnie posyłając Eliasowi spojrzenie, bo choć spodziewał się, że to Rookwood mu odpowie, zawsze istniała szansa na reakcję z innej zainteresowanej strony.
- Mam klucze - dodał, przenosząc wzrok na Geraldine i obracając kółeczkiem na palcu.
Jak na ten moment, w porównaniu do reszty wieczoru, wszystko układało się całkiem przyzwoicie. Pytanie jak długo...
Gdyby zdecydowali się pójść za głosem Astarotha i tak po prostu wyważyć drzwi do mieszkania kumpla, może rzeczywiście przyspieszyliby swoje działania, ale jednocześnie prawdopodobnie do końca życia (raczej krótkiego) nie wypłaciliby się za dokonane zniszczenia. W grę wchodziłyby nie tylko drzwi, lecz także ściany, tapety, podłoga. Cholera wie, co jeszcze.
A wszystko przez to, że przeznaczyli zbędne minuty na odsłanianie twarzy przypadkowej grupy podpalaczy, co prawie skończyło się dla nich wdaniem się w fizyczną potyczkę. Musieli uciekać przez dym i ogień, znacznie nadwyrężając przy tym swoje siły (przynajmniej w jego przypadku) i tak naprawdę nic nie zyskując.
Wchodząc do swojego mieszkania na ostatnim piętrze, nadal był zły na zaistniałą sytuację. W dalszym ciągu emanował irytacją, ale zostając na chwilę całkowicie sam, pozwolił sobie przy tym na gwałtowne zaczerpnięcie serii głębokich wdechów. Zakończonej jeszcze gwałtowniejszym napadem kaszlu i charczenia czarną, duszącą flegmą wprost do kuchennego zlewu, co tak naprawdę było pierwszą czynnością, jaką wykonał.
Wypił kilka szklanek lodowato zimnej wody, próbując doprowadzić się do porządku, po czym ruszył na poszukiwania, starając się nie brzmieć jak porysowana płyta winylowa, gdy usiłował nawoływać swojego pupila. Bezskutecznie.
Kota nie było, ale wystarczył wyłącznie jeden szybki rzut oka na mieszkanie, aby Ambroise mógł ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że Lilia nie zniknęła sama z siebie. Na dywanie w salonie znajdowały się ślady butów a na ławie leżała pusta puszka po smaczkach dla zwierząt.
Romulus. To najpewniej był Romulus, bo sam przecież też miał kota. W tym całym zamieszaniu ewidentnie musiał pomyśleć o wzięciu ze sobą także drugiego, za co Roise był mu niezmiernie wdzięczny. Byleby tylko nie dozgonnie, co tego przeklętego wieczoru było bardziej prawdopodobne niż kiedykolwiek wcześniej.
Bezpieczne miejsce nie było już spokojnym azylem. Kamienica być może jeszcze nie płonęła, ale była to tylko kwestia czasu. Cały Londyn ogarnęły płomienie, które rozprzestrzeniały się wprost nienaturalnie szybko. To było piekło na ziemi. I zdawało się, że oni znaleźli się w samym jego środku. Nie mogli dłużej tracić czasu.
Chwycił klucze do mieszkania Lestrange'ów, poprawił torbę medyczną przewieszoną przez pierś i skierował swoje kroki w stronę drzwi wyjściowych, ignorując konieczność zabrania czegokolwiek więcej. Nie miał tu nic, co mogłoby być przydatne. Większość rzeczy przechowywał w Dolinie Godryka, w której z wiadomych względów spędzał większość czasu, gdy nie był między dyżurami w Mungu.
Nie musiał nawet w pełni wyjść na korytarz, by usłyszeć zupełnie nowe głosy, jakie dołączyły do Geraldine i Astarotha. Poznał je od razu, mimowolnie biorąc głęboki wdech i odruchowo kiwając do siebie głową. Ulżyło mu. Przynajmniej trochę mu ulżyło, bo wciąż nie wyglądało na to, by był z nimi ostatni mieszkaniec kamienicy, poza Corneliusem. W innym wypadku bez wątpienia słyszałby już przepięknie brzmiący, dźwięczny głosik Pottera, który zawsze miał coś do powiedzenia.
W kilku długich susach pokonał schody między piętrami, zatrzymując się u szczytu półpiętra za plecami Aloysiusa. Nie starał się być cicho, toteż mimo wszechobecnych odgłosów chaosu pożaru, nie wątpił, że jego obecność zostanie dostrzeżona przez wszystkich zgromadzonych na klatce schodowej. Nagle zrobiło się tam całkiem tłoczno i najwyraźniej dosyć rozmownie, choć gdy pojawił się za plecami Benjy'ego, akurat nikt już nic nie mówił.
Patrząc na twarze reszty, wydawało mu się jednak, że trafił na moment ciszy pomiędzy wymianą zdań na jakiś temat. Najpewniej dotyczący pożaru, bo czego innego. Zdawało mu się, że jeszcze będąc na górze, usłyszał coś o reszcie Londynu, więc w tym momencie wbił badawcze spojrzenie w pozostałych, odczekując całe dwie sekundy, zanim zadał bardzo konkretne pytanie.
- Gdzie Prudence? - Skierował je wprost w plecy przyjaciela, jednocześnie posyłając Eliasowi spojrzenie, bo choć spodziewał się, że to Rookwood mu odpowie, zawsze istniała szansa na reakcję z innej zainteresowanej strony.
- Mam klucze - dodał, przenosząc wzrok na Geraldine i obracając kółeczkiem na palcu.
Jak na ten moment, w porównaniu do reszty wieczoru, wszystko układało się całkiem przyzwoicie. Pytanie jak długo...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down