20.04.2025, 20:13 ✶
Mona odruchowo wyprostowała się, bo sam ton głosu Electry przypomniał jej, że nie była tu sama z Icarusem. Nagle obecność dziewczyny stała się wyraźniejsza niż pulsujący ból w skroniach i chociaż spodziewała się chłodu albo osądu, zaskoczyła ją uprzejmość Prewettówny.
— Nie chcę wam przeszkadzać… — wszystko w niej krzyczało, że powinna w tamtym momencie wygłosić standardową mowę ewakuacyjną: coś o tym, że bardzo przeprasza za najście o takiej porze, że to nieprzyzwoite, że pokryje wszelkie koszty związane z zużyciem lodu i potencjalnym urazem emocjonalnym psa. Już miała złożyć usta do tej litanii, kiedy padło słowo-klucz. Cukier.
Na litość boską.
CZY to możliwe, że była jak koń? Zwierzę, które żyło tylko po to, aby w zamian za chwilę spokoju dostać kostkę cukru? Wcale by ją to nie zdziwiło. Wciąż miała w pamięci twarz Basiliusa Prewetta sprzed dekady, kiedy bez cienia wstydu dosypała sobie pół cukierniczki do magicznej herbaty.
— Banana… Split? — powtórzyła z wyraźną konsternacją. Czym było danie, które nazywało się jak… Nie, serio. Miała prawo pytać, ale jeśli ten deser miał moc przywracania godności i redukowania traumy, to poprosiłaby o dwie porcje. I nagle, chociaż ciągle bolała ją głowa i miała wrażenie, że jej duma właśnie zaczęła przeciekać przez podłogę, poczuła rozbawienie. Może nawet ulgę. Okruchy normalności w domu Prewettów. I jak zawsze: cukier. — Czy wy, Anglicy, zawsze musicie tak dziwnie nazywać… Desery?
— Nie chcę wam przeszkadzać… — wszystko w niej krzyczało, że powinna w tamtym momencie wygłosić standardową mowę ewakuacyjną: coś o tym, że bardzo przeprasza za najście o takiej porze, że to nieprzyzwoite, że pokryje wszelkie koszty związane z zużyciem lodu i potencjalnym urazem emocjonalnym psa. Już miała złożyć usta do tej litanii, kiedy padło słowo-klucz. Cukier.
Na litość boską.
CZY to możliwe, że była jak koń? Zwierzę, które żyło tylko po to, aby w zamian za chwilę spokoju dostać kostkę cukru? Wcale by ją to nie zdziwiło. Wciąż miała w pamięci twarz Basiliusa Prewetta sprzed dekady, kiedy bez cienia wstydu dosypała sobie pół cukierniczki do magicznej herbaty.
— Banana… Split? — powtórzyła z wyraźną konsternacją. Czym było danie, które nazywało się jak… Nie, serio. Miała prawo pytać, ale jeśli ten deser miał moc przywracania godności i redukowania traumy, to poprosiłaby o dwie porcje. I nagle, chociaż ciągle bolała ją głowa i miała wrażenie, że jej duma właśnie zaczęła przeciekać przez podłogę, poczuła rozbawienie. Może nawet ulgę. Okruchy normalności w domu Prewettów. I jak zawsze: cukier. — Czy wy, Anglicy, zawsze musicie tak dziwnie nazywać… Desery?