21.04.2025, 21:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2025, 14:50 przez Anthony Ian Borgin.)
Anthony był specyficzny, czasem okropnie nieznośny, a czasem człowiek był wdzięczny, że miał kogoś takiego w swoim życiu. Jego albo się lubiło, albo nie i nie było absolutnie niczego pomiędzy. Stanley nic nie mógł poradzić, że w pewien sposób zajmował pozycję ojca w głowie Tośka, że był idealizowany i młody Borgin za wszelką cenę chciał być taki, jak on. Z wiekiem zdawał sobie sprawę, że nie we wszystkim było to możliwe, bo istniały dziedziny życia i cechy charakteru, które mieli skrajnie różne, ale wciąż go naśladował, czasem bezmyślnie. I faktycznie, nie było możliwości, aby dogadali się w tej sprawie, bo obydwoje byli równie uparci. I wierzyli w to, co podpowiadało im zarówno serce, jak i umysł.
- Miałem dobrego nauczyciela. - odparł już bardziej charakterystycznym dla siebie, nieco łobuzerskim głosem, odwracając twarz w stronę brata. Prawda była taka, że Anthony nigdy nie był magiem bojowym, miał zupełnie inny zestaw umiejętności i wszelkie sprawy natury brutalnie magicznej, zwykle rozwiązywał Stasiek, ale nawet on powinien poradzić sobie ze ścianą. A może nie, skoro podmuch wiatru nie wyszedł? To wszystko przez martwienie się o Rosie.
Sytuacja była brzydka, śmierdząca i niebezpieczna. Ogień trawił Londyn, mroczny znak palił skórę i chociaż brunet wcale nie chciał do końca brać w tym syfie udziału, musiał. I nie mógł tak po prostu teleportować się do swoich przyjaciół czy narzeczonej, aby sprawdzić, czy są bezpieczni. Dziś musiał być wysłannikiem Czarnego Pana, Lynxem, a nie Antkiem. Musiał nosić tę paskudną maskę.
- Okay. Dzięki za wskazówkę. Jestem za nią odpowiedzialny, byłoby źle, gdyby coś się jej przeze mnie stało. - zauważył, podchodząc bliżej kuzyna. Poza trzeszczącym płomieniem, czasem hukiem i zduszonym krzykiem, kaszlem gdzieś z daleka, byli w tej alejce zupełnie sami, otoczeni ciepłem i całą paleta odcieni pomarańczowego i żółtego, które czasem zdawały się przechodzić w diabelską czerwień. - Może powinna mieć pseudonim.
Ściana nie drgnęła pod wpływem zaklęcia Staśka, ale nie szkodzi. Czasem, gdy emocje lub myśli stawały na drodze czarodziejowi, różdżki nie reagowały prawidłowo. Przytaknął, unosząc swoją i wykonując odpowiedni ruch ręką, rzucił zaklęcie, mając nadzieję, że ściana się rozsypie, a cegły — być może z ich małą pomocą, zablokują drogę. Dym był coraz gęstszy, nieopodal musiał być jakiś sklep z ziołami, bo poza spalenizną, czuł lawendę i chyba tymianek, pomijając oczywiście swąd spalonych ciał, zarówno małych, jak i dużych mieszkańców Nokturnu. Wiedział, że ofiar będzie wiele.
Rzut wysadzenie ściany
edytowane zgodnie z adnotacją
Huk sprawił, że zaraz po rzuceniu czaru, obrócił głowę, a następnie rozejrzał się dookoła. To nie był efekt wywołany przez jego próbę rzucania czarów, bo ta spełzła na niczym, wywołując kolejną falę niezadowolenia. Poczuł, jak bransoletka z czarną perłą zakołysała się na jego nadgarstku, skryta pod materiałem rękawiczki i peleryny. Wciąż byli tu sami. Oni i płomień. A dokoła, w różnych dzielnicach, wielu było takich, co miało równie pracowitą noc. - Oby i nasze grzechy pochłonął ogień. - zacisnął usta, spoglądając mimowolnie w stronę dłoni w której zaciskał swoje narzędzie pracy - inne niż zwykle, ale nie powinien narzekać. - No i może nasze braki w umiejętnościach magii praktycznej też.
- Miałem dobrego nauczyciela. - odparł już bardziej charakterystycznym dla siebie, nieco łobuzerskim głosem, odwracając twarz w stronę brata. Prawda była taka, że Anthony nigdy nie był magiem bojowym, miał zupełnie inny zestaw umiejętności i wszelkie sprawy natury brutalnie magicznej, zwykle rozwiązywał Stasiek, ale nawet on powinien poradzić sobie ze ścianą. A może nie, skoro podmuch wiatru nie wyszedł? To wszystko przez martwienie się o Rosie.
Sytuacja była brzydka, śmierdząca i niebezpieczna. Ogień trawił Londyn, mroczny znak palił skórę i chociaż brunet wcale nie chciał do końca brać w tym syfie udziału, musiał. I nie mógł tak po prostu teleportować się do swoich przyjaciół czy narzeczonej, aby sprawdzić, czy są bezpieczni. Dziś musiał być wysłannikiem Czarnego Pana, Lynxem, a nie Antkiem. Musiał nosić tę paskudną maskę.
- Okay. Dzięki za wskazówkę. Jestem za nią odpowiedzialny, byłoby źle, gdyby coś się jej przeze mnie stało. - zauważył, podchodząc bliżej kuzyna. Poza trzeszczącym płomieniem, czasem hukiem i zduszonym krzykiem, kaszlem gdzieś z daleka, byli w tej alejce zupełnie sami, otoczeni ciepłem i całą paleta odcieni pomarańczowego i żółtego, które czasem zdawały się przechodzić w diabelską czerwień. - Może powinna mieć pseudonim.
Ściana nie drgnęła pod wpływem zaklęcia Staśka, ale nie szkodzi. Czasem, gdy emocje lub myśli stawały na drodze czarodziejowi, różdżki nie reagowały prawidłowo. Przytaknął, unosząc swoją i wykonując odpowiedni ruch ręką, rzucił zaklęcie, mając nadzieję, że ściana się rozsypie, a cegły — być może z ich małą pomocą, zablokują drogę. Dym był coraz gęstszy, nieopodal musiał być jakiś sklep z ziołami, bo poza spalenizną, czuł lawendę i chyba tymianek, pomijając oczywiście swąd spalonych ciał, zarówno małych, jak i dużych mieszkańców Nokturnu. Wiedział, że ofiar będzie wiele.
Rzut wysadzenie ściany
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
edytowane zgodnie z adnotacją
Huk sprawił, że zaraz po rzuceniu czaru, obrócił głowę, a następnie rozejrzał się dookoła. To nie był efekt wywołany przez jego próbę rzucania czarów, bo ta spełzła na niczym, wywołując kolejną falę niezadowolenia. Poczuł, jak bransoletka z czarną perłą zakołysała się na jego nadgarstku, skryta pod materiałem rękawiczki i peleryny. Wciąż byli tu sami. Oni i płomień. A dokoła, w różnych dzielnicach, wielu było takich, co miało równie pracowitą noc. - Oby i nasze grzechy pochłonął ogień. - zacisnął usta, spoglądając mimowolnie w stronę dłoni w której zaciskał swoje narzędzie pracy - inne niż zwykle, ale nie powinien narzekać. - No i może nasze braki w umiejętnościach magii praktycznej też.