19.04.2025, 22:56 ✶
Myśli nie tylko zabłądziły w mojej głowie, one rozgościły się tam na dobre, tłukąc się bezładnie i boleśnie o moje ja, przypominając mi dobitnie, czym się stałem. Gorzej niż wyrzutek. Gorzej niż odrzut. Potwór, prawdziwy potwór, który zakradał się w cień i wykradał to, co najcenniejsze. Bez litości. Bez skrupułów.
I właśnie te obrazy... obrazy karmienia się, wracały do mnie niczym noże. Czy to była dobrowolna ofiara, ktoś, kto robił to za pieniądze, czy może zupełnie nieświadoma i niezgodna na nic osoba... Każdy z tych momentów, każde wspomnienie, sprawiało, że wewnętrznie się skręcałem. Odraza mieszała się z lękiem. Lękiem, że Astaroth, ten prawdziwy Astaroth, już nie istnieje. Że została tylko Bestia, ta, o której mówił mi Sauriel.
A jeśli ona wcale nie przychodziła tylko czasami? Co, jeśli nigdy nie odeszła? Może cały czas była mną, tylko udawała, że jestem sobą, że jestem starym dobrym Astarothem po to, by w najbardziej nieoczekiwanym momencie zaskoczyć swoją ofiarę?
Już dziś odsuwałem myśli o krwi. Raz. Drugi. To zawsze tak wyglądało – pozornie niewinnie. Niewinny początek mojej własnej porażki. Moja codzienna walka z samym sobą, którą i tak przegrywałem. Próbowałem być dobry. Próbowałem pomagać. Próbowałem być tym kimś, komu inni mogliby ufać. Ale wiedziałem, że to za mało. To zawsze będzie za mało, bo...
Bo nawet te dobre rzeczy kończyły się dramatem. Zawsze. Wystarczyło wspomnieć Laurenta po wydarzeniach w Windermere. Wystarczyło przypomnieć sobie Victorię i atak, który może przewidziała, ale na który nie zasługiwała. Ja tego nie chciałem. Naprawdę nie chciałem. A jednak stało się.
A teraz? Stałem pod drzwiami sąsiadów Ambroise’a. Towarzyszyłem jemu i Geraldine. Trzymałem się ich kurczowo, niby dla ich bezpieczeństwa, ale przecież... może naprawdę byłoby bezpieczniej, gdybym po prostu zniknął? Wrócił do Snowdonii? Oddał się w ręce ojca, zanim znów zrobię coś złego?
Zamknąłem oczy, jakbym modlił się do tych drzwi, do ich ciszy. Londyn płonął. Ludzie umierali, palili się żywcem, dusili we własnym dymie, krzyczeli, szukając ratunku tam, gdzie go nie było. Inni wykorzystywali ten chaos, by siać jeszcze większy. I w tym wszystkim byli moi bliscy... i byłem ja. Tylko kim ja właściwie byłem? Bohaterem? Czy potworem?
Pokręciłem głową i zapukałem ponownie. Nikt nie odpowiedział. Ruszam dalej, powiedziałem sobie w duchu. Czyścimy umysł. Odsuwamy myśli. Nie mogłem działać, jeśli wciąż się obwiniałem. Nie mogłem chronić Geraldine, jeśli nie potrafiłem uwolnić się od własnych demonów. Nie mogłem powstrzymać głodu, jeśli wciąż rozważałem smak krwi. Proste. Jak latanie na miotle.
Szedłem dalej. Drzwi za drzwiami. Pukałem. Nasłuchiwałem. Udawałem, że mam misję. Bardzo ważną misję. Chociaż w rzeczywistości... wszyscy chyba już się ewakuowali. Miałem takie nieodparte wrażenie. Nikogo nie spotkałem. Żadnej żywej duszy. Martwych również nie.
– Zdaje się, że nikogo tutaj nie ma. Jesteśmy tylko my... – powiedziałem w końcu, rzucając spojrzenie na Geraldine.
Trzymała się. Może i z trudem, może wbrew wszystkiemu, ale trzymała się. Odkąd sięgałem pamięcią, ona zawsze była silna. Silniejsza niż wszyscy mężczyźni w naszej rodzinie razem wzięci. Dążyła do perfekcji. Dążyła do tego, by nikt nigdy nie mógł jej złamać. I właśnie to czyniło ją odporniejszą. Nie, nie była niezniszczalna, ale zdecydowanie była... trwalsza od nas wszystkich.
I właśnie te obrazy... obrazy karmienia się, wracały do mnie niczym noże. Czy to była dobrowolna ofiara, ktoś, kto robił to za pieniądze, czy może zupełnie nieświadoma i niezgodna na nic osoba... Każdy z tych momentów, każde wspomnienie, sprawiało, że wewnętrznie się skręcałem. Odraza mieszała się z lękiem. Lękiem, że Astaroth, ten prawdziwy Astaroth, już nie istnieje. Że została tylko Bestia, ta, o której mówił mi Sauriel.
A jeśli ona wcale nie przychodziła tylko czasami? Co, jeśli nigdy nie odeszła? Może cały czas była mną, tylko udawała, że jestem sobą, że jestem starym dobrym Astarothem po to, by w najbardziej nieoczekiwanym momencie zaskoczyć swoją ofiarę?
Już dziś odsuwałem myśli o krwi. Raz. Drugi. To zawsze tak wyglądało – pozornie niewinnie. Niewinny początek mojej własnej porażki. Moja codzienna walka z samym sobą, którą i tak przegrywałem. Próbowałem być dobry. Próbowałem pomagać. Próbowałem być tym kimś, komu inni mogliby ufać. Ale wiedziałem, że to za mało. To zawsze będzie za mało, bo...
Bo nawet te dobre rzeczy kończyły się dramatem. Zawsze. Wystarczyło wspomnieć Laurenta po wydarzeniach w Windermere. Wystarczyło przypomnieć sobie Victorię i atak, który może przewidziała, ale na który nie zasługiwała. Ja tego nie chciałem. Naprawdę nie chciałem. A jednak stało się.
A teraz? Stałem pod drzwiami sąsiadów Ambroise’a. Towarzyszyłem jemu i Geraldine. Trzymałem się ich kurczowo, niby dla ich bezpieczeństwa, ale przecież... może naprawdę byłoby bezpieczniej, gdybym po prostu zniknął? Wrócił do Snowdonii? Oddał się w ręce ojca, zanim znów zrobię coś złego?
Zamknąłem oczy, jakbym modlił się do tych drzwi, do ich ciszy. Londyn płonął. Ludzie umierali, palili się żywcem, dusili we własnym dymie, krzyczeli, szukając ratunku tam, gdzie go nie było. Inni wykorzystywali ten chaos, by siać jeszcze większy. I w tym wszystkim byli moi bliscy... i byłem ja. Tylko kim ja właściwie byłem? Bohaterem? Czy potworem?
Pokręciłem głową i zapukałem ponownie. Nikt nie odpowiedział. Ruszam dalej, powiedziałem sobie w duchu. Czyścimy umysł. Odsuwamy myśli. Nie mogłem działać, jeśli wciąż się obwiniałem. Nie mogłem chronić Geraldine, jeśli nie potrafiłem uwolnić się od własnych demonów. Nie mogłem powstrzymać głodu, jeśli wciąż rozważałem smak krwi. Proste. Jak latanie na miotle.
Szedłem dalej. Drzwi za drzwiami. Pukałem. Nasłuchiwałem. Udawałem, że mam misję. Bardzo ważną misję. Chociaż w rzeczywistości... wszyscy chyba już się ewakuowali. Miałem takie nieodparte wrażenie. Nikogo nie spotkałem. Żadnej żywej duszy. Martwych również nie.
– Zdaje się, że nikogo tutaj nie ma. Jesteśmy tylko my... – powiedziałem w końcu, rzucając spojrzenie na Geraldine.
Trzymała się. Może i z trudem, może wbrew wszystkiemu, ale trzymała się. Odkąd sięgałem pamięcią, ona zawsze była silna. Silniejsza niż wszyscy mężczyźni w naszej rodzinie razem wzięci. Dążyła do perfekcji. Dążyła do tego, by nikt nigdy nie mógł jej złamać. I właśnie to czyniło ją odporniejszą. Nie, nie była niezniszczalna, ale zdecydowanie była... trwalsza od nas wszystkich.
Koniec sesji