19.04.2025, 23:53 ✶
Siedziałem na podłodze, z głową lekko odchyloną do tyłu, patrząc w sufit, oparty o zimne deski, sącząc bourbon, którego smak był mocny i gorzki, ale naprawdę przyjemnie palił w przełyku - odwracał uwagę od bólu głowy i konieczności prowadzenia tej nieprzewidzianej rozmowy, na którą byłem zupełnie niegotowy. Sądziłem, że spędzę tu czas sam, w ciszy, odcięty od wszystkiego, co przypominało mi o rzeczywistości i wydarzeniach z ostatnich dni, ale Prudence zupełnie mnie zaskoczyła. Nie, to nie było tak, że nie przypuszczałem, że mogłaby się pojawić na mojej drodze - przynajmniej nie, odkąd Ambroise uświadomił mnie, że ona to ona, ale… Liczyłem na to, że od naszej ostatniej nocy, i od tego, co między nami się zdarzyło, minie trochę czasu, zanim będę musiał zacząć jej unikać - na pewno nie sądziłem, że spotkamy się tutaj w letniej rezydencji Lestrange’ów, zaledwie dzień z kawałkiem później. Kiedy ją zobaczyłem, serce podskoczyło mi do gardła.
Wpatrywałem się w nią uważnie, próbując odczytać, co się kryje za tym napięciem, które widziałem w jej oczach. Zamiast tego, co było mi znane i kojarzone z przeszłości, widziałem w niej coś nowego, coś, co trudno mi było jednoznacznie odczytać. Nic dziwnego, że jej nie rozpoznałem - oczywiście, że nie była tą samą dziewczyną, którą pamiętałem z Hogwartu. Przyglądałem się jej przez chwilę, próbując zrozumieć, co się tak naprawdę dzieje. W głowie miałem milion myśli, ale jedna wyłaniała się spośród nich najwyraźniej - kiedy uznałem ją za obcą kobietę, zacząłem prowadzić z nią rozmowę zwieńczoną pocałunkami, nie sądziłem, że jeszcze ją zobaczę. Wpatrywałem się w nią, starając się nie dać po sobie poznać, że czuję się równie niezręcznie. To było coś, co miało być ostateczne, coś, co miało zamknąć rozdział, a jednak los miał chyba inne plany.
Parsknąłem, słysząc jej komentarz o byciu uprzejmym, jak zawsze - brzmiała tak, jakby jednocześnie ironizowała i rzeczywiście mogła sądzić, że potrafię być miły. Wszystko to było tak skomplikowane, tak pełne sprzeczności, że trudno było mi się w tym odnaleźć.
Nie zamierzałem pytać, czemu tu jest, bo wiedziałem, że i tak nie dostanę odpowiedzi - nawet w półmroku widziałem, jak jej oczy stają się bardziej zamglone, a ona ucieka gdzieś myślami. Teraz, gdy zdawałem sobie sprawę z tego, że to Prudence Bletchley, jej dziwne stany zawieszenia przestały być dla mnie tak nietypowe - w dalszym ciągu były nieodgadnione, ale przecież kojarzyłem ją z nich już ze szkolnych czasów, byłem świadomy tego, że to jest coś, co towarzyszy jej od zawsze. Zaakceptowałem ten fakt i nie zadawałem pytań - nie obchodziło mnie to aż tak bardzo, choć może głęboko w sobie czułem, że ta sytuacja jest niecodzienna.
Wyglądała inaczej niż w Hogwarcie, choć oczywiście - to było logiczne, ja też nie byłem już tą samą osobą, czas odcisnął na nas swoje piętno. Nie była już tą dziewczyną, którą kiedyś straszyłem, może nawet nękałem, chociaż pewne podobieństwa wciąż tam były, jak cienka nić, która łączyła tamte czasy z tymi teraźniejszymi. Teraz była bardziej poważna - podczas sytuacji z pożarem dodałem do wniosku, że także bardziej pewna siebie, choć aktualnie w jej oczach widziałem też coś, co można by uznać za podenerwowanie, może nawet niepokój... Rozumiałem to - wiedziałem, że ona też się nie spodziewała mnie tu.
Spojrzałem na nią jeszcze raz, uważnie, starając się odczytać, czym jest dla niej ta sytuacja. Spojrzałem na Prudence - mój wzrok powędrował na jej twarz, w jej lekko zagubione oczy, i spojrzeniem znacząco wskazałem na jedną z drewnianych skrzyń niedaleko mnie. Łypnąłem na to prowizoryczne siedzisko, które na pewno miało utrzymać jej niewielki ciężar, i chociaż nie powiedziałem jeszcze nic oficjalnie o tym, że mogła się do mnie dołączyć, w moich oczach wyraźnie było widać, że sugeruję jej spojrzeniem, by się tam skierowała. Nie było to żadnym wymownym, narzucającym gestem, raczej czymś, co mówi: „jeśli chcesz, to zostań, ale nie musisz siadać na zimnych deskach, jak ja - będzie ci tam lepiej, niż na podłodze”. Nie pytałem, czy już skojarzyła, kim jestem, czy może ktoś jej powiedział, z kim miała do czynienia - to nie miało znaczenia, ale tak po prawdzie, miałem swoje podejrzenia. Sądziłem, że gdyby wiedziała, to nie chciałaby tu zostać. W dawnych czasach przebywanie razem sam na sam w jednym pomieszczeniu nigdy nie kończyło się dla nas zbyt dobrze, dla żadnej ze stron, szczególnie pod sam koniec szkoły - szczerze się nie cierpieliśmy. Obserwowałem ją w półmroku, próbując odczytać jej emocje - nie chciałem, żeby czuła się niekomfortowo, bo mimo wszystko, to była osoba, z którą może nie potrafiłem się do końca porozumieć, ale kiedyś miałem do niej słabość.
Uniosłem brwi, upiłem trochę bourbonu, czując, jak gorzki smak płynie mi po podniebieniu, i spojrzałem na nią jeszcze raz, z lekkim, może trochę krzywym uśmiechem, który mimowolnie pojawił się na mojej twarzy, chociaż w głębi duszy miałem świadomość, że to wszystko jest tylko grą - sztuką pozorów, która miała ukryć to, co naprawdę czuję. Chociaż chciałem się zdawać spokojny, może nawet zupełnie rozprężony, to tak naprawdę czułem, jak bardzo mnie to wybija. Nie spodziewałem się, że Prudence chętnie siądzie tuż obok mnie - ja bym nie usiadł - podejdzie i przycupnie bezpośrednio na dechach, więc jej tego nie proponowałem, ale nie chciałem też, żeby stała w miejscu, patrząc na mnie z takim wyrazem twarzy. Skrzynia wydawała się najrozsądniejszą możliwością, bo skoro już sama zapytała o to, czy może do mnie dołączyć, to nie zamierzałem nakazywać jej wyjść i znaleźć swoje miejsce - nawet, jeśli w tym domu było dostatecznie dużo innych możliwości. Kto wie, może nawet nie chciałem, żeby tak się stało... Nie wiedziałem, nie chciałem wiedzieć - fakt był taki, że była tu, a ja… Ja siedziałem na tej podłodze w ciemnej piwnicy i próbowałem się jakoś odnaleźć w tej nagłej, nieprzewidywalnej sytuacji, pijąc bourbon wprost z gwinta przed ósmą rano. Moje decyzje nie były najrozsądniejsze. Ta też nie musiała taka być.
Uniosłem brwi, kiedy się odezwała, i spojrzałem na nią uważnie. Wiedziałem, o co jej chodzi, nawet nie musiała tego mówić na głos - nie potrzebowała kończyć tego urwanego zdania. To zdanie wyraźnie brzmiało: „Nie sądziłwm, że jeszcze cię spotkam, szczególnie tutaj”... I choć słowa te nie padły, to ich znaczenie było wyraźne. Doskonale rozumiałem, że nie spodziewała się, że ktoś tu ją zaskoczy, tym bardziej, że to będę ja, tak jak ja się tego nie spodziewałem. Nie mieliśmy słów, które mogłyby wyrazić wszystko, co czuliśmy, więc zrobiliśmy to, co najłatwiej - milczeliśmy, patrząc na siebie, próbując odczytać w oczach to, czego nie mówiły słowa. To był ten moment, kiedy trzeba było powiedzieć coś, co rozładowałoby napięcie albo przynajmniej rozluźniło nieco atmosferę.
- Sze Colnelius to s domu jebany klezus? Tludno szię domyśliś... Zawse był sklomny... - Uśmiechnąłem się półgębkiem, oczywiście, nie kryjąc sarkazmu w moim głosie. W rzeczywistości nie wiedziałem, czy to, co mówię, ma jakiekolwiek znaczenie dla pozbycia się sztywności z naszych zachowań - najpewniej nie miało - czy jest tylko moim sposobem na odwrócenie uwagi od własnych uczuć, które co jakiś czas próbowały mnie doprowadzić do szału. Tak jak w tej chwili. Wiedziałem, że coś się zmieniło - nie było między nami tej lekkości, mimo tego, że warunki były znacznie bardziej sprzyjające niż tamtej nocy - chociaż na pierwszy rzut oka trudno mi było powiedzieć, co dokładnie za to odpowiadało. Żałowała tej impulsywności, wypowiedzianych słów, jeszcze czegoś innego... Nie wiedziałem - nigdy nie byłem dobry w psychoanalizie, teraz to się nie zmieniło. W głębi ducha czułem, że ta niezręczność to coś więcej niż tylko podbierany alkohol i okoliczności - to były niewypowiedziane słowa - takie, które czekają, aż ktoś je wypowie, i niestety miałem wrażenie, że to ona powinna zacząć, bo ja… nie potrafiłem.
Wpatrywałem się w nią uważnie, próbując odczytać, co się kryje za tym napięciem, które widziałem w jej oczach. Zamiast tego, co było mi znane i kojarzone z przeszłości, widziałem w niej coś nowego, coś, co trudno mi było jednoznacznie odczytać. Nic dziwnego, że jej nie rozpoznałem - oczywiście, że nie była tą samą dziewczyną, którą pamiętałem z Hogwartu. Przyglądałem się jej przez chwilę, próbując zrozumieć, co się tak naprawdę dzieje. W głowie miałem milion myśli, ale jedna wyłaniała się spośród nich najwyraźniej - kiedy uznałem ją za obcą kobietę, zacząłem prowadzić z nią rozmowę zwieńczoną pocałunkami, nie sądziłem, że jeszcze ją zobaczę. Wpatrywałem się w nią, starając się nie dać po sobie poznać, że czuję się równie niezręcznie. To było coś, co miało być ostateczne, coś, co miało zamknąć rozdział, a jednak los miał chyba inne plany.
Parsknąłem, słysząc jej komentarz o byciu uprzejmym, jak zawsze - brzmiała tak, jakby jednocześnie ironizowała i rzeczywiście mogła sądzić, że potrafię być miły. Wszystko to było tak skomplikowane, tak pełne sprzeczności, że trudno było mi się w tym odnaleźć.
Nie zamierzałem pytać, czemu tu jest, bo wiedziałem, że i tak nie dostanę odpowiedzi - nawet w półmroku widziałem, jak jej oczy stają się bardziej zamglone, a ona ucieka gdzieś myślami. Teraz, gdy zdawałem sobie sprawę z tego, że to Prudence Bletchley, jej dziwne stany zawieszenia przestały być dla mnie tak nietypowe - w dalszym ciągu były nieodgadnione, ale przecież kojarzyłem ją z nich już ze szkolnych czasów, byłem świadomy tego, że to jest coś, co towarzyszy jej od zawsze. Zaakceptowałem ten fakt i nie zadawałem pytań - nie obchodziło mnie to aż tak bardzo, choć może głęboko w sobie czułem, że ta sytuacja jest niecodzienna.
Wyglądała inaczej niż w Hogwarcie, choć oczywiście - to było logiczne, ja też nie byłem już tą samą osobą, czas odcisnął na nas swoje piętno. Nie była już tą dziewczyną, którą kiedyś straszyłem, może nawet nękałem, chociaż pewne podobieństwa wciąż tam były, jak cienka nić, która łączyła tamte czasy z tymi teraźniejszymi. Teraz była bardziej poważna - podczas sytuacji z pożarem dodałem do wniosku, że także bardziej pewna siebie, choć aktualnie w jej oczach widziałem też coś, co można by uznać za podenerwowanie, może nawet niepokój... Rozumiałem to - wiedziałem, że ona też się nie spodziewała mnie tu.
Spojrzałem na nią jeszcze raz, uważnie, starając się odczytać, czym jest dla niej ta sytuacja. Spojrzałem na Prudence - mój wzrok powędrował na jej twarz, w jej lekko zagubione oczy, i spojrzeniem znacząco wskazałem na jedną z drewnianych skrzyń niedaleko mnie. Łypnąłem na to prowizoryczne siedzisko, które na pewno miało utrzymać jej niewielki ciężar, i chociaż nie powiedziałem jeszcze nic oficjalnie o tym, że mogła się do mnie dołączyć, w moich oczach wyraźnie było widać, że sugeruję jej spojrzeniem, by się tam skierowała. Nie było to żadnym wymownym, narzucającym gestem, raczej czymś, co mówi: „jeśli chcesz, to zostań, ale nie musisz siadać na zimnych deskach, jak ja - będzie ci tam lepiej, niż na podłodze”. Nie pytałem, czy już skojarzyła, kim jestem, czy może ktoś jej powiedział, z kim miała do czynienia - to nie miało znaczenia, ale tak po prawdzie, miałem swoje podejrzenia. Sądziłem, że gdyby wiedziała, to nie chciałaby tu zostać. W dawnych czasach przebywanie razem sam na sam w jednym pomieszczeniu nigdy nie kończyło się dla nas zbyt dobrze, dla żadnej ze stron, szczególnie pod sam koniec szkoły - szczerze się nie cierpieliśmy. Obserwowałem ją w półmroku, próbując odczytać jej emocje - nie chciałem, żeby czuła się niekomfortowo, bo mimo wszystko, to była osoba, z którą może nie potrafiłem się do końca porozumieć, ale kiedyś miałem do niej słabość.
Uniosłem brwi, upiłem trochę bourbonu, czując, jak gorzki smak płynie mi po podniebieniu, i spojrzałem na nią jeszcze raz, z lekkim, może trochę krzywym uśmiechem, który mimowolnie pojawił się na mojej twarzy, chociaż w głębi duszy miałem świadomość, że to wszystko jest tylko grą - sztuką pozorów, która miała ukryć to, co naprawdę czuję. Chociaż chciałem się zdawać spokojny, może nawet zupełnie rozprężony, to tak naprawdę czułem, jak bardzo mnie to wybija. Nie spodziewałem się, że Prudence chętnie siądzie tuż obok mnie - ja bym nie usiadł - podejdzie i przycupnie bezpośrednio na dechach, więc jej tego nie proponowałem, ale nie chciałem też, żeby stała w miejscu, patrząc na mnie z takim wyrazem twarzy. Skrzynia wydawała się najrozsądniejszą możliwością, bo skoro już sama zapytała o to, czy może do mnie dołączyć, to nie zamierzałem nakazywać jej wyjść i znaleźć swoje miejsce - nawet, jeśli w tym domu było dostatecznie dużo innych możliwości. Kto wie, może nawet nie chciałem, żeby tak się stało... Nie wiedziałem, nie chciałem wiedzieć - fakt był taki, że była tu, a ja… Ja siedziałem na tej podłodze w ciemnej piwnicy i próbowałem się jakoś odnaleźć w tej nagłej, nieprzewidywalnej sytuacji, pijąc bourbon wprost z gwinta przed ósmą rano. Moje decyzje nie były najrozsądniejsze. Ta też nie musiała taka być.
Uniosłem brwi, kiedy się odezwała, i spojrzałem na nią uważnie. Wiedziałem, o co jej chodzi, nawet nie musiała tego mówić na głos - nie potrzebowała kończyć tego urwanego zdania. To zdanie wyraźnie brzmiało: „Nie sądziłwm, że jeszcze cię spotkam, szczególnie tutaj”... I choć słowa te nie padły, to ich znaczenie było wyraźne. Doskonale rozumiałem, że nie spodziewała się, że ktoś tu ją zaskoczy, tym bardziej, że to będę ja, tak jak ja się tego nie spodziewałem. Nie mieliśmy słów, które mogłyby wyrazić wszystko, co czuliśmy, więc zrobiliśmy to, co najłatwiej - milczeliśmy, patrząc na siebie, próbując odczytać w oczach to, czego nie mówiły słowa. To był ten moment, kiedy trzeba było powiedzieć coś, co rozładowałoby napięcie albo przynajmniej rozluźniło nieco atmosferę.
- Sze Colnelius to s domu jebany klezus? Tludno szię domyśliś... Zawse był sklomny... - Uśmiechnąłem się półgębkiem, oczywiście, nie kryjąc sarkazmu w moim głosie. W rzeczywistości nie wiedziałem, czy to, co mówię, ma jakiekolwiek znaczenie dla pozbycia się sztywności z naszych zachowań - najpewniej nie miało - czy jest tylko moim sposobem na odwrócenie uwagi od własnych uczuć, które co jakiś czas próbowały mnie doprowadzić do szału. Tak jak w tej chwili. Wiedziałem, że coś się zmieniło - nie było między nami tej lekkości, mimo tego, że warunki były znacznie bardziej sprzyjające niż tamtej nocy - chociaż na pierwszy rzut oka trudno mi było powiedzieć, co dokładnie za to odpowiadało. Żałowała tej impulsywności, wypowiedzianych słów, jeszcze czegoś innego... Nie wiedziałem - nigdy nie byłem dobry w psychoanalizie, teraz to się nie zmieniło. W głębi ducha czułem, że ta niezręczność to coś więcej niż tylko podbierany alkohol i okoliczności - to były niewypowiedziane słowa - takie, które czekają, aż ktoś je wypowie, i niestety miałem wrażenie, że to ona powinna zacząć, bo ja… nie potrafiłem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)