20.04.2025, 18:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2025, 19:03 przez Benjy Fenwick.)
Siedziałem na podłodze w piwnicy u Ursuli, w półmroku - w bladym, ciepłym, ale mdłym świetle, którego jedynym źródłem była słaba lampka na podłodze obok mnie, rzucająca cienie na ściany i podłogę. Milczałem, jak na ironię, czując na sobie ciężar ciszy i napięcia, które zdawało się gęstnieć z każdą minutą. Oczywiście, że w momencie, w którym uświadomiłem sobie, kto postanowił mnie nawiedzić, momentalnie zapomniałem o jakichkolwiek planach spędzenia kilku kolejnych godzin w samotności i ciszy, i to, co wcześniej było dla mnie jak oddech świeżego powietrza, teraz zaczęło mnie dusić - było zbyt cicho, za spokojnie, nazbyt kulturalnie, nawet zważywszy na to, że piliśmy o ósmej rano, skitrani w ciemnościach.
Nawet, jeśli nie spodziewałem się, że Prudence zechce do mnie dołączyć i sama wyjdzie z tą inicjatywą, co zrobiła z zaskoczenia - więc się zgodziłem, bez zastanowienia stwierdziłem wewnątrz, sam do siebie, że mój azyl właśnie przestał być azylem. Znalazła mnie tu jeden raz, więc gdyby chciała, mogłaby znaleźć mnie też po raz kolejny, i kolejny, i kolejny - mogła nasłać na mnie kogokolwiek, wydać moją lokalizację i tak dalej... No, mogła wszystko, skoro tu na mnie wpadła i mnie zauważyła - co prawda widziałem, że nie zrobiła tego celowo i była równie zmieszana tym nieoczekiwanym spotkaniem, co ja, ale to nic nie zmieniało. Powinienem sobie znaleźć nową miejscówkę na kolejne dni, a najlepiej dodatkowo powiedzieć jej, z kim ma do czynienia, żeby sama nie chciała nawiązywać kolejnych interakcji towarzyskich między nami, ale jakoś nie umiałem się do tego zebrać. Poza tym miałem jeszcze jedno wyjaśnienie mojej opieszałości - raczej jej nie ufałem... Czyż nie tak?
No, nie do końca - nie tak zupełnie.
Byłem zmieszany, bardziej, niż to okazywałem na zewnątrz. W głowie kłębiły mi się myśli - wspomnienia tamtej chaotycznej nocy, kiedy razem z nią przemierzaliśmy płomienie i dym podczas wszechobecnego pożaru. Niosłem ją na plecach, jak kogoś bliskiego, czując się z tym całkiem swobodnie, jakby to nie było takie znowu niewłaściwe - przecież, tak po prawdzie, bardzo naturalnie przyjęliśmy wygodne role i zachowywaliśmy się dokładnie jak starzy przyjaciele, nawet jeśli oboje sądziliśmy, że jesteśmy dla siebie obcymi. Te chwile płynęły same z siebie, miały swój własny flow, były łatwe, będąc trudne... Ale, o ironio, chyba nie najtrudniejsze. Chociaż minęły dwa dni, a ja wciąż czułem na skórze fantomowe ciepło tamtej bliskości, teraz wszystko wydało się inne, bardziej pogrążone w powątpiewaniu i goryczy.
Tak - byłem rozgoryczony.
Prudence, cholera, Bletchley - to nie mógł być ktokolwiek inny, z kim byłoby po prostu miło, bo przecież nie żałowałem samych uczynków... Tylko tego, z kim były związane. Po stokroć wolałbym, żeby to był ktoś przypadkowy, kogo mógłbym naprawdę miło wspominać - pewnie nawet cieszyłbym się wtedy na nieoczekiwane spotkanie w piwnicy i nie kładłby się na tym żaden cień skomplikowanej przeszłości.
Powinna być tą, za którą ją uznałem - nieznajomą. Tamta rozmowa, w przeciwieństwie do tej, płynęła sama z siebie, nie była wymuszona, jakby nasze wypowiedzi przychodziły samoistnie, tworzyły się na bieżąco na ustach. Żadne z nas nie zastanawiało się nad tym, co powie, po prostu mówiło, a słowa układały się w coś niecodziennego, jakbyśmy się rozumieli bez słów i bez tłumaczeń. Mówiliśmy o różnych rzeczach - lekkich, banalnych, a potem ciężkich, pełnych emocji. Przez całe... A, ze dwie godziny uważałem tamte rozmowy za coś wyjątkowego, choćby dlatego, że mimo wszystko czuliśmy się jak dobrzy znajomi, nawet jeśli tak naprawdę się nie znaliśmy.
Ale się znaliśmy... I tu był pies pogrzebany.
Wpatrywałem się w nią, kryjąc fakt, że nie było to zwyczajne spojrzenie - raczej próbowałem odczytać coś głęboko ukrytego pod powierzchnią. Ona też patrzyła na mnie, chociaż jej oczy miały w sobie coś dziwnie nieobecnego, jakby była gdzieś daleko. To akurat nie powinno mnie to specjalnie dziwić i nie dziwiło - przecież to była ta sama kobieta, którą dwa dni wcześniej niosłem na plecach przez płonące ulice Londynu, bo zawiesiła się pośrodku chodnika. Powinienem skojarzyć ten typ zachowania, dodać dwa do dwóch, ale wtedy, podczas pożaru, wszystko było chaotyczne, pełne adrenaliny. Tamte chwile, te kilka godzin, miały własną logikę, własne reguły rozumowania, i to było jedyne, co się wtedy liczyło. Byliśmy dwojgiem ludzi związanych wspólnym dramatem - dorośli, mogliśmy robić wszystko, co chcieliśmy.
Pocałowała mnie na pożegnanie. Bez słowa, bez żadnego sygnału, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Odwzajemniłem gest, bo ja też wiedziałem - żem wiedział, jak rasowy jasnowidz, no, naprawdę - że to było tylko chwilowe, nic więcej z tego nie wyniknie. Tamtego dnia poczułem, że to było słuszne, bo nie mieliśmy już więcej szans się spotkać, i nie powinniśmy - świat nas dzielił, dzieliły nas klasy i różnice. W tamtej chwili wszystko wydawało się proste - to była jedna z tych sytuacji, w których życie wydaje się tak kruche i ulotne, że trzeba je złapać za nogi i wykorzystać każdy dobry moment, nawet jeśli to oznacza przekroczenie granic pseudo przyjaźni, które sami sobie wyznaczyliśmy. Wiedziałem, że to więcej niż mogłem oczekiwać, bo w innych okolicznościach nie byłoby między nami niczego więcej, więc to była ostatnia okazja, żeby coś jeszcze zrobić - poczuć jakąś więź, zamknąć szalony rozdział, obcałować sukces w dostaniu się do ministerstwa... Coś w ten deseń. Z nikim innym bym tego nie żałował. Z nią tak.
Bo teraz siedziałem na chłodnej podłodze w piwnicy domu u ciotki Ursuli, a atmosfera była ciężka, jakby całe powietrze dookoła gęstniało od niewypowiedzianych słów. W głębi serca wiedziałem, że wciąż mam do niej słabość, inaczej bym stąd wyszedł - to było naprawdę upierdliwe uczucie. Takie, które było trudno odsunąć nawet przy pomocy dowcipkowania.
- Pottel jeszt najcichsym i najdyskletniejsym bogatym szłowiekiem, jakiego znam. Plawie nie słychaś, jak sla galeonami, ale to mosze dlatego, sze zawse puszcza wtedy wodę. Staś go na opłasanie niebotysznie wysokich lachunków. - Rzuciłem z lekkim rozbawieniem, przewracając oczami. To było coś, co zawsze mnie rozbrajało w jego przypadku - był krezusko bogaty i żadnym stopniu tego nie negował. Nie mówił, jak Cornelius, o „domku letnim”, nie - on miał „letnią rezydencję, plebsie”. Nie to, bym ja sam był kiedyś dużo bardziej dyskretny i samoświadomy - to przyszło z czasem i doświadczeniami. Tak po prawdzie, to wszyscy byliśmy bananowymi dziećmi, tylko jedni zupełnie tego nie widzieli, inni ochoczo z tego korzystali, autoironizując, a jeszcze inni udawali, że tak nie jest i są po prostu zamożni z domu, nic niezwykłego. W rzeczywistości wszyscy mieliśmy to niesamowite szczęście urodzić się w bogatych rodach, choć nie byliśmy tacy sami, doświadczenia ukształtowały nas inaczej - dorosłe życie i dokonane wybory zweryfikowały resztę. Ja na przykład od milionera spadłem do zera - akceptowałem ten fakt, ale czasami trochę gorzko się z tego powodu śmiałem. Przynajmniej została mi wiedza na zupełnie niepotrzebne tematy - takie jak to wino.
Przyglądałem się walce Prudence na spojrzenia z zakorkowanym alkoholem z pewnym rozbawieniem, lekko przewracając oczami na tę całą sytuację. Spojrzałem na nią, wyciągając do niej rękę i przyjmując od niej spokojnie butelkę, którą wyciągnęła w moją stronę, po czym przyjrzałem się uważnie temu, co znalazło się w moich rękach. To nie był szampan, tylko domowe wino - dokładnie to, czego się spodziewałem, bo sam jej na nie wskazałem, ale mimo wszystko parokrotnie mocno potrząsnąłem butelką. W końcu sięgnąłem po ciężki nóż, który miałem przy sobie, przymocowany pod nogawką i wciśnięty w but, obracając go w palcach.
- Nie widzis tego, więc w szadnym pszypadku tego nie powtószysz, m'kay? - Nabrałem powietrza, po czym wykrzywiłem kącik ust w krzywym uśmiechu, który miał wyrażać coś między rozbawieniem a powagą.
Chwyciłem butelkę w połowie jej długości, ustawiając korkiem do zewnątrz, i nachyliłem ją lekko ku podłodze. Ostrze noża ustawiłem wzdłuż szyjki, a potem, jednym szybkim, precyzyjnym ruchem, wybiłem korek. Zadziałało - najwidoczniej podciśnienie było wystarczająco wysokie, bo usłyszałem ciche pyknięcie, kiedy korek wyskoczył z szyjki, strzelając gdzieś przed nasze nogi, a wino zaczęło delikatnie sączyć mi się na rękę. Bez słowa oddałem jej butelkę, oblizując palce i patrząc na nią spod zmarszczonych brwi, jakbym próbował wyczytać, co się dzieje w jej głowie - nie wiedziałem, ale z pewnością potrafiła łapać za słówka.
- Cholela wie... - Podniósłszy brew, rzuciłem z przekąsem. - Laszej spodziewam szię, sze umlę w mniej heloiszny sposzób. Na pszykład od zakaszenia, albo zeszalty pszes coś śmiesnego, jak Lou Calcolh. - Przymrużyłem oczy, uśmiechając się lekko. - Wies, tego potwola z flancuskich legend, gigantysznego szlimaka, co szię szai w jaszkiniach i zjada lusi, gdy tylko szię odwlócą. - To było tak absurdalnie stereotypowe, a jednocześnie w jakiś sposób trafne, że lekko rozbawiony, mimowolnie zacząłem się uśmiechać, ale zaraz potem spojrzałem na nią bardziej poważnie, skupiając się na słowach, które właśnie wypowiedziała.
Milczałem przez chwilę, uświadamiając sobie, że chyba nie powinnienem używać jej nazwiska, gdy mówiłem, że miło ją widzieć, ale ostatecznie wzruszyłem ramionami i stwierdziłem:
- Nie pszedstawiłaś szię, ale tak naplawdę nie musziałaś. Tu kaszdy wie, kto jeszt kim, kto pszybędzie i olientacyjnie, kiedy, kto s kim jeszt zwiąsany i w jaki szposób... - Przewróciłem oczami i lekko się uśmiechnąłem, chociaż w głębi serca czułem, że ta chwila wymknęła się spod kontroli, bo ona nie wiedziała... Na pewno nie wiedziała. Odwróciłem wzrok na kilka chwil, wbijając go w sufit, jakby szukając tam rozwiązania dylematu moralnego, albo po prostu próbując się jakoś ogarnąć - w szkole nigdy się nie dogadywaliśmy, podczas kryzysu byliśmy w stanie znaleźć wspólny język, a teraz... Trudno stwierdzić, i tak wszystko było już inne, niż w obu tych okolicznościach. Weszliśmy na nowy poziom... Czegoś. Już nie byliśmy rzekomymi przyjaciółmi, przyszłymi albo aktualnymi, tak jak nie byliśmy wrogami, ale nie można było o nas powiedzieć, że zachowujemy się neutralnie. Najprawdopodobniej najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym otworzył teraz usta i zadał jej to pytanie, które i tak już wisiało w powietrzu - spytałbym ją o to, czy już wie, skąd mnie kojarzy. Szczerze w to wątpiłem, bo gdyby tak było, to pewnie byśmy teraz nie rozmawiali w ten sposób, jednak nie zamierzałem zaczynać tej rozmowy - nie chciałem wracać do przeszłości. Oboje byliśmy innymi ludźmi, doroślejszymi, doświadczonymi przez życie. Sprawy sprzed lat, te niewypowiedziane słowa, nie miały już znaczenia - albo tak mi się przynajmniej wydawało. Nigdy nie miałem okazji jej przeprosić za to, jakim byłem wtedy dupkiem - za te chwile, gdy byłem kawałem kutasa, a ona pewnie tego nie zapomniała, więc gdybyśmy teraz rozmawiali na tym samym poziomie wtajemniczenia, to pewnie znacznie bardziej by się ode mnie dystansowała. Całkiem słusznie, nie byłem osobą, której naturalnie mogłaby ufać... W głębi duszy wiedziałem, że nie zasłużyła na to, żebym ją tak traktował, ale te słowa - jakiekolwiek przeprosiny, nigdy nie padły. Zresztą... To nie było coś, za co można było przeprosić, ani coś, co dało się wybaczyć. To było coś innego - nie do zapomnienia, ale do zaakceptowania wraz z upływem czasu, brakiem kontaktu i stwierdzeniem, że przeszłość to przeszłość, a przyszłość można budować na wybranych relacjach, nie na stosunkach narzuconych przez konieczność mieszkania w jednym miejscu.
Wiedziałem, że nigdy nie było między nami nic dobrego, i nie miało być - na każdym etapie różnice społeczne, świat, w którym żyliśmy, dzieliły nas jak przepaść, ale mimo wszystko, od lat, w głębi duszy, miałem do niej słabość. Zamilkłem na moment, wpatrując się w sufit, myśląc o tym, co powiedziałem, i o tym, co jeszcze mogę powiedzieć. To sprawiło, że wreszcie zauważyłem tego tłustego pająka, który od chwili zaczęcia swojej podróży w dół, zdążył już pokonać większą część drogi do podłogi - przyglądałem mu się przez moment, podczas gdy on bujał się na swojej nici ponad moim ramieniem, między mną a Bletchley. Zastanawiałem się, co dalej - z naszą dziwaczną rozmową, nie z pająkiem - szukając w myślach jakiejś odpowiedzi, aż w końcu powiedziałem:
- Mimo wsystko, bo laszej nie szpodziewałem szię cię znowu zobaszyś po tym, jak plóbowałaś mnie oklaść. - Żartowałem, oczywiście, ale mój ton niekoniecznie na to wskazywał - w założeniu, jakie sobie przyjąłem, był śmiertelnie poważny, jakbym oskarżał ją o to, że miała mi w planach coś zajumać. Spokojnie kontynuowałem, nie dając jej czasu na reakcję. - Powasznie, nie sądziłem, szebyśmy mieli jescze okasję szię spotkać, więc… No, cool, sze wysło inaszej, nawet jeszli jesteś złosiejką. - Kłamałem, jak z nut - to było wierutne kłamstwo, bo wcale nie cieszyłem się na jej widok, ale ona nie musiała tego wiedzieć. Nie chciałem być osobą, która wprowadza więcej napięcia tam, gdzie ono nie jest potrzebne. - Ale wies, skolo jeszteś swoja, to nie zamieszam ci tego wypominaś. Wlasamy do punktu wyjsia i, mimo wsystko, dobsze, sze jeszteś cała.
Nawet, jeśli nie spodziewałem się, że Prudence zechce do mnie dołączyć i sama wyjdzie z tą inicjatywą, co zrobiła z zaskoczenia - więc się zgodziłem, bez zastanowienia stwierdziłem wewnątrz, sam do siebie, że mój azyl właśnie przestał być azylem. Znalazła mnie tu jeden raz, więc gdyby chciała, mogłaby znaleźć mnie też po raz kolejny, i kolejny, i kolejny - mogła nasłać na mnie kogokolwiek, wydać moją lokalizację i tak dalej... No, mogła wszystko, skoro tu na mnie wpadła i mnie zauważyła - co prawda widziałem, że nie zrobiła tego celowo i była równie zmieszana tym nieoczekiwanym spotkaniem, co ja, ale to nic nie zmieniało. Powinienem sobie znaleźć nową miejscówkę na kolejne dni, a najlepiej dodatkowo powiedzieć jej, z kim ma do czynienia, żeby sama nie chciała nawiązywać kolejnych interakcji towarzyskich między nami, ale jakoś nie umiałem się do tego zebrać. Poza tym miałem jeszcze jedno wyjaśnienie mojej opieszałości - raczej jej nie ufałem... Czyż nie tak?
No, nie do końca - nie tak zupełnie.
Byłem zmieszany, bardziej, niż to okazywałem na zewnątrz. W głowie kłębiły mi się myśli - wspomnienia tamtej chaotycznej nocy, kiedy razem z nią przemierzaliśmy płomienie i dym podczas wszechobecnego pożaru. Niosłem ją na plecach, jak kogoś bliskiego, czując się z tym całkiem swobodnie, jakby to nie było takie znowu niewłaściwe - przecież, tak po prawdzie, bardzo naturalnie przyjęliśmy wygodne role i zachowywaliśmy się dokładnie jak starzy przyjaciele, nawet jeśli oboje sądziliśmy, że jesteśmy dla siebie obcymi. Te chwile płynęły same z siebie, miały swój własny flow, były łatwe, będąc trudne... Ale, o ironio, chyba nie najtrudniejsze. Chociaż minęły dwa dni, a ja wciąż czułem na skórze fantomowe ciepło tamtej bliskości, teraz wszystko wydało się inne, bardziej pogrążone w powątpiewaniu i goryczy.
Tak - byłem rozgoryczony.
Prudence, cholera, Bletchley - to nie mógł być ktokolwiek inny, z kim byłoby po prostu miło, bo przecież nie żałowałem samych uczynków... Tylko tego, z kim były związane. Po stokroć wolałbym, żeby to był ktoś przypadkowy, kogo mógłbym naprawdę miło wspominać - pewnie nawet cieszyłbym się wtedy na nieoczekiwane spotkanie w piwnicy i nie kładłby się na tym żaden cień skomplikowanej przeszłości.
Powinna być tą, za którą ją uznałem - nieznajomą. Tamta rozmowa, w przeciwieństwie do tej, płynęła sama z siebie, nie była wymuszona, jakby nasze wypowiedzi przychodziły samoistnie, tworzyły się na bieżąco na ustach. Żadne z nas nie zastanawiało się nad tym, co powie, po prostu mówiło, a słowa układały się w coś niecodziennego, jakbyśmy się rozumieli bez słów i bez tłumaczeń. Mówiliśmy o różnych rzeczach - lekkich, banalnych, a potem ciężkich, pełnych emocji. Przez całe... A, ze dwie godziny uważałem tamte rozmowy za coś wyjątkowego, choćby dlatego, że mimo wszystko czuliśmy się jak dobrzy znajomi, nawet jeśli tak naprawdę się nie znaliśmy.
Ale się znaliśmy... I tu był pies pogrzebany.
Wpatrywałem się w nią, kryjąc fakt, że nie było to zwyczajne spojrzenie - raczej próbowałem odczytać coś głęboko ukrytego pod powierzchnią. Ona też patrzyła na mnie, chociaż jej oczy miały w sobie coś dziwnie nieobecnego, jakby była gdzieś daleko. To akurat nie powinno mnie to specjalnie dziwić i nie dziwiło - przecież to była ta sama kobieta, którą dwa dni wcześniej niosłem na plecach przez płonące ulice Londynu, bo zawiesiła się pośrodku chodnika. Powinienem skojarzyć ten typ zachowania, dodać dwa do dwóch, ale wtedy, podczas pożaru, wszystko było chaotyczne, pełne adrenaliny. Tamte chwile, te kilka godzin, miały własną logikę, własne reguły rozumowania, i to było jedyne, co się wtedy liczyło. Byliśmy dwojgiem ludzi związanych wspólnym dramatem - dorośli, mogliśmy robić wszystko, co chcieliśmy.
Pocałowała mnie na pożegnanie. Bez słowa, bez żadnego sygnału, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Odwzajemniłem gest, bo ja też wiedziałem - żem wiedział, jak rasowy jasnowidz, no, naprawdę - że to było tylko chwilowe, nic więcej z tego nie wyniknie. Tamtego dnia poczułem, że to było słuszne, bo nie mieliśmy już więcej szans się spotkać, i nie powinniśmy - świat nas dzielił, dzieliły nas klasy i różnice. W tamtej chwili wszystko wydawało się proste - to była jedna z tych sytuacji, w których życie wydaje się tak kruche i ulotne, że trzeba je złapać za nogi i wykorzystać każdy dobry moment, nawet jeśli to oznacza przekroczenie granic pseudo przyjaźni, które sami sobie wyznaczyliśmy. Wiedziałem, że to więcej niż mogłem oczekiwać, bo w innych okolicznościach nie byłoby między nami niczego więcej, więc to była ostatnia okazja, żeby coś jeszcze zrobić - poczuć jakąś więź, zamknąć szalony rozdział, obcałować sukces w dostaniu się do ministerstwa... Coś w ten deseń. Z nikim innym bym tego nie żałował. Z nią tak.
Bo teraz siedziałem na chłodnej podłodze w piwnicy domu u ciotki Ursuli, a atmosfera była ciężka, jakby całe powietrze dookoła gęstniało od niewypowiedzianych słów. W głębi serca wiedziałem, że wciąż mam do niej słabość, inaczej bym stąd wyszedł - to było naprawdę upierdliwe uczucie. Takie, które było trudno odsunąć nawet przy pomocy dowcipkowania.
- Pottel jeszt najcichsym i najdyskletniejsym bogatym szłowiekiem, jakiego znam. Plawie nie słychaś, jak sla galeonami, ale to mosze dlatego, sze zawse puszcza wtedy wodę. Staś go na opłasanie niebotysznie wysokich lachunków. - Rzuciłem z lekkim rozbawieniem, przewracając oczami. To było coś, co zawsze mnie rozbrajało w jego przypadku - był krezusko bogaty i żadnym stopniu tego nie negował. Nie mówił, jak Cornelius, o „domku letnim”, nie - on miał „letnią rezydencję, plebsie”. Nie to, bym ja sam był kiedyś dużo bardziej dyskretny i samoświadomy - to przyszło z czasem i doświadczeniami. Tak po prawdzie, to wszyscy byliśmy bananowymi dziećmi, tylko jedni zupełnie tego nie widzieli, inni ochoczo z tego korzystali, autoironizując, a jeszcze inni udawali, że tak nie jest i są po prostu zamożni z domu, nic niezwykłego. W rzeczywistości wszyscy mieliśmy to niesamowite szczęście urodzić się w bogatych rodach, choć nie byliśmy tacy sami, doświadczenia ukształtowały nas inaczej - dorosłe życie i dokonane wybory zweryfikowały resztę. Ja na przykład od milionera spadłem do zera - akceptowałem ten fakt, ale czasami trochę gorzko się z tego powodu śmiałem. Przynajmniej została mi wiedza na zupełnie niepotrzebne tematy - takie jak to wino.
Przyglądałem się walce Prudence na spojrzenia z zakorkowanym alkoholem z pewnym rozbawieniem, lekko przewracając oczami na tę całą sytuację. Spojrzałem na nią, wyciągając do niej rękę i przyjmując od niej spokojnie butelkę, którą wyciągnęła w moją stronę, po czym przyjrzałem się uważnie temu, co znalazło się w moich rękach. To nie był szampan, tylko domowe wino - dokładnie to, czego się spodziewałem, bo sam jej na nie wskazałem, ale mimo wszystko parokrotnie mocno potrząsnąłem butelką. W końcu sięgnąłem po ciężki nóż, który miałem przy sobie, przymocowany pod nogawką i wciśnięty w but, obracając go w palcach.
- Nie widzis tego, więc w szadnym pszypadku tego nie powtószysz, m'kay? - Nabrałem powietrza, po czym wykrzywiłem kącik ust w krzywym uśmiechu, który miał wyrażać coś między rozbawieniem a powagą.
Chwyciłem butelkę w połowie jej długości, ustawiając korkiem do zewnątrz, i nachyliłem ją lekko ku podłodze. Ostrze noża ustawiłem wzdłuż szyjki, a potem, jednym szybkim, precyzyjnym ruchem, wybiłem korek. Zadziałało - najwidoczniej podciśnienie było wystarczająco wysokie, bo usłyszałem ciche pyknięcie, kiedy korek wyskoczył z szyjki, strzelając gdzieś przed nasze nogi, a wino zaczęło delikatnie sączyć mi się na rękę. Bez słowa oddałem jej butelkę, oblizując palce i patrząc na nią spod zmarszczonych brwi, jakbym próbował wyczytać, co się dzieje w jej głowie - nie wiedziałem, ale z pewnością potrafiła łapać za słówka.
- Cholela wie... - Podniósłszy brew, rzuciłem z przekąsem. - Laszej spodziewam szię, sze umlę w mniej heloiszny sposzób. Na pszykład od zakaszenia, albo zeszalty pszes coś śmiesnego, jak Lou Calcolh. - Przymrużyłem oczy, uśmiechając się lekko. - Wies, tego potwola z flancuskich legend, gigantysznego szlimaka, co szię szai w jaszkiniach i zjada lusi, gdy tylko szię odwlócą. - To było tak absurdalnie stereotypowe, a jednocześnie w jakiś sposób trafne, że lekko rozbawiony, mimowolnie zacząłem się uśmiechać, ale zaraz potem spojrzałem na nią bardziej poważnie, skupiając się na słowach, które właśnie wypowiedziała.
Milczałem przez chwilę, uświadamiając sobie, że chyba nie powinnienem używać jej nazwiska, gdy mówiłem, że miło ją widzieć, ale ostatecznie wzruszyłem ramionami i stwierdziłem:
- Nie pszedstawiłaś szię, ale tak naplawdę nie musziałaś. Tu kaszdy wie, kto jeszt kim, kto pszybędzie i olientacyjnie, kiedy, kto s kim jeszt zwiąsany i w jaki szposób... - Przewróciłem oczami i lekko się uśmiechnąłem, chociaż w głębi serca czułem, że ta chwila wymknęła się spod kontroli, bo ona nie wiedziała... Na pewno nie wiedziała. Odwróciłem wzrok na kilka chwil, wbijając go w sufit, jakby szukając tam rozwiązania dylematu moralnego, albo po prostu próbując się jakoś ogarnąć - w szkole nigdy się nie dogadywaliśmy, podczas kryzysu byliśmy w stanie znaleźć wspólny język, a teraz... Trudno stwierdzić, i tak wszystko było już inne, niż w obu tych okolicznościach. Weszliśmy na nowy poziom... Czegoś. Już nie byliśmy rzekomymi przyjaciółmi, przyszłymi albo aktualnymi, tak jak nie byliśmy wrogami, ale nie można było o nas powiedzieć, że zachowujemy się neutralnie. Najprawdopodobniej najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym otworzył teraz usta i zadał jej to pytanie, które i tak już wisiało w powietrzu - spytałbym ją o to, czy już wie, skąd mnie kojarzy. Szczerze w to wątpiłem, bo gdyby tak było, to pewnie byśmy teraz nie rozmawiali w ten sposób, jednak nie zamierzałem zaczynać tej rozmowy - nie chciałem wracać do przeszłości. Oboje byliśmy innymi ludźmi, doroślejszymi, doświadczonymi przez życie. Sprawy sprzed lat, te niewypowiedziane słowa, nie miały już znaczenia - albo tak mi się przynajmniej wydawało. Nigdy nie miałem okazji jej przeprosić za to, jakim byłem wtedy dupkiem - za te chwile, gdy byłem kawałem kutasa, a ona pewnie tego nie zapomniała, więc gdybyśmy teraz rozmawiali na tym samym poziomie wtajemniczenia, to pewnie znacznie bardziej by się ode mnie dystansowała. Całkiem słusznie, nie byłem osobą, której naturalnie mogłaby ufać... W głębi duszy wiedziałem, że nie zasłużyła na to, żebym ją tak traktował, ale te słowa - jakiekolwiek przeprosiny, nigdy nie padły. Zresztą... To nie było coś, za co można było przeprosić, ani coś, co dało się wybaczyć. To było coś innego - nie do zapomnienia, ale do zaakceptowania wraz z upływem czasu, brakiem kontaktu i stwierdzeniem, że przeszłość to przeszłość, a przyszłość można budować na wybranych relacjach, nie na stosunkach narzuconych przez konieczność mieszkania w jednym miejscu.
Wiedziałem, że nigdy nie było między nami nic dobrego, i nie miało być - na każdym etapie różnice społeczne, świat, w którym żyliśmy, dzieliły nas jak przepaść, ale mimo wszystko, od lat, w głębi duszy, miałem do niej słabość. Zamilkłem na moment, wpatrując się w sufit, myśląc o tym, co powiedziałem, i o tym, co jeszcze mogę powiedzieć. To sprawiło, że wreszcie zauważyłem tego tłustego pająka, który od chwili zaczęcia swojej podróży w dół, zdążył już pokonać większą część drogi do podłogi - przyglądałem mu się przez moment, podczas gdy on bujał się na swojej nici ponad moim ramieniem, między mną a Bletchley. Zastanawiałem się, co dalej - z naszą dziwaczną rozmową, nie z pająkiem - szukając w myślach jakiejś odpowiedzi, aż w końcu powiedziałem:
- Mimo wsystko, bo laszej nie szpodziewałem szię cię znowu zobaszyś po tym, jak plóbowałaś mnie oklaść. - Żartowałem, oczywiście, ale mój ton niekoniecznie na to wskazywał - w założeniu, jakie sobie przyjąłem, był śmiertelnie poważny, jakbym oskarżał ją o to, że miała mi w planach coś zajumać. Spokojnie kontynuowałem, nie dając jej czasu na reakcję. - Powasznie, nie sądziłem, szebyśmy mieli jescze okasję szię spotkać, więc… No, cool, sze wysło inaszej, nawet jeszli jesteś złosiejką. - Kłamałem, jak z nut - to było wierutne kłamstwo, bo wcale nie cieszyłem się na jej widok, ale ona nie musiała tego wiedzieć. Nie chciałem być osobą, która wprowadza więcej napięcia tam, gdzie ono nie jest potrzebne. - Ale wies, skolo jeszteś swoja, to nie zamieszam ci tego wypominaś. Wlasamy do punktu wyjsia i, mimo wsystko, dobsze, sze jeszteś cała.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)