20.04.2025, 02:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2025, 02:27 przez Benjy Fenwick.)
Siedziałem na podłodze w chłodnej, wilgotnej piwnicy, w półmroku, w którym było ciężko cokolwiek dostrzec, ale moje spojrzenie i tak utknęło w jednym miejscu - na kobiecie stojącej naprzeciw mnie. Nie rejestrowałem upływu czasu tak bardzo, żeby być świadomym, ile minęło, odkąd wbiłem wzrok w Prudence - liczyło się to, że od kilku chwil nieprzerwanie przypatrywałem jej się z mieszanką zaskoczenia i może czegoś na kształt nostalgii. Wpatrywałem się w nią, chociaż tak naprawdę w mojej głowie przewijały się obrazy, wspomnienia, emocje, jakby czas się tutaj zatrzymał. Wciąż próbowałem rozgryźć, co tak naprawdę czuję. Dwa dni temu, podczas pożaru Londynu, spędziliśmy razem chaotyczne godziny, które od tamtej pory nie dawały mi spokoju. W tamtym momencie czułem się jakbyśmy byli przyjaciółmi, i choć przecież uważaliśmy się za obcych sobie ludzi, to zachowywaliśmy się jakbyśmy się znali od zawsze. Wmawiałem sobie wtedy, że tak naprawdę to intuicja kazała mi się nią opiekować, a ona intuicyjnie mi zaufała... Nie wiedziałem, kim jest, a jednak to ta rzekoma intuicja podpowiadała mi, że powinniśmy się jakoś dogadać. W rzeczywistości teraz już wiedziałem, że to było bardziej skomplikowane. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, o lekkich i ciężkich sprawach, rozprawialiśmy o naszej domniemanej przyjaźni, której tak naprawdę jeszcze nie było... A potem, już na sam koniec... No, właśnie.
Na początku wydawało się to odruchem, spontanicznym gestem, niczym szczególnym, ale nie zmieniało to faktu - wtedy, w tym tłumie, pochyliłem głowę i odwzajemniłem pocałunek bardziej żarliwie, niż sam się spodziewałem. Pamiętałem, jak jej dłonie oplatały moją szyję, moje serce biło szybciej, a impuls, który wtedy poczułem, wydawał się słuszny, chociaż był tak nagły, tak nieplanowany. Wiedziałem, że to jest ostatni raz, kiedy się widzimy, i chyba dlatego podjąłem decyzję, by to zrobić - miałem w głowie myśl, że więcej się nie spotkamy. Mimo że wcześniej już nie raz ktoś mnie całował, to tamten moment, ten smak truskawkowych ust, ich miękkość, zapach jej włosów przedzierający się przez swąd dymu, wywarł na mnie wrażenie, które nie ustąpiło do teraz - było żywe nawet w tej chwili. Musieliśmy się pożegnać, mieliśmy nie zobaczyć się już nigdy, wbrew temu, co mówiliśmy, więc tamten pocałunek wydawał się bardzo słusznym zakończeniem tej chaotycznej, pełnej emocji nocy. To, żeby też ją pocałować, to była decyzja, którą podjąłem z pełną świadomością, bo wiedziałem, że więcej nie będzie okazji, a trudno było mi ukryć przed sobą, że... Podobała mi się, naprawdę mi się wtedy podobała, nawet jeśli należeliśmy do innych światów i nic nie mogło tego zmienić. Gdybym tylko wiedział, jak inne to były w rzeczywistości światy...
Teraz ona stała przede mną, patrzyła na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wyrosła znikąd, z ciemności piwnicy, jakby pojawiła się z samego... Niczego, znikąd, z powietrza. Wpatrywałem się w nią jednocześnie jakbym widział ją po raz pierwszy i jakbym znał od zawsze... I co gorsza, tym razem już naprawdę wiedziałem, kim jest. To była Prudence Bletchley, siostra Eliasa. Tak, ta sama Prudence, z którą miałem na pieńku w szkole, którą wtedy traktowałem jak wroga, jak kogoś, kto mnie drażnił, dziewczyna, dla której byłem naprawdę paskudny. Byłem kawałem chama, chociaż wtedy nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę... Pierdolenie - byłem całkowicie świadomy, że jest ze mnie kawał chamskiego gówniarza, który ukrywał to, że nie do końca jest tak jak jest - podkochiwałem się w niej przez jakiś czas, choć nigdy nie potrafiłem się do tego przyznać. Uczucie minęło, ale po latach najwyraźniej nadal czułem do niej coś, co trudno nazwać, ale sprawiło, że jej odruchowo pomogłem. Nie żałowałem tego. To było bardziej skomplikowane. Podenerwowanie, które wyrażała, było jak niewypowiedziane pytanie: „Co tu robisz? Dlaczego tu jesteś?” Jej spojrzenie, pełne niepewności, krzyżowało się z moim, próbując odgadnąć, co zamierzam powiedzieć.
A ja milczałem. Spojglądałem na nią, widząc, że też nie spodziewała się tego spotkania. Była nerwowa, jakby nie do końca wiedziała, co zrobić, gdy nagle pojawiła się przed nią osoba, którą miała na zawsze zostawić wtedy w tłumie. Widać było po niej podenerwowanie - drgnięcie ręki, kiedy zadała mi pytanie, czy może się przysiąść. Atmosfera zrobiła się ciężka, napięta, więc próbowałem ją rozluźnić - teoretycznie z wywodów byłej żony wiedziałem, że to reakcja obronna, moja technika na rozładowanie napięcia. Zawsze sprowadzałem wszystko do żartu - to była moja metoda, moje narzędzie, które chyba wypracowałem na przestrzeni lat. Nie przeszkadzało mi to... Do teraz.
Obróciłem głowę ku niej, sięgnąłem po butelkę bourbonu i pociągnąłem łyk, próbując rozluźnić mięśnie, choć w głębi czułem, że nie będzie to łatwe. Znów napiłem się alkoholu - wiedziałem, że to też moje standardowe zachowanie, mój sposób na odciągnięcie uwagi od tego, co naprawdę czuję - sprowadzałem wszystko do picia i gadania na temat czegoś znacznie bardziej luźnego, niż powinno być w rzeczywistości, bo w moich oczach to odbierało temu ciężar emocjonalny. Uśmiechnąłem się krzywo, gdy odpowiedziałem.
- Tak, ten Colnelius. - Powiedziałem z ironią, unosząc brwi. - Najsklomniejsy człowiek w Wielkiej Blytanii. Sklomniejsy nawet od Lomulusa czy Ambloise’a, któszy, jak wiadomo, szą wyjątkowo sklomni. Mesmel i Matka Telesa, nie? - Parsknąłem, próbując ukryć swoje emocje za sarkazmem, ale zaraz potem, spoważniałem na chwilę, wsłuchując się w jej słowa, które nagle zmieniły wydźwięk - nabrały na znaczeniu. Nie spodziewałem się, że tak szybko przejdziemy do wspominania tamtej nocy, do rozmowy o tym, co się wtedy wydarzyło. Nie sądziłem, że zachowamy się tak, jakbyśmy chcieli jeszcze raz przeżyć tamte chwile, choćby tylko w myślach. Liczyłem, że będziemy od tego uciekać... Chociaż może nie... Sam nie wiedziałem, czego tak naprawdę chcę - jeden z nielicznych razów w życiu, trochę brakowało mi pewności. Zastanawiałem się, co dalej, czy w ogóle powinniśmy mówić więcej, czy może lepiej zostawić to wszystko za sobą. Wziąłem głęboki oddech, uśmiechnąłem się krzywo, coraz bardziej świadomy tego, jak nietypowe jest to spotkanie. Odchrząknąłem, sięgnąłem ku niej ręką - nie próbując nawiązać kontakt, ale zezując na butelkę wina, którą trzymała. Nabierając powietrza, wykrzywiłem kącik ust w krzywym uśmiechu, który miał zakamuflować moje emocje.
- Potszebujesz pomocy w otwalciu? - Zapytałem swobodnie, próbując zachować luz. - Wies, mówiłem ci, sze mam więsej szyś nisz kot, było mnie słuchaś... - Rzuciłem z ironią, starając się rozładować napięcie jeszcze bardziej.
Ale zaraz potem spojrzałem na nią poważniej, wyczuwając, że to spotkanie niesie ze sobą coś więcej. Uśmiech zniknął z mojej twarzy, a w oczach pojawił się cień.
- Dobsze cię widzieś, Bletchley. - Powiedziałem cicho, ze szczerą nutą w głosie. - Ciebie tesz dobsze widzieś, mimo wsystko. - Przyglądałem się jej uważnie, czując, jak powietrze między nami znów się zagęszcza. Nabierając powietrza, wykrzywiłem kącik ust w kolejnym krzywym uśmiechu.
Na początku wydawało się to odruchem, spontanicznym gestem, niczym szczególnym, ale nie zmieniało to faktu - wtedy, w tym tłumie, pochyliłem głowę i odwzajemniłem pocałunek bardziej żarliwie, niż sam się spodziewałem. Pamiętałem, jak jej dłonie oplatały moją szyję, moje serce biło szybciej, a impuls, który wtedy poczułem, wydawał się słuszny, chociaż był tak nagły, tak nieplanowany. Wiedziałem, że to jest ostatni raz, kiedy się widzimy, i chyba dlatego podjąłem decyzję, by to zrobić - miałem w głowie myśl, że więcej się nie spotkamy. Mimo że wcześniej już nie raz ktoś mnie całował, to tamten moment, ten smak truskawkowych ust, ich miękkość, zapach jej włosów przedzierający się przez swąd dymu, wywarł na mnie wrażenie, które nie ustąpiło do teraz - było żywe nawet w tej chwili. Musieliśmy się pożegnać, mieliśmy nie zobaczyć się już nigdy, wbrew temu, co mówiliśmy, więc tamten pocałunek wydawał się bardzo słusznym zakończeniem tej chaotycznej, pełnej emocji nocy. To, żeby też ją pocałować, to była decyzja, którą podjąłem z pełną świadomością, bo wiedziałem, że więcej nie będzie okazji, a trudno było mi ukryć przed sobą, że... Podobała mi się, naprawdę mi się wtedy podobała, nawet jeśli należeliśmy do innych światów i nic nie mogło tego zmienić. Gdybym tylko wiedział, jak inne to były w rzeczywistości światy...
Teraz ona stała przede mną, patrzyła na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wyrosła znikąd, z ciemności piwnicy, jakby pojawiła się z samego... Niczego, znikąd, z powietrza. Wpatrywałem się w nią jednocześnie jakbym widział ją po raz pierwszy i jakbym znał od zawsze... I co gorsza, tym razem już naprawdę wiedziałem, kim jest. To była Prudence Bletchley, siostra Eliasa. Tak, ta sama Prudence, z którą miałem na pieńku w szkole, którą wtedy traktowałem jak wroga, jak kogoś, kto mnie drażnił, dziewczyna, dla której byłem naprawdę paskudny. Byłem kawałem chama, chociaż wtedy nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę... Pierdolenie - byłem całkowicie świadomy, że jest ze mnie kawał chamskiego gówniarza, który ukrywał to, że nie do końca jest tak jak jest - podkochiwałem się w niej przez jakiś czas, choć nigdy nie potrafiłem się do tego przyznać. Uczucie minęło, ale po latach najwyraźniej nadal czułem do niej coś, co trudno nazwać, ale sprawiło, że jej odruchowo pomogłem. Nie żałowałem tego. To było bardziej skomplikowane. Podenerwowanie, które wyrażała, było jak niewypowiedziane pytanie: „Co tu robisz? Dlaczego tu jesteś?” Jej spojrzenie, pełne niepewności, krzyżowało się z moim, próbując odgadnąć, co zamierzam powiedzieć.
A ja milczałem. Spojglądałem na nią, widząc, że też nie spodziewała się tego spotkania. Była nerwowa, jakby nie do końca wiedziała, co zrobić, gdy nagle pojawiła się przed nią osoba, którą miała na zawsze zostawić wtedy w tłumie. Widać było po niej podenerwowanie - drgnięcie ręki, kiedy zadała mi pytanie, czy może się przysiąść. Atmosfera zrobiła się ciężka, napięta, więc próbowałem ją rozluźnić - teoretycznie z wywodów byłej żony wiedziałem, że to reakcja obronna, moja technika na rozładowanie napięcia. Zawsze sprowadzałem wszystko do żartu - to była moja metoda, moje narzędzie, które chyba wypracowałem na przestrzeni lat. Nie przeszkadzało mi to... Do teraz.
Obróciłem głowę ku niej, sięgnąłem po butelkę bourbonu i pociągnąłem łyk, próbując rozluźnić mięśnie, choć w głębi czułem, że nie będzie to łatwe. Znów napiłem się alkoholu - wiedziałem, że to też moje standardowe zachowanie, mój sposób na odciągnięcie uwagi od tego, co naprawdę czuję - sprowadzałem wszystko do picia i gadania na temat czegoś znacznie bardziej luźnego, niż powinno być w rzeczywistości, bo w moich oczach to odbierało temu ciężar emocjonalny. Uśmiechnąłem się krzywo, gdy odpowiedziałem.
- Tak, ten Colnelius. - Powiedziałem z ironią, unosząc brwi. - Najsklomniejsy człowiek w Wielkiej Blytanii. Sklomniejsy nawet od Lomulusa czy Ambloise’a, któszy, jak wiadomo, szą wyjątkowo sklomni. Mesmel i Matka Telesa, nie? - Parsknąłem, próbując ukryć swoje emocje za sarkazmem, ale zaraz potem, spoważniałem na chwilę, wsłuchując się w jej słowa, które nagle zmieniły wydźwięk - nabrały na znaczeniu. Nie spodziewałem się, że tak szybko przejdziemy do wspominania tamtej nocy, do rozmowy o tym, co się wtedy wydarzyło. Nie sądziłem, że zachowamy się tak, jakbyśmy chcieli jeszcze raz przeżyć tamte chwile, choćby tylko w myślach. Liczyłem, że będziemy od tego uciekać... Chociaż może nie... Sam nie wiedziałem, czego tak naprawdę chcę - jeden z nielicznych razów w życiu, trochę brakowało mi pewności. Zastanawiałem się, co dalej, czy w ogóle powinniśmy mówić więcej, czy może lepiej zostawić to wszystko za sobą. Wziąłem głęboki oddech, uśmiechnąłem się krzywo, coraz bardziej świadomy tego, jak nietypowe jest to spotkanie. Odchrząknąłem, sięgnąłem ku niej ręką - nie próbując nawiązać kontakt, ale zezując na butelkę wina, którą trzymała. Nabierając powietrza, wykrzywiłem kącik ust w krzywym uśmiechu, który miał zakamuflować moje emocje.
- Potszebujesz pomocy w otwalciu? - Zapytałem swobodnie, próbując zachować luz. - Wies, mówiłem ci, sze mam więsej szyś nisz kot, było mnie słuchaś... - Rzuciłem z ironią, starając się rozładować napięcie jeszcze bardziej.
Ale zaraz potem spojrzałem na nią poważniej, wyczuwając, że to spotkanie niesie ze sobą coś więcej. Uśmiech zniknął z mojej twarzy, a w oczach pojawił się cień.
- Dobsze cię widzieś, Bletchley. - Powiedziałem cicho, ze szczerą nutą w głosie. - Ciebie tesz dobsze widzieś, mimo wsystko. - Przyglądałem się jej uważnie, czując, jak powietrze między nami znów się zagęszcza. Nabierając powietrza, wykrzywiłem kącik ust w kolejnym krzywym uśmiechu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)