21.04.2025, 00:41 ✶
Siedziałem na podłodze w półmroku, w tej zatęchłej części piwnicy, czując pod palcami zimne, przykurzone deski, ale myślami byłem gdzie indziej, chociaż moje ciało jeszcze tkwiło w tym miejscu. Nie wyszedłem, zabierając moje cielsko spod ściany, tylko nadal się o nią opierałem, z kolanem podciągniętym pod brodę, prowadząc jedną z najdziwniejszych rozmów, jakie miałem okazję ostatnio prowadzić - nawet biorąc pod uwagę naszą osobliwą interakcję podczas pożaru Londynu albo tę wcześniejszą z kotem uciekinierem, tym razem to było znacznie bardziej dziwne spotkanie, a słowa nie szły nam już tak lekko, zdania nie chciały się układać, było znacznie bardziej nienaturalnie. Prawdopodobnie nie tylko ja miałem wrażenie, że w oku cyklonu zachowywaliśmy się wobec siebie znacznie bardziej przyjacielsko i luźniej, niż w momencie, w którym już nic nam nie groziło. To chyba była ta magia chwili, albo siła impulsu przetrwania, która nas wtedy ze sobą powiązała. Teraz miałem wrażenie, że może tak naprawdę nigdy nic nas nie łączyło, żadna nić porozumienia, a to wtedy to były tylko instynkty, maski do nakładania, ubierane po to, żeby przeżyć. Prudence była ode mnie zależna, ja pierwszy raz od dawna czułem się, jakbym mógł być altruistyczny i opiekuńczy - razem stworzyliśmy teatr iluzji. To, co zostało w tej chwili, to były tylko cienie tamtych chwil... I właśnie się rozmywały.
Wpatrywałem się w nią, tę kobietę, którą widziałem niedawno, a którą w rzeczywistości znałem od dawna - tę samą, a jednocześnie inną Prudence Bletchley. Widziałem jej twarz, teraz doskonale ją rozpoznawałem, mimo drobnych zmarszczek i innej fryzury - wciąż miała w sobie coś z tamtej dziewczyny, którą znałem w szkole. Tej, która nosiła głowę wysoko, nawet jeśli jednocześnie grała niepewną i wycofaną. Snuła się po korytarzach - z zadartym nosem i odpychającym wyrazem twarzy, który jeszcze bardziej sztywniał i gęstniał na mój widok, jakby pielęgnowała w sobie coś, co miało mi pokazać, że nie ma dla mnie nawet odrobiny uwagi, a ja marnuję czas, próbując do niej zagadać, bo dla niej nie jestem tym, kim uważałem, że byłem - w jej oczach nie jestem fajnym dzieciakiem, tylko nikim szczególnym. Odmawiała spojrzenia na mnie, jakby była lepsza od wszystkiego, co reprezentowałem. Parokrotnie próbowałem do niej podbijać, a ona mnie zlewała, traktowała jak trędowatego. Tyle tylko, że im bardziej się ode mnie odsuwała, tym bardziej próbowałem się do niej zbliżyć, chociaż w głębi serca wiedziałem, że to była głupota, bo nasze rozmowy przypominały raczej jednostronny bullying, ewentualnie musztrę. Wtedy czułem się jeszcze bardziej upokorzony, jeszcze bardziej zły na siebie, bo wiedziałem, że ona miała w dupie moje starania, więc zaczynałem robić się wredny... Im bardziej ją drażniłem, tym bardziej ona się odsuwała, traktowała mnie z góry... Należałoby odpuścić, nie? Ale nie, ja tego tak nie odbierałem - ja, wtedy młody i głupi, ponownie próbowałem ją zdobyć, chociaż w dalszym ciągu wiedziałem, że to nie miało sensu w tym wydaniu. Aż w końcu granice zostały przekroczone i pozostała tylko antypatia. Wtedy nie obchodziło mnie, że jest siostrą bliźniaczką jednego z moich najlepszych przyjaciół - to nie było dla mnie żadnym argumentem, by na nią nie lecieć, natomiast stało się idealnym pretekstem, żeby ją dręczyć, bo przecież miała na pieńku z Eliasem. Byłem tak skupiony na własnym ego, na własnej dumie, że nie liczyło się nic innego. Ona miała w dupie mnie, ja miałem w dupie ją, i tak się to toczyło przez lata. Obnosiłem się z tą swoją frustracją, irytacją, próbując ją zranić, bo wydawało mi się, że to jedyna metoda, by się z nią uporać. Podczas tych szkolnych lat, rozgrywała się między nami jakaś gra, której nie rozumiałem do końca - byłem tylko dzieciakiem, kimś nieprzykłym do okazywania sympatii innej niż przyjacielska, to zmieniło się dopiero z czasem, niestety, przy niewłaściwej, ale wtedy bardzo dopasowanej osobie - tylko czułem, że jest w tym coś więcej, coś, co mnie wkurwiało i pchało do jeszcze większej głupoty.
Siedząca obok mnie kobieta była taka sama, a jednocześnie inna od tej nastolatki, którą znałem kiedyś - to była ta sama twarz, te same rysy, ale coś w jej spojrzeniu, w postawie, drobnych gestach, zdradzało, że od tamtego czasu minęło wiele. I ja też, w tym czasie, zmieniłem się nie do poznania. Nie byłem tym samym chłopakiem, którym byłem - te wszystkie lata, decyzje, błędy i rozczarowania, odcisnęły na mnie swoje piętno. Nie widziałem swojego odbicia, ale miałem wrażenie, że w naszych oczach, które się spotkały, z początku było można zobaczyć tę samą mieszankę zaskoczenia, niepewności, ale i czegoś innego - jakiegoś cichego zrozumienia, które pojawiło się mimochodem, jakby poza naszą wolą. Mignęło mi to w twarzy Prudence, chociaż zaledwie przez chwilę, zanim zastąpiła je konsternacja i sztywność. Już żadne z nas nie zachowywało się naturalnie swobodnie. Całe tamte wydarzenia zaczynały przypominać mglisty sen - nasze rozmowy, poruszane tematy, a potem, na końcu, smak jej ust - truskawkowy, słodki, jakby na przekór wszystkiemu, co się działo wokół... Gdyby nie wiedza, że to nie była zbiorowa halucynacja i wszystkie fizyczne dowody na to, że przeżyliśmy tamten moment, mógłbym nawet kwestionować zaistnienie tych wydarzeń. Przy tej oficjalności, z jaką obecnie podchodziliśmy do siebie, nie byłoby to bardzo trudne - niby używaliśmy potocznych słów, gadaliśmy o przywarach Pottera i tak dalej, ale to nie był dialog ludzi, którzy zaledwie dwa dni wcześniej całowali się w spanikowanym tłumie, przedtem rozprawiając na temat nawiązania przyjaźni.
Jednak ta chwila minęła, zostawiła po sobie tylko gorzki posmak, który rozlewał się wewnątrz mnie, i chociaż próbowałem to od siebie odsunąć, to podświadomość mówiła mi, że nie dało się tego zrobić. Nie było już między nami tamtego charakterystycznego napięcia - czegoś na granicy między przyjacielskim zrozumieniem obcej osoby, a wysublimowanym, może trochę niebezpiecznym, odrobinę niewłaściwym flirtem - była tylko pustka, i świadomość, że wszystko, co się wydarzyło, zostało w przeszłości. Nie rozpoznałem jej w Londynie, nie miałem pojęcia, co się u niej działo, jak wyglądało jej życie - dopóki sama mi o tym nie powiedziała, biorąc mnie za obcego. Nie sądziłem, iż jeszcze kiedykolwiek będziemy mieć okazję porozmawiać. Uśmiechnąłem się pod nosem, trochę z przekorą, i spojrzałem na nią lekko z ukosa.
- Nie tszymasz noszy w tych ładnych bucikach? - Powiedziałem cicho, z lekkim niedowierzaniem w głosie. - Jak ty pszeszyłaś tyle lat... - Skomentowałem siląc się na przekorę, którą pociągnąłem dalej - pociągając ją przez te słowa o ślimakach i zakażeniach, ale nie odpowiadając niczym więcej, jak tylko krzywym uśmiechem. Tym krzywszym na to, jak mnie podsumowała.
Wyciągnąłem do niej rękę, nie posuwając się do innego komentarza, niż to, co zaraz opuściło moje usta - tak, jak to robiło setki tysięcy razy, zupełnie naturalnie, ale od razu z rozwinięciem.
- Benjy. Benjy Fenwick. Od biedy, mosesz mi mówiś Fen, jeszli chces. Nie Benjamin, nie Ben... Albo „ej, ty”... To mi wystalszy. - Powiedziałem powoli, z lekkim uśmiechem, który nie był ani radosny, ani smutny, tylko gorzki i przekorny. Nie mówiłem tego głośno, ale wewnątrz, w głębi siebie, czułem się z tym całkowicie w porządku - od wielu lat byłem pogodzony z faktem, że nie ma już we mnie nic z tamtego chłopaka, bo stałem się kimś innym. Musiałem dostosować się do warunków panujących w tym nowym świecie, w jakim przyszło mi żyć. Dawny Aloysius Rookwood... Nie, po prostu Aloysius Rookwood, bo był tylko dawny, nie było żadnego obecnego, wbrew temu, co pewnie zakładali moi przyjaciele, nadal od czasu do czasu mówiąc mi starym przezwiskiem. To był inny człowiek, ja i jednocześnie nie ja - ktoś, kto przeszedł piekło i wrócił, choć już nie do końca w całości. Tak czy inaczej - Aloysius Rookwood nie przeżyłby jednej dziesiątej tego, co ja przeżyłem. To, kim stałem się teraz, to zupełnie inna osoba, silniejsza, bardziej wytrwała, choć momentami i bardziej zagubiona. Nic dziwnego, prawda? W pewnym sensie ta nowa osoba miała raptem piętnaście lat, nie trzydzieści trzy - to brzmiało jak nieśmieszny żart mający w sobie trochę za dużo prawdy. Tamten niespełna dziewiętnastoletni dzieciak nie mógłby się tu znaleźć, w tej piwnicy, z tym człowiekiem, który teraz siedział na podłodze i patrzył na Prudence Bletchley - nawet, jeśli bywał tu przy wielu okazjach, to gardziłby takim towarzystwem. Miał przed sobą świetlaną, najpewniej akademicką przyszłość - tymczasem ja nigdy nie zrobiłem żadnego kursu ponad te w Hogwarcie, na którym zakończyłem moją formalną edukację.
Unosząc butelkę do ust, pociągnąłem głęboki łyk, ale przedtem znowu przytoastowałem bez słowa z myślą, że robię to całkiem egoistycznie - by mieć świadomość, że przynajmniej nie tylko ja piję w tej ciemnej, zatęchłej piwnicy. Nie chciałem, by uznawała wzięcie od niej butelki, podanie jej wina, za coś więcej niż tylko dzielenie się alkoholem. To, w rzeczy samej, była próba nawiązania jakiegoś kontaktu, tak samo ten głupi komentarz o tym, że nie powinna powtarzać moich technik. Parsknąłem, słysząc jej komentarz i lekko się uśmiechnąłem.
- Nie udało ci szię, niestety, nie udawaj, sze nie wies, sze odeblałem szwoją własnoś... No, chyba, sze lobisz to celowo. - Powiedziałem cicho, trochę rozbawiony, jeszcze zanim sięgnąłem po dużego hausta alkoholu z butelki, zamykając tym sobie usta z coraz bardziej rozplątanym językiem, żeby nie powiedzieć za dużo. Na chwilę zamilkłem, bo uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie wiedziałem, czy wcześniej była swoja - i nie miałem żadnego powodu, by jej ufać. Miałem za to bardzo wiele powodów, by jej nie ufać - to nie była jakaś głupia gra, to było życie, pełne konieczności dochowywania I pilnowania tajemnic, i zdrad mogących wynikać ze zbytniego zaufania, bo przecież wiedziałem, że ono nie było dla mnie bezpieczne - zwłaszcza w obrębie granic Wielkiej Brytanii. A mimo to, miałem świadomość, że ona zaufała mi wtedy na ulicy, gdy doprowadziłem się do urazu kolana, chociaż może nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi. Może o tym nie myślała albo po prostu uznała, że nie miała wyjścia, bo razem zaangażowaliśmy się w sytuację z kotem - tak czy owak, zabrała mnie do swojego mieszkania. Później przebyła ze mną pół Londynu stojącego w ogniu. Nie mogłem też zignorować świadomości, że siedziała tutaj ze mną, w tej ciemnej, zatęchłej piwnicy - to też dawało mi do myślenia. To albo oznaczało, że jest skrajnie głupia, albo też, że coś się między nami pojawiło - coś, co wykraczało poza zimny osąd, logikę i rozsądek. Nie bała się, nie odsuwała, nie odwracała - to albo była głupota, albo coś innego. Coś, czego nie dało się tak łatwo zignorować.
- Cokolwiek szobie telas pomyślis, to jeszt jescze balsiej szkomplikowane, nisz ci szię wydaje. - Pokręciłem głową z niedowierzaniem, milcząc przez chwilę, patrząc przed siebie na ciemną przestrzeń, jakbym próbował znaleźć w niej jakieś rozwiązanie, które nie istnieje. - Daj szpokój, Bletchley... - W końcu wziąłem głęboki oddech, czując, jak powietrze wypełnia moją klatkę piersiową, i powiedziałem cicho, ale z pełnym przekonaniem. - Jeszteś inteligentna. Jeszteś najmądszejszą oszobą, jaką znam. I wiem, sze jusz znasz odpowieś na pytanie, któle mi zadałaś... - Wiedziałem, że mnie kojarzy, tylko nie wie, skąd. To fascynujące, jak czas i los potrafią namieszać w głowach, jak tworzą te ukryte ścieżki powiązań, które nie zawsze są takie oczywiste.
Wpatrywałem się w nią, tę kobietę, którą widziałem niedawno, a którą w rzeczywistości znałem od dawna - tę samą, a jednocześnie inną Prudence Bletchley. Widziałem jej twarz, teraz doskonale ją rozpoznawałem, mimo drobnych zmarszczek i innej fryzury - wciąż miała w sobie coś z tamtej dziewczyny, którą znałem w szkole. Tej, która nosiła głowę wysoko, nawet jeśli jednocześnie grała niepewną i wycofaną. Snuła się po korytarzach - z zadartym nosem i odpychającym wyrazem twarzy, który jeszcze bardziej sztywniał i gęstniał na mój widok, jakby pielęgnowała w sobie coś, co miało mi pokazać, że nie ma dla mnie nawet odrobiny uwagi, a ja marnuję czas, próbując do niej zagadać, bo dla niej nie jestem tym, kim uważałem, że byłem - w jej oczach nie jestem fajnym dzieciakiem, tylko nikim szczególnym. Odmawiała spojrzenia na mnie, jakby była lepsza od wszystkiego, co reprezentowałem. Parokrotnie próbowałem do niej podbijać, a ona mnie zlewała, traktowała jak trędowatego. Tyle tylko, że im bardziej się ode mnie odsuwała, tym bardziej próbowałem się do niej zbliżyć, chociaż w głębi serca wiedziałem, że to była głupota, bo nasze rozmowy przypominały raczej jednostronny bullying, ewentualnie musztrę. Wtedy czułem się jeszcze bardziej upokorzony, jeszcze bardziej zły na siebie, bo wiedziałem, że ona miała w dupie moje starania, więc zaczynałem robić się wredny... Im bardziej ją drażniłem, tym bardziej ona się odsuwała, traktowała mnie z góry... Należałoby odpuścić, nie? Ale nie, ja tego tak nie odbierałem - ja, wtedy młody i głupi, ponownie próbowałem ją zdobyć, chociaż w dalszym ciągu wiedziałem, że to nie miało sensu w tym wydaniu. Aż w końcu granice zostały przekroczone i pozostała tylko antypatia. Wtedy nie obchodziło mnie, że jest siostrą bliźniaczką jednego z moich najlepszych przyjaciół - to nie było dla mnie żadnym argumentem, by na nią nie lecieć, natomiast stało się idealnym pretekstem, żeby ją dręczyć, bo przecież miała na pieńku z Eliasem. Byłem tak skupiony na własnym ego, na własnej dumie, że nie liczyło się nic innego. Ona miała w dupie mnie, ja miałem w dupie ją, i tak się to toczyło przez lata. Obnosiłem się z tą swoją frustracją, irytacją, próbując ją zranić, bo wydawało mi się, że to jedyna metoda, by się z nią uporać. Podczas tych szkolnych lat, rozgrywała się między nami jakaś gra, której nie rozumiałem do końca - byłem tylko dzieciakiem, kimś nieprzykłym do okazywania sympatii innej niż przyjacielska, to zmieniło się dopiero z czasem, niestety, przy niewłaściwej, ale wtedy bardzo dopasowanej osobie - tylko czułem, że jest w tym coś więcej, coś, co mnie wkurwiało i pchało do jeszcze większej głupoty.
Siedząca obok mnie kobieta była taka sama, a jednocześnie inna od tej nastolatki, którą znałem kiedyś - to była ta sama twarz, te same rysy, ale coś w jej spojrzeniu, w postawie, drobnych gestach, zdradzało, że od tamtego czasu minęło wiele. I ja też, w tym czasie, zmieniłem się nie do poznania. Nie byłem tym samym chłopakiem, którym byłem - te wszystkie lata, decyzje, błędy i rozczarowania, odcisnęły na mnie swoje piętno. Nie widziałem swojego odbicia, ale miałem wrażenie, że w naszych oczach, które się spotkały, z początku było można zobaczyć tę samą mieszankę zaskoczenia, niepewności, ale i czegoś innego - jakiegoś cichego zrozumienia, które pojawiło się mimochodem, jakby poza naszą wolą. Mignęło mi to w twarzy Prudence, chociaż zaledwie przez chwilę, zanim zastąpiła je konsternacja i sztywność. Już żadne z nas nie zachowywało się naturalnie swobodnie. Całe tamte wydarzenia zaczynały przypominać mglisty sen - nasze rozmowy, poruszane tematy, a potem, na końcu, smak jej ust - truskawkowy, słodki, jakby na przekór wszystkiemu, co się działo wokół... Gdyby nie wiedza, że to nie była zbiorowa halucynacja i wszystkie fizyczne dowody na to, że przeżyliśmy tamten moment, mógłbym nawet kwestionować zaistnienie tych wydarzeń. Przy tej oficjalności, z jaką obecnie podchodziliśmy do siebie, nie byłoby to bardzo trudne - niby używaliśmy potocznych słów, gadaliśmy o przywarach Pottera i tak dalej, ale to nie był dialog ludzi, którzy zaledwie dwa dni wcześniej całowali się w spanikowanym tłumie, przedtem rozprawiając na temat nawiązania przyjaźni.
Jednak ta chwila minęła, zostawiła po sobie tylko gorzki posmak, który rozlewał się wewnątrz mnie, i chociaż próbowałem to od siebie odsunąć, to podświadomość mówiła mi, że nie dało się tego zrobić. Nie było już między nami tamtego charakterystycznego napięcia - czegoś na granicy między przyjacielskim zrozumieniem obcej osoby, a wysublimowanym, może trochę niebezpiecznym, odrobinę niewłaściwym flirtem - była tylko pustka, i świadomość, że wszystko, co się wydarzyło, zostało w przeszłości. Nie rozpoznałem jej w Londynie, nie miałem pojęcia, co się u niej działo, jak wyglądało jej życie - dopóki sama mi o tym nie powiedziała, biorąc mnie za obcego. Nie sądziłem, iż jeszcze kiedykolwiek będziemy mieć okazję porozmawiać. Uśmiechnąłem się pod nosem, trochę z przekorą, i spojrzałem na nią lekko z ukosa.
- Nie tszymasz noszy w tych ładnych bucikach? - Powiedziałem cicho, z lekkim niedowierzaniem w głosie. - Jak ty pszeszyłaś tyle lat... - Skomentowałem siląc się na przekorę, którą pociągnąłem dalej - pociągając ją przez te słowa o ślimakach i zakażeniach, ale nie odpowiadając niczym więcej, jak tylko krzywym uśmiechem. Tym krzywszym na to, jak mnie podsumowała.
Wyciągnąłem do niej rękę, nie posuwając się do innego komentarza, niż to, co zaraz opuściło moje usta - tak, jak to robiło setki tysięcy razy, zupełnie naturalnie, ale od razu z rozwinięciem.
- Benjy. Benjy Fenwick. Od biedy, mosesz mi mówiś Fen, jeszli chces. Nie Benjamin, nie Ben... Albo „ej, ty”... To mi wystalszy. - Powiedziałem powoli, z lekkim uśmiechem, który nie był ani radosny, ani smutny, tylko gorzki i przekorny. Nie mówiłem tego głośno, ale wewnątrz, w głębi siebie, czułem się z tym całkowicie w porządku - od wielu lat byłem pogodzony z faktem, że nie ma już we mnie nic z tamtego chłopaka, bo stałem się kimś innym. Musiałem dostosować się do warunków panujących w tym nowym świecie, w jakim przyszło mi żyć. Dawny Aloysius Rookwood... Nie, po prostu Aloysius Rookwood, bo był tylko dawny, nie było żadnego obecnego, wbrew temu, co pewnie zakładali moi przyjaciele, nadal od czasu do czasu mówiąc mi starym przezwiskiem. To był inny człowiek, ja i jednocześnie nie ja - ktoś, kto przeszedł piekło i wrócił, choć już nie do końca w całości. Tak czy inaczej - Aloysius Rookwood nie przeżyłby jednej dziesiątej tego, co ja przeżyłem. To, kim stałem się teraz, to zupełnie inna osoba, silniejsza, bardziej wytrwała, choć momentami i bardziej zagubiona. Nic dziwnego, prawda? W pewnym sensie ta nowa osoba miała raptem piętnaście lat, nie trzydzieści trzy - to brzmiało jak nieśmieszny żart mający w sobie trochę za dużo prawdy. Tamten niespełna dziewiętnastoletni dzieciak nie mógłby się tu znaleźć, w tej piwnicy, z tym człowiekiem, który teraz siedział na podłodze i patrzył na Prudence Bletchley - nawet, jeśli bywał tu przy wielu okazjach, to gardziłby takim towarzystwem. Miał przed sobą świetlaną, najpewniej akademicką przyszłość - tymczasem ja nigdy nie zrobiłem żadnego kursu ponad te w Hogwarcie, na którym zakończyłem moją formalną edukację.
Unosząc butelkę do ust, pociągnąłem głęboki łyk, ale przedtem znowu przytoastowałem bez słowa z myślą, że robię to całkiem egoistycznie - by mieć świadomość, że przynajmniej nie tylko ja piję w tej ciemnej, zatęchłej piwnicy. Nie chciałem, by uznawała wzięcie od niej butelki, podanie jej wina, za coś więcej niż tylko dzielenie się alkoholem. To, w rzeczy samej, była próba nawiązania jakiegoś kontaktu, tak samo ten głupi komentarz o tym, że nie powinna powtarzać moich technik. Parsknąłem, słysząc jej komentarz i lekko się uśmiechnąłem.
- Nie udało ci szię, niestety, nie udawaj, sze nie wies, sze odeblałem szwoją własnoś... No, chyba, sze lobisz to celowo. - Powiedziałem cicho, trochę rozbawiony, jeszcze zanim sięgnąłem po dużego hausta alkoholu z butelki, zamykając tym sobie usta z coraz bardziej rozplątanym językiem, żeby nie powiedzieć za dużo. Na chwilę zamilkłem, bo uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie wiedziałem, czy wcześniej była swoja - i nie miałem żadnego powodu, by jej ufać. Miałem za to bardzo wiele powodów, by jej nie ufać - to nie była jakaś głupia gra, to było życie, pełne konieczności dochowywania I pilnowania tajemnic, i zdrad mogących wynikać ze zbytniego zaufania, bo przecież wiedziałem, że ono nie było dla mnie bezpieczne - zwłaszcza w obrębie granic Wielkiej Brytanii. A mimo to, miałem świadomość, że ona zaufała mi wtedy na ulicy, gdy doprowadziłem się do urazu kolana, chociaż może nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi. Może o tym nie myślała albo po prostu uznała, że nie miała wyjścia, bo razem zaangażowaliśmy się w sytuację z kotem - tak czy owak, zabrała mnie do swojego mieszkania. Później przebyła ze mną pół Londynu stojącego w ogniu. Nie mogłem też zignorować świadomości, że siedziała tutaj ze mną, w tej ciemnej, zatęchłej piwnicy - to też dawało mi do myślenia. To albo oznaczało, że jest skrajnie głupia, albo też, że coś się między nami pojawiło - coś, co wykraczało poza zimny osąd, logikę i rozsądek. Nie bała się, nie odsuwała, nie odwracała - to albo była głupota, albo coś innego. Coś, czego nie dało się tak łatwo zignorować.
- Cokolwiek szobie telas pomyślis, to jeszt jescze balsiej szkomplikowane, nisz ci szię wydaje. - Pokręciłem głową z niedowierzaniem, milcząc przez chwilę, patrząc przed siebie na ciemną przestrzeń, jakbym próbował znaleźć w niej jakieś rozwiązanie, które nie istnieje. - Daj szpokój, Bletchley... - W końcu wziąłem głęboki oddech, czując, jak powietrze wypełnia moją klatkę piersiową, i powiedziałem cicho, ale z pełnym przekonaniem. - Jeszteś inteligentna. Jeszteś najmądszejszą oszobą, jaką znam. I wiem, sze jusz znasz odpowieś na pytanie, któle mi zadałaś... - Wiedziałem, że mnie kojarzy, tylko nie wie, skąd. To fascynujące, jak czas i los potrafią namieszać w głowach, jak tworzą te ukryte ścieżki powiązań, które nie zawsze są takie oczywiste.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)