21.04.2025, 11:40 ✶
Zdążył się ewakuować? Było to możliwe, ale wolała sprawdzić każdy pokój, każdy korytarz, każdy kąt aby mieć pewność, że nic się nie stało. Jej oczy tego dnia niczym zwierciadła odbijały ludzkie tragedie, a to znacznie poszerzało wyobraźnie.
Na przecięciu piętra ujrzała dobrze znaną jej sylwetkę, usłyszała znajomy głos. Głos, którego szukała, spojrzenia którego doszukiwała się w każdym z opuszczonych komnat.
Ulga. Zdecydowanie poczuła ulgę, widząc Richarda całego i zdrowego.
-Nic ci nie jest - odetchnęła. Zaraz w jej głowie zrodziło się kolejne pytanie : Czy byli tu sami?
-Chłopaki też tu są? - wypadło z jej ust, a spojrzenie sięgnęło w kierunku szczytu schodów z których schodził Richard. Może i aktualnie jej kontakty z rodzeństwem nie były najlepsze, a jednak wciąż w ich żyłach płynęła podobna sobie krew. Mogła myśleć sobie o nich co chciała, ale to nie zmieniało faktu, że byli rodziną.
Nie odnalazła spojrzeniem ani Charlesa, ani Leonarda, nie usłyszała głosu żadnego z nich, a to rysowało w jej głowie nieme zaprzeczenie.
-A więc to aż tak skrajna alergia - szepnęła z dozą złośliwości, przypominając sobie ostatnią rozmowę z jednych z braci w której została zbombardowana oszczerstwami apropo swojej niewdzięczności. Stój, to nie czas na irytację.
-Widziałam... dłonie? - mruknęła, przelatując wzrokiem po ścianach, nie będąc do końca pewna czy może dać wiarę temu co widziała. Cokolwiek to było, nie było niczym normalnym, acz nie sądziła by był to jakiś duch, ani inny byt chociaż te bywają niezwykle kapryśne i nieprzewidywalne - a przynajmniej tak mówiło jej nabyte doświadczenie. Doświadczenie, które nakazywało sądzić, że było to coś innego, temat który był jej mniej znany.
-Klątwa? Urok? - pytała, omiatając wzrokiem otoczenie, a jednak teraz nie wiedziała nic, nie była też już niczego pewna. Zaczęła się zastanawiać czy to nie są sztuczki umysłu, omamy spowodowane nałykaniem się dymu. Spojrzała na swoją dłoń, która wciąż pozostawała oblepiona popiołem, kolejny raz spróbowała zetrzeć go o czarny materiał spodni. To nie było normalne. Nic nie było normalne, to że meble pokrywała sadza również nie było normalne. Może i był pożar, aczkolwiek niemożliwym aby tyle dostało się do kamienicy, skoro ta nie stała w płomieniach. W domu na Horyzontalnej w którym była chwilę wcześniej, w którym wielkie okna roztrzaskały się na miliard małych kawałków, nie było tyle sadzy - nie w tak absurdalny sposób, a tam przecież tej łatwiej byłoby się dostać.
Na przecięciu piętra ujrzała dobrze znaną jej sylwetkę, usłyszała znajomy głos. Głos, którego szukała, spojrzenia którego doszukiwała się w każdym z opuszczonych komnat.
Ulga. Zdecydowanie poczuła ulgę, widząc Richarda całego i zdrowego.
-Nic ci nie jest - odetchnęła. Zaraz w jej głowie zrodziło się kolejne pytanie : Czy byli tu sami?
-Chłopaki też tu są? - wypadło z jej ust, a spojrzenie sięgnęło w kierunku szczytu schodów z których schodził Richard. Może i aktualnie jej kontakty z rodzeństwem nie były najlepsze, a jednak wciąż w ich żyłach płynęła podobna sobie krew. Mogła myśleć sobie o nich co chciała, ale to nie zmieniało faktu, że byli rodziną.
Nie odnalazła spojrzeniem ani Charlesa, ani Leonarda, nie usłyszała głosu żadnego z nich, a to rysowało w jej głowie nieme zaprzeczenie.
-A więc to aż tak skrajna alergia - szepnęła z dozą złośliwości, przypominając sobie ostatnią rozmowę z jednych z braci w której została zbombardowana oszczerstwami apropo swojej niewdzięczności. Stój, to nie czas na irytację.
-Widziałam... dłonie? - mruknęła, przelatując wzrokiem po ścianach, nie będąc do końca pewna czy może dać wiarę temu co widziała. Cokolwiek to było, nie było niczym normalnym, acz nie sądziła by był to jakiś duch, ani inny byt chociaż te bywają niezwykle kapryśne i nieprzewidywalne - a przynajmniej tak mówiło jej nabyte doświadczenie. Doświadczenie, które nakazywało sądzić, że było to coś innego, temat który był jej mniej znany.
-Klątwa? Urok? - pytała, omiatając wzrokiem otoczenie, a jednak teraz nie wiedziała nic, nie była też już niczego pewna. Zaczęła się zastanawiać czy to nie są sztuczki umysłu, omamy spowodowane nałykaniem się dymu. Spojrzała na swoją dłoń, która wciąż pozostawała oblepiona popiołem, kolejny raz spróbowała zetrzeć go o czarny materiał spodni. To nie było normalne. Nic nie było normalne, to że meble pokrywała sadza również nie było normalne. Może i był pożar, aczkolwiek niemożliwym aby tyle dostało się do kamienicy, skoro ta nie stała w płomieniach. W domu na Horyzontalnej w którym była chwilę wcześniej, w którym wielkie okna roztrzaskały się na miliard małych kawałków, nie było tyle sadzy - nie w tak absurdalny sposób, a tam przecież tej łatwiej byłoby się dostać.