22.04.2025, 17:28 ✶
Myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, a tu nagle pojawiła się ona - Prudence Bletchley, we własnej osobie, jakby znikąd, z powietrza, z ciemności, z tym swoim chłodnym spojrzeniem i słowami, które wybrzmiały... Dziwnie. Nie od razu wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony czułem ulgę, że nic jej nie jest, jest bezpieczna, a z drugiej - głęboko we mnie pojawiło się coś, co przypominało niepokój, a nawet obawę. Nie umiałem od razu znaleźć słów, bo ta cała sytuacja - ta nagła, niespodziewana konfrontacja - wywróciła wszystko do góry nogami, całą moją namiastkę piwnicznego spokoju. Szczególnie, że już wiedziałem, z kim mam do czynienia. Wcześniejsza nieświadomość mogła być błogosławieństwem, bo pozwalała zapomnieć o pewnych rzeczach, o których wolałoby się nie myśleć, ale mimo wszystko trudno było ukryć, że prędzej czy później musiałbym się dowiedzieć. Ona też musiała - prawda ma to do siebie, że wraca, niezależnie od tego, jak mocno próbujesz ją odsunąć na bok. Wiedziałem, że to wszystko się kiedyś wyda, że ta maska, którą dziś nosiłem, i tak się rozpadnie, bo prawda i tak wyjdzie na jaw. Mimo to miałem opory, żeby poinformować Prudence o tym, z kim rozmawia. Nie, nie dlatego, że nie chciałem, żeby wiedziała - wręcz przeciwnie, chciałem, żeby wiedziała wszystko, co konieczne, żeby nie było między nami najgorzej, gdy znajdziemy się pośród ludzi. Z dwojga złego, lepiej było, że uniknęliśmy publicznego zaskoczenia. Tyle tylko, że zarazem nie wiedziałem, jak postępować, czy powinniśmy rozmawiać zupełnie o wszystkim, czy dać sobie spokój ze szczegółami, czy może jeszcze coś z tego wyjdzie, choć z drugiej strony - czy jest jeszcze coś do ratowania? Czy to, co się między nami działo w Londynie, nie było już tylko wspomnieniem i złudzeniem, które właśnie się rozpadało? Bardzo dużo pytań, mało odpowiedzi, a jeszcze nie przeszliśmy do najgłębszych wyjaśnień - chwilowo krążyliśmy wokół pobocznych tematów.
Kiedy powiedziała, że nie zna się na nożach i że to chyba nie jest jej domena, poczułem lekkie drżenie warg i uśmiech, który sam z siebie znowu wykrzywił mi usta. To właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo różnimy się w tym, co rozumiemy przez bezpieczeństwo i zagrożenie. Nie musiała przejmować się tymi samymi rzeczami, co ja - ja nie musiałem przejmować się jej domeną. No, może poza kilkoma sprawami związanymi z samopomocą medyczną, ale jak już ją poinformowałem - nie przykładałem wielkiej uwagi do tego, żeby postępować w zgodzie ze sztuką leczenia. Ważne było dla mnie to, żeby się zaleczyć - nie to, żeby zrobić to najlepiej, jak to możliwe.
- Athamé. - Uśmiechnąłem się mimo wszystko, chociaż na zewnątrz wyglądało to raczej na uśmiech pełen rezerwy, trochę wymuszony. Zamilkłem na chwilę, patrząc na nią, jakby próbując odgadnąć, czy rozumie, co mam na myśli. Wiedziałem, że jako ktoś, kto pracuje w medycynie, miała do czynienia z różnymi narzędziami, ale nie była specjalistką od broni czy ostrzy. Z drugiej strony, rytualne noże były częścią obrzędów w kowenach, których częścią często były osoby takie jak ona, więc pewnie miała o nich jakieś tam pojęcie. - Nie pytaj mnie, ploszę, o szczegóły, bo nie mam głowy do ściemnania. Jesztem jego kolejnym właszcisielem, taka tladysja, a popszedni nie był zbyt doblym bajaszem, więs nic nie wiem. Mógłbym ci powiedzieś, sze to do lytuałów, blablabla... I po plawsie, taka powinna byś jego funksja. Pszechodzi s mistsza na ucznia, po śmielci pielwszego, w momensie, w któlym tytuł zosztaje pszekasany. Pewnie kiedysz nawet sluszył jako coś więsej nisz jako lekwisyt, ale w międzyczaszie zaczął pełniś funksję otwielasza do butelek, młotka, ostszałki do plawdziwych noszy... Cholela, czego to on nie lobi... - Ambitnie pokiwałem głową, jakbym naprawdę był zachwycony wielofunkcyjnym użyciem tego cacka, chociaż to nie powstrzymało mnie przed tym, żeby dodać trochę niepoważną wtrętkę. - No, posa tym, sze nie biesze udziału w lytuałach. - Prychnąłem. Wiedziałem, że to jakiś sposób na odwrócenie uwagi, trochę z dezynwolturą wobec mojego martwego przyjaciela, trochę z ironią, jakbym chciał zbagatelizować pełne, znacznie bardziej ponure znaczenie tego, co powiedziałem, po czym od razu przeszedłem dalej.
Znowu prychnąłem z rozbawieniem - jasne - to, co powiedziała, miało w sobie ziarenko prawdy - wizualny aspekt był istotny, ale ludzie, którzy wyglądają groźnie, często są właśnie tacy, bo wiedzą, jak się bronić.
- Obwiesaś szię nimi od sztóp do głów? W szumie, to nie do końca głupi pomyszł, jeszli chces, szeby cię zostawili w szpokoju... W jakiejś isolatce, czy coś. - Odpowiedziałem lekko wzruszając ramionami. - Do obwieszenia się od stóp do głów musis dodaś jeszcze umiejętnoś pokasywania tego tylko w odpowiednich momentach. Bes tego, nawet s szetką ostszy, moszesz szię łatwo wyłoszyś. - Odpowiedziałem jej spokojnym, lekko ironicznym głosem.
Nie chciałem się kłócić o koleje losu, bycie we właściwym miejscu o właściwym czasie, przeznaczenie i tak dalej - nie miałem na to siły, nawet jeśli jej słowa zabrzmiały trochę jak wyzwanie i kiedyś pewnie na siłę starałbym się udowodnić Prudence, że się myli. Wzruszyłem ramionami, bo chociaż wiedziałem, że ona ma głębokie przekonanie o tej swojej racji, to w głębi duszy czułem, że to nie do końca tak działa. Przeznaczenie nie istniało - a jeśli istniało, to zdecydowanie dało się je zmienić, postępując nie w zgodzie z założeniami losu. Byłem tego chodzącym przykładem - przynajmniej w mojej własnej opinii, a i w oczach otoczenia pewnie także. Tyle zaprzepaszczonych szans i zmarnowanego potencjału... Nie zamierzałem jej jednak przekonywać, że wiara w przeznaczenie to bujda, bo wystarczy jedna nieprzewidywalna decyzja, żeby je odmienić, bo wiedziałem, że to nie ma sensu. Każdy ma swoje przekonania, swoje sposoby radzenia sobie z rzeczywistością - a osoby z jej predyspozycjami mózgowymi z pewnością mają dużo okazji, by je rozbudowywać.
Odnosząc się do jej słów o chorobie Milforda, skinąłem głową, słuchając uważnie. Wiedziałem, że to, co powiedziała, jest szczere, bo jej twarz nie ukrywała żadnych emocji, tylko czyste, chociaż trochę zagubione spojrzenie. Patrząc na nią, miałem w głowie tysiące myśli, które próbowałem poukładać w spójną całość, chociaż w głębi serca wiedziałem, że to, co mówiła, to tylko kolejny kawałek układanki, którą próbowałem rozgryźć w czasach szkolnych, zanim nie dałem sobie z tym spokoju, wybierając jawną niechęć. Teraz natomiast nie czułem się tak, jakbym mógł zadawać jej setki pytań na ten temat, bo po co mi była ta wiedza...
- To muszi byś wyszelpujące. - Powiedziałem, z wahaniem, starając się wyobrazić sobie, jak to musi wyglądać z jej perspektywy - od razu przypomniałem sobie te chwile, kiedy ją taką widziałem - jej odklejenie, ten moment, kiedy była jakby trochę obok, jakby jej głowa była w innym miejscu. To było smutne, a zarazem trudne do zrozumienia, jak ktoś może żyć z takim ciężarem i jednocześnie próbować normalnie funkcjonować. Wiedziałem, że jej słowa o tym, że to męczące, i o tym, że można się do tego przyzwyczaić, były szczere. Tak po prawdzie, nie czułem od niej nieszczerości w naszych ostatnich rozmowach - w żadnym momencie. Dogadywaliśmy się lepiej niż kiedykolwiek.
- Znowu oseniasz mnie po wysinku zachowania, Bletchley? - Nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie powiedzieć, chociaż w moim tonie zabrzmiała żartobliwa lekkość - to nie było czepianie się słówek, ale jednocześnie musiałem dać jej znać, że nie popieram takiego zachowania. Tym bardziej, że zaraz przeszła do rozwinięcia swojej myśli...
Przyglądałem się jej z mieszanką niedowierzania i czegoś na kształt rezygnacji - głowie kłębiły mi się wspomnienia, obrazy sprzed lat, te chwile, kiedy wierzyłem, że wszystko jest proste, a życie to tylko jedna, wielka gra. Mimo to, wiedziałem też, że z każdym słowem, które wypowiadała, odsuwała się od prawdy, którą ja znałem od dawna, i to właśnie mnie zaczynało wkurwiać. Nie przywiązywałem zbyt głębokiej wagi do tego, że życie to ciąg wyborów i decyzji mających swoje długofalowe konsekwencje, ale nie byłem, kurwa, aż takim nieczułym draniem. Wydawało mi się jasne, że mimo wszystko nie miała mnie wtedy za kogoś takiego. Teraz jednak, siedząc naprzeciw niej i słysząc takie wypowiedzi, czułem, jak wszystko się komplikuje. Zaczęliśmy rozmawiać, powiedzieliśmy sobie kilka rzeczy, gdy sądziliśmy, że się nie znamy, teraz kontynuowaliśmy rozmowę z tą nową perspektywą. Dawne schematy zaczynały się kruszyć, ustępując miejsca nieznanemu - a więc niepewności i nerwowości. Tak - to prawda, nie wiedziałem wtedy wszystkiego, ale to, co widziałem, i tak było już zbyt wyraźne, by można było je zignorować. Potrzebowała mojej pomocy, zareagowałem instynktownie, historia potoczyła się dalej. Stało się. Powinniśmy skończyć na tym te rozważania, ale nie... Musiała dodać coś, co było zupełnie nie na miejscu - nie powstrzymała się od komentarza, chociaż może to i dobrze, bo przynajmniej byliśmy wobec siebie szczerzy, ale i tak zabolało. Wjechała we mnie z subtelnością buldożera - na pełnej kurwie sugerując swoją opinię odnośnie podstaw mojego zachowania.
Poprawiłem się na miejscu, czując, jak w moich oczach pojawia się chłód i zdystansowanie, które w dalszym ciągu ukrywałem pod maską swobodnego, ironicznego uśmiechu. Odpowiedziałem, próbując zachować luz, chociaż w głębi czułem, jak ta rozmowa powoli zaczyna mnie wyczerpywać. W jej słowach usłyszałem coś, co mnie zirytowało, ale i jednocześnie wiedziałem, że rozdrażniło mnie to nie bez powodu - zdawałem sobie sprawę, że to, co mówi, jest szczere i ma swoje głębokie podstawy. Naprawdę mogła sądzić, że jestem aż takim dupkiem.
- Nie. - Zabrzmiałem trochę ostrzej, niż zakładałem, gdy spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, unosząc brwi. Przytkało mnie i nawet nie próbowałem tego ukryć, bo takie założenie wyjątkowo mocno we mnie godziło - nie spodziewałem się usłyszeć od niej czegoś takiego, nawet biorąc pod uwagę nasze dawne relacje, co dosyć jasno i mocno sugerowało, za kogo mnie tak naprawdę uważała. Starałem się nie skrzywić, ale posłałem jej urażone spojrzenie, kręcąc głową spode łba. - Na oba pytania będzie taka sama odpowieś. - Powiedziałem, zerkając na Prudence, próbując odczytać coś z jej twarzy, choć w tym półmroku trudno było się czegokolwiek dopatrzeć. O ile pytanie o to, czy od początku ją skojarzyłem miało jakiś sens, o tyle zasugerowanie mi, że mogłem chcieć ją zostawić na pastwę losu, bo była tym, kim była było... Nie na miejscu, obrzydliwe założenie. - Nie i nie. Nie wiedziałem, sze ty to ty, ale gdybym wiedział, to nic by nie zmieniło. Jesztem kutafonem, byłem kutafonem, będę kutafonem, ale nie asz takim, wies. Nie lubimy szię, jasne, ale nie musis od lasu zakładaś, sze cię nienawidzę i nigdy bym ci nie pomógł. - Z westchnieniem, próbując nie brzmieć ostro, sięgnąłem po własną butelkę, uniosłem ją do ust i pociągnąłem głęboki łyk bourbonu, czując, jak gorzki smak rozlewa się po języku. - Nie życzę ci śmielsi. Pomógłbym ci na kaszdym etapie naszej lelasji, chośby dla Eliasa. - Odwróciłem się na chwilę, spojrzałem na surowe, wystające belki sufitowe i wilgotnawe kamienie, przełykając ślinę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mógłbym żałować - odniesienie się do pomocy ze względu na przyjaciela było dobrym rozwiązaniem, to był na tyle gładki wykręt, że nie mogła go podważyć, więc nie miała podstaw do tego, żeby go nadmiernie analizować - i tak było najlepiej, bo mój stosunek do niej od zawsze był bardziej skomplikowany, niż powinien być. Natomiast nie musieliśmy o tym teraz rozmawiać - wystarczyło, że na pewno to wtedy wiedziała. Po co rozdrapywać dawne rany i posypywać je solą, skoro to już bez znaczenia? Fakt faktem - nawet wtedy, kiedy oboje całkowicie się znielubiliśmy, osiągając w tym wzajemność, nie przeszedłbym obojętnie wobec takich wydarzeń.
Wbiłem wzrok w pajęczynę w rogu sufitu, dochodząc do wniosku, że tak - ta piwnica była słabym miejscem na spotkanie, ale dla nas była lepsza niż konieczność wyciągania tych tematów bardziej publicznie. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu robić to z zaskoczenia, tu i teraz, a nie przy reszcie ludzi. Wciąż nie rozumiałem, jak to się stało, że tu razem trafiliśmy, a wcześniej przypadkowo dwukrotnie spotkaliśmy się po tylu latach i najwyraźniej żadne z nas nie poznało tego drugiego, dopóki nie zostało uświadomione, z kim ma do czynienia, ale nie miałem zamiaru tego przesadnie rozkminiać. Moja odpowiedź była jednoznaczna - nie żałowałem tamtej pomocy i nie oczekiwałem nic w związku z nią - wystarczyło, że była tu i jeszcze żyła, mimo że świat wokół nas się rozpadał. Odsunąłem butelkę od ust, patrząc na nią z tym swoim neutralnym spojrzeniem.
- Miałem wlaszenie, sze szię skądś znamy, ale nie wiedziałem, skąd... Posa tym minęło piętnaście lat, odkąd ostatni las byłem w klaju, a ty mówiłaś, sze jeszteś tu poniekąd uwiąsana... Laszej sądziłem, sze to pszypadkowe podobieństwo do kogoś, gdzieś posnanego. Dopielo Ambloise mi powiesiał. Wisiał nas wtedy na ulisy, uszwiadomił mnie jeszce w Londynie, Eliasza zlestą tesz, tak samo, jak całą lesztę, oplusz Colneliusa, więs... - Rozłożyłem ręce, wzruszając ramionami. - Plawdopodobnie powinnaś udawaś, sze wiedziałaś, gdy skoszystałaś s mojej pomosy, dzięki temu w jednym kawałku dotarliszmy do ministelstwa i tyle. Nikt nie wie, co szię wydaszyło. Sądzą, sze nie ma nic do opowiadania. Niech tak zosztanie, m'kay? - Dodałem, z ironicznym uśmiechem, próbując ukryć, jak bardzo mnie to wszystko męczy - cała ta rozmowa w tym wydaniu. Zdecydowanie wolałem, gdy uważałem ją za nieznajomą. Z drugiej strony - tamte chwile udowodniły nam, że możemy ze sobą jakoś rozmawiać, bez dawnych chujowych schematów...
No właśnie, może miała rację - nie powinniśmy powielać chujowych schematów, wracać do starego zachowania, choć łatwiej powiedzieć niż zrobić... Ja sam nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać po tym spotkaniu i po finalnym efekcie, i to trochę wybijało mnie z równowagi. Gdzieś z tyłu głowy miałem świadomość, że nadal mogliśmy mimowolnie wrócić na ścieżkę wojenną, nawet jeśli wiedziałem, iż nie powinniśmy tego rozgrywać na nowo - nie powinniśmy się zagłębiać w te dawne schematy. Ba, w głębi serca czułem, jak coś we mnie się wyrywa w kierunku tamtego zachowania, jakby te wspomnienia, te dawne uczucia, wciąż jeszcze miały jakiś wpływ. Już raz jej się odszczekałem - przed chwilą - wtedy, gdy tak śmiało założyła, że mógłbym nie chcieć jej pomóc. Poza tym trudno mi było przed sobą ukryć, że mimo wszystko, trochę irytowało mnie to, że Prudence potrafiła wygłaszać swoje prawdy i zachować się przy tym tak spokojnie, jakby nie czuła tej ogromnej góry emocji, która na pewno się w niej kotłowała. Ja sam musiałem wkładać bardzo dużo energii w to, żeby zachować pokerową twarz, choć miałem tę przewagę, że od początku miałem świadomość, o czym będziemy rozmawiać i że ta rozmowa, jeśli kiedyś się odbędzie, będzie trudna. I była...
- Nie musis szię obawiaś. Nie będę cię ciągaś za walkosze, jusz mi pszeszło. - Uśmiechnąłem się pod nosem, chociaż może trochę bez przekonania, i raczej bez rozbawienia - to było mało śmieszne, w obliczu tego wszystkiego, co ze sobą przeszliśmy. W młodości raczej nie ograniczałem się do niewinnego pociągania Prudence za włosy, w innym wypadku nie byłoby między nami tak źle, jak było w rzeczywistości. Mój poziom był znacznie, znacznie gorszy - dużo bardziej wyrachowany, momentami naprawdę obrzydliwie przykry. Byłem tego świadomy, zwłaszcza po latach. Z drugiej strony - ona też rzeczywiście nie była mi tak do końca dłużna. Jednocześnie zaskoczyło mnie to, że tak otwarcie się do tego teraz przyznała, i zupełnie nie zdziwiło mnie to, że jej zachowania nie były nieświadome. Wiedziała - musiała wiedzieć, skoro teraz to potwierdzała. Nie wiedziałem tylko, czemu postanowiła to tak wyciągnąć. Uśmiechnąłem się pod nosem, lekko kręcąc głową.
- No, co ty nie powies... Szkąd takie wnioski? - Spojrzałem na nią z lekko niedowierzającym spojrzeniem, po czym prychnąłem. To, że dziwiło mnie, że jeszcze tu jest i nadal ze mną rozmawia, nie oznaczało, iż nie mogłem sobie pozwolić na trochę sarkastycznych wtrętek. Bez nich nie byłbym sobą, to akurat nie miało prawa się zmienić - na pewno zdawała sobie z tego sprawę, bo rozmawialiśmy w ten sposób już w trakcie pożarów. Nie chciałem jej ponownie oceniać przez tamten pryzmat, ale w przeszłości trudno było nie zauważyć, że coś się między nami nie klei. Nawet jeśli nigdy mi nie powiedziała, co to tak właściwie było. Ciągle miałem wrażenie, że jej spojrzenie gdzieś uciekało, kiedy się zbliżałem. Zaczynała się robić zimna, zdystansowana, zadzierała nosa, a na każdą próbę rozmowy reagowała, jakby zaraz po jej zakończeniu zamierzała iść brać prysznic. To było upokarzające - zwłaszcza z perspektywy kogoś, kto nie miał tak z nikim innym. Na ogół byłem lubiany, i nawet jeśli potrafiłem zachodzić ludziom za skórę, to traktowali mnie raczej jako nieszkodliwego pajaca, nie jak plagę egipską. Mimo wszystko, początkowo starałem się zachować spokój i nie odpuszczać tak łatwo, bo naprawdę mi się wtedy podobała, dopiero z czasem widząc, jak wydaje się być wyjątkowo ostentacyjnie obojętna na moje słowa, zacząłem irytować się na każdą okoliczność interakcji.
- No, nie byłasz najbaldziej humanitalna. - Uśmiechnąłem się pod nosem, próbując ukryć tę nutę złośliwości, choć w głębi wiedziałem, że wcale nie muszę się starać - ona i tak znała moje podejście z końca tamtych czasów. Poza tym, jak zwykle, nie potrafiłem się powstrzymać - musiałem powiedzieć coś, co także podkreśliłoby, że znam ją lepiej, niż się wydaje, i że jej gra była mi znana. W pewnym momencie nie miałem innego wyjścia, jak zrozumieć to, że naprawdę mocno mnie, kurwa, nie chciała, ale nie zamierzała tego mówić wprost, tylko wybierała bycie ostentacyjnie, niemiłosiernie lodowatą i odpychającą - jednym słowem - niehumanitarną. Poza tym nie chciałem wdawać się w głębszą dyskusję na ten temat, bo nie chciałem pytać o powody, nawet po latach wolałem nie wiedzieć, dlaczego - to nie było coś, co naprawiłoby nasze relacje, a nawet wręcz przeciwnie - nie ulżyłoby mi, gdyby mi powiedziała, co tak właściwie było główną przyczyną takiego zachowania. Raczej by mi się to nie spodobało.
- No tak, kalma to suka. S dlugiej stlony, szycie szadko kiedy jest jak film, gdzie wsystko końszy się happy endem. To pszywilej nielicznych... - Podsumowałem, wzruszając ramionami - taka prawda, trudno było tego nie zauważyć, znajdując się w takiej, a nie innej pozycji.
Spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, unosząc brwi.
- Pół butelki i tyle? - Powtórzyłem po niej, pociągając łyk bourbonu z własnej butelki. Smak był mocny, gorzki, ale jak zwykle - po kilku głębszych wchodził naprawdę dobrze. Na pewno zdecydowanie lepiej niż pół butelki wina. Obracając papierosa w palcach, spojrzałem na nią sceptycznie, kręcąc głową. - Butelka domowego wina to tyle, co nic. Tyle to stszelają debiutantki, by pszydaś sobie kulaszu... No, weś, skolo tu zosztajemy, to chociasz wstydu oszczędź. - Powiedziałem cicho, patrząc na nią, z wyczuwalnym powątpiewaniem. Ta półpełna butelka wina, którą Prudence jeszcze trzymała w ręku, to naprawdę było mało co. Spojrzałem na kobietę jeszcze raz, próbując odgadnąć, czy ona naprawdę chce tu tkwić, czy może tylko tak mówiła, bo nie miała wyboru. Wilgoć w powietrzu, chłód, który wbijał się pod ubranie, drażnił skórę - to nie było miejsce, gdzie można się zapodziać na dłużej. Siedzenie tu na tylko po to, żeby wypić, ale nie czuć przynajmniej drobnego ruszyły, było słabym pomysłem. Przyglądając jej się jeszcze przez chwilę, wzruszyłem jednak ramionami, bo przecież nie zamierzałem jej mówić, co ma robić - było już za późno, żeby cofnąć pozwolenie na wspólną posiadówę. Równie dobrze mogliśmy kontynuować.
- To co? - Odezwałem się powoli, przenosząc wzrok na trzymaną butelkę - patrzyłem na nią przez parę sekund, po czym bez dalszych oporów wyciągnąłem ją w kierunku butelki Prudence, oferując jej rozwiązanie naszej sytuacji. Wystarczyło tylko, żeby dopięła je ze swojej strony, stuknięciem. - Sztama? - Nie naciskałem na ten nieoczekiwany rozejm po latach, ale bez wątpienia przerwanie ognia było najsłuszniejszym, co mogliśmy zrobić, żeby przeżyć najbliższe dni, a jeśli już mieliśmy w to iść, to równie dobrze mogliśmy nawet spróbować się polubić.
Kiedy powiedziała, że nie zna się na nożach i że to chyba nie jest jej domena, poczułem lekkie drżenie warg i uśmiech, który sam z siebie znowu wykrzywił mi usta. To właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo różnimy się w tym, co rozumiemy przez bezpieczeństwo i zagrożenie. Nie musiała przejmować się tymi samymi rzeczami, co ja - ja nie musiałem przejmować się jej domeną. No, może poza kilkoma sprawami związanymi z samopomocą medyczną, ale jak już ją poinformowałem - nie przykładałem wielkiej uwagi do tego, żeby postępować w zgodzie ze sztuką leczenia. Ważne było dla mnie to, żeby się zaleczyć - nie to, żeby zrobić to najlepiej, jak to możliwe.
- Athamé. - Uśmiechnąłem się mimo wszystko, chociaż na zewnątrz wyglądało to raczej na uśmiech pełen rezerwy, trochę wymuszony. Zamilkłem na chwilę, patrząc na nią, jakby próbując odgadnąć, czy rozumie, co mam na myśli. Wiedziałem, że jako ktoś, kto pracuje w medycynie, miała do czynienia z różnymi narzędziami, ale nie była specjalistką od broni czy ostrzy. Z drugiej strony, rytualne noże były częścią obrzędów w kowenach, których częścią często były osoby takie jak ona, więc pewnie miała o nich jakieś tam pojęcie. - Nie pytaj mnie, ploszę, o szczegóły, bo nie mam głowy do ściemnania. Jesztem jego kolejnym właszcisielem, taka tladysja, a popszedni nie był zbyt doblym bajaszem, więs nic nie wiem. Mógłbym ci powiedzieś, sze to do lytuałów, blablabla... I po plawsie, taka powinna byś jego funksja. Pszechodzi s mistsza na ucznia, po śmielci pielwszego, w momensie, w któlym tytuł zosztaje pszekasany. Pewnie kiedysz nawet sluszył jako coś więsej nisz jako lekwisyt, ale w międzyczaszie zaczął pełniś funksję otwielasza do butelek, młotka, ostszałki do plawdziwych noszy... Cholela, czego to on nie lobi... - Ambitnie pokiwałem głową, jakbym naprawdę był zachwycony wielofunkcyjnym użyciem tego cacka, chociaż to nie powstrzymało mnie przed tym, żeby dodać trochę niepoważną wtrętkę. - No, posa tym, sze nie biesze udziału w lytuałach. - Prychnąłem. Wiedziałem, że to jakiś sposób na odwrócenie uwagi, trochę z dezynwolturą wobec mojego martwego przyjaciela, trochę z ironią, jakbym chciał zbagatelizować pełne, znacznie bardziej ponure znaczenie tego, co powiedziałem, po czym od razu przeszedłem dalej.
Znowu prychnąłem z rozbawieniem - jasne - to, co powiedziała, miało w sobie ziarenko prawdy - wizualny aspekt był istotny, ale ludzie, którzy wyglądają groźnie, często są właśnie tacy, bo wiedzą, jak się bronić.
- Obwiesaś szię nimi od sztóp do głów? W szumie, to nie do końca głupi pomyszł, jeszli chces, szeby cię zostawili w szpokoju... W jakiejś isolatce, czy coś. - Odpowiedziałem lekko wzruszając ramionami. - Do obwieszenia się od stóp do głów musis dodaś jeszcze umiejętnoś pokasywania tego tylko w odpowiednich momentach. Bes tego, nawet s szetką ostszy, moszesz szię łatwo wyłoszyś. - Odpowiedziałem jej spokojnym, lekko ironicznym głosem.
Nie chciałem się kłócić o koleje losu, bycie we właściwym miejscu o właściwym czasie, przeznaczenie i tak dalej - nie miałem na to siły, nawet jeśli jej słowa zabrzmiały trochę jak wyzwanie i kiedyś pewnie na siłę starałbym się udowodnić Prudence, że się myli. Wzruszyłem ramionami, bo chociaż wiedziałem, że ona ma głębokie przekonanie o tej swojej racji, to w głębi duszy czułem, że to nie do końca tak działa. Przeznaczenie nie istniało - a jeśli istniało, to zdecydowanie dało się je zmienić, postępując nie w zgodzie z założeniami losu. Byłem tego chodzącym przykładem - przynajmniej w mojej własnej opinii, a i w oczach otoczenia pewnie także. Tyle zaprzepaszczonych szans i zmarnowanego potencjału... Nie zamierzałem jej jednak przekonywać, że wiara w przeznaczenie to bujda, bo wystarczy jedna nieprzewidywalna decyzja, żeby je odmienić, bo wiedziałem, że to nie ma sensu. Każdy ma swoje przekonania, swoje sposoby radzenia sobie z rzeczywistością - a osoby z jej predyspozycjami mózgowymi z pewnością mają dużo okazji, by je rozbudowywać.
Odnosząc się do jej słów o chorobie Milforda, skinąłem głową, słuchając uważnie. Wiedziałem, że to, co powiedziała, jest szczere, bo jej twarz nie ukrywała żadnych emocji, tylko czyste, chociaż trochę zagubione spojrzenie. Patrząc na nią, miałem w głowie tysiące myśli, które próbowałem poukładać w spójną całość, chociaż w głębi serca wiedziałem, że to, co mówiła, to tylko kolejny kawałek układanki, którą próbowałem rozgryźć w czasach szkolnych, zanim nie dałem sobie z tym spokoju, wybierając jawną niechęć. Teraz natomiast nie czułem się tak, jakbym mógł zadawać jej setki pytań na ten temat, bo po co mi była ta wiedza...
- To muszi byś wyszelpujące. - Powiedziałem, z wahaniem, starając się wyobrazić sobie, jak to musi wyglądać z jej perspektywy - od razu przypomniałem sobie te chwile, kiedy ją taką widziałem - jej odklejenie, ten moment, kiedy była jakby trochę obok, jakby jej głowa była w innym miejscu. To było smutne, a zarazem trudne do zrozumienia, jak ktoś może żyć z takim ciężarem i jednocześnie próbować normalnie funkcjonować. Wiedziałem, że jej słowa o tym, że to męczące, i o tym, że można się do tego przyzwyczaić, były szczere. Tak po prawdzie, nie czułem od niej nieszczerości w naszych ostatnich rozmowach - w żadnym momencie. Dogadywaliśmy się lepiej niż kiedykolwiek.
- Znowu oseniasz mnie po wysinku zachowania, Bletchley? - Nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie powiedzieć, chociaż w moim tonie zabrzmiała żartobliwa lekkość - to nie było czepianie się słówek, ale jednocześnie musiałem dać jej znać, że nie popieram takiego zachowania. Tym bardziej, że zaraz przeszła do rozwinięcia swojej myśli...
Przyglądałem się jej z mieszanką niedowierzania i czegoś na kształt rezygnacji - głowie kłębiły mi się wspomnienia, obrazy sprzed lat, te chwile, kiedy wierzyłem, że wszystko jest proste, a życie to tylko jedna, wielka gra. Mimo to, wiedziałem też, że z każdym słowem, które wypowiadała, odsuwała się od prawdy, którą ja znałem od dawna, i to właśnie mnie zaczynało wkurwiać. Nie przywiązywałem zbyt głębokiej wagi do tego, że życie to ciąg wyborów i decyzji mających swoje długofalowe konsekwencje, ale nie byłem, kurwa, aż takim nieczułym draniem. Wydawało mi się jasne, że mimo wszystko nie miała mnie wtedy za kogoś takiego. Teraz jednak, siedząc naprzeciw niej i słysząc takie wypowiedzi, czułem, jak wszystko się komplikuje. Zaczęliśmy rozmawiać, powiedzieliśmy sobie kilka rzeczy, gdy sądziliśmy, że się nie znamy, teraz kontynuowaliśmy rozmowę z tą nową perspektywą. Dawne schematy zaczynały się kruszyć, ustępując miejsca nieznanemu - a więc niepewności i nerwowości. Tak - to prawda, nie wiedziałem wtedy wszystkiego, ale to, co widziałem, i tak było już zbyt wyraźne, by można było je zignorować. Potrzebowała mojej pomocy, zareagowałem instynktownie, historia potoczyła się dalej. Stało się. Powinniśmy skończyć na tym te rozważania, ale nie... Musiała dodać coś, co było zupełnie nie na miejscu - nie powstrzymała się od komentarza, chociaż może to i dobrze, bo przynajmniej byliśmy wobec siebie szczerzy, ale i tak zabolało. Wjechała we mnie z subtelnością buldożera - na pełnej kurwie sugerując swoją opinię odnośnie podstaw mojego zachowania.
Poprawiłem się na miejscu, czując, jak w moich oczach pojawia się chłód i zdystansowanie, które w dalszym ciągu ukrywałem pod maską swobodnego, ironicznego uśmiechu. Odpowiedziałem, próbując zachować luz, chociaż w głębi czułem, jak ta rozmowa powoli zaczyna mnie wyczerpywać. W jej słowach usłyszałem coś, co mnie zirytowało, ale i jednocześnie wiedziałem, że rozdrażniło mnie to nie bez powodu - zdawałem sobie sprawę, że to, co mówi, jest szczere i ma swoje głębokie podstawy. Naprawdę mogła sądzić, że jestem aż takim dupkiem.
- Nie. - Zabrzmiałem trochę ostrzej, niż zakładałem, gdy spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, unosząc brwi. Przytkało mnie i nawet nie próbowałem tego ukryć, bo takie założenie wyjątkowo mocno we mnie godziło - nie spodziewałem się usłyszeć od niej czegoś takiego, nawet biorąc pod uwagę nasze dawne relacje, co dosyć jasno i mocno sugerowało, za kogo mnie tak naprawdę uważała. Starałem się nie skrzywić, ale posłałem jej urażone spojrzenie, kręcąc głową spode łba. - Na oba pytania będzie taka sama odpowieś. - Powiedziałem, zerkając na Prudence, próbując odczytać coś z jej twarzy, choć w tym półmroku trudno było się czegokolwiek dopatrzeć. O ile pytanie o to, czy od początku ją skojarzyłem miało jakiś sens, o tyle zasugerowanie mi, że mogłem chcieć ją zostawić na pastwę losu, bo była tym, kim była było... Nie na miejscu, obrzydliwe założenie. - Nie i nie. Nie wiedziałem, sze ty to ty, ale gdybym wiedział, to nic by nie zmieniło. Jesztem kutafonem, byłem kutafonem, będę kutafonem, ale nie asz takim, wies. Nie lubimy szię, jasne, ale nie musis od lasu zakładaś, sze cię nienawidzę i nigdy bym ci nie pomógł. - Z westchnieniem, próbując nie brzmieć ostro, sięgnąłem po własną butelkę, uniosłem ją do ust i pociągnąłem głęboki łyk bourbonu, czując, jak gorzki smak rozlewa się po języku. - Nie życzę ci śmielsi. Pomógłbym ci na kaszdym etapie naszej lelasji, chośby dla Eliasa. - Odwróciłem się na chwilę, spojrzałem na surowe, wystające belki sufitowe i wilgotnawe kamienie, przełykając ślinę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mógłbym żałować - odniesienie się do pomocy ze względu na przyjaciela było dobrym rozwiązaniem, to był na tyle gładki wykręt, że nie mogła go podważyć, więc nie miała podstaw do tego, żeby go nadmiernie analizować - i tak było najlepiej, bo mój stosunek do niej od zawsze był bardziej skomplikowany, niż powinien być. Natomiast nie musieliśmy o tym teraz rozmawiać - wystarczyło, że na pewno to wtedy wiedziała. Po co rozdrapywać dawne rany i posypywać je solą, skoro to już bez znaczenia? Fakt faktem - nawet wtedy, kiedy oboje całkowicie się znielubiliśmy, osiągając w tym wzajemność, nie przeszedłbym obojętnie wobec takich wydarzeń.
Wbiłem wzrok w pajęczynę w rogu sufitu, dochodząc do wniosku, że tak - ta piwnica była słabym miejscem na spotkanie, ale dla nas była lepsza niż konieczność wyciągania tych tematów bardziej publicznie. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu robić to z zaskoczenia, tu i teraz, a nie przy reszcie ludzi. Wciąż nie rozumiałem, jak to się stało, że tu razem trafiliśmy, a wcześniej przypadkowo dwukrotnie spotkaliśmy się po tylu latach i najwyraźniej żadne z nas nie poznało tego drugiego, dopóki nie zostało uświadomione, z kim ma do czynienia, ale nie miałem zamiaru tego przesadnie rozkminiać. Moja odpowiedź była jednoznaczna - nie żałowałem tamtej pomocy i nie oczekiwałem nic w związku z nią - wystarczyło, że była tu i jeszcze żyła, mimo że świat wokół nas się rozpadał. Odsunąłem butelkę od ust, patrząc na nią z tym swoim neutralnym spojrzeniem.
- Miałem wlaszenie, sze szię skądś znamy, ale nie wiedziałem, skąd... Posa tym minęło piętnaście lat, odkąd ostatni las byłem w klaju, a ty mówiłaś, sze jeszteś tu poniekąd uwiąsana... Laszej sądziłem, sze to pszypadkowe podobieństwo do kogoś, gdzieś posnanego. Dopielo Ambloise mi powiesiał. Wisiał nas wtedy na ulisy, uszwiadomił mnie jeszce w Londynie, Eliasza zlestą tesz, tak samo, jak całą lesztę, oplusz Colneliusa, więs... - Rozłożyłem ręce, wzruszając ramionami. - Plawdopodobnie powinnaś udawaś, sze wiedziałaś, gdy skoszystałaś s mojej pomosy, dzięki temu w jednym kawałku dotarliszmy do ministelstwa i tyle. Nikt nie wie, co szię wydaszyło. Sądzą, sze nie ma nic do opowiadania. Niech tak zosztanie, m'kay? - Dodałem, z ironicznym uśmiechem, próbując ukryć, jak bardzo mnie to wszystko męczy - cała ta rozmowa w tym wydaniu. Zdecydowanie wolałem, gdy uważałem ją za nieznajomą. Z drugiej strony - tamte chwile udowodniły nam, że możemy ze sobą jakoś rozmawiać, bez dawnych chujowych schematów...
No właśnie, może miała rację - nie powinniśmy powielać chujowych schematów, wracać do starego zachowania, choć łatwiej powiedzieć niż zrobić... Ja sam nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać po tym spotkaniu i po finalnym efekcie, i to trochę wybijało mnie z równowagi. Gdzieś z tyłu głowy miałem świadomość, że nadal mogliśmy mimowolnie wrócić na ścieżkę wojenną, nawet jeśli wiedziałem, iż nie powinniśmy tego rozgrywać na nowo - nie powinniśmy się zagłębiać w te dawne schematy. Ba, w głębi serca czułem, jak coś we mnie się wyrywa w kierunku tamtego zachowania, jakby te wspomnienia, te dawne uczucia, wciąż jeszcze miały jakiś wpływ. Już raz jej się odszczekałem - przed chwilą - wtedy, gdy tak śmiało założyła, że mógłbym nie chcieć jej pomóc. Poza tym trudno mi było przed sobą ukryć, że mimo wszystko, trochę irytowało mnie to, że Prudence potrafiła wygłaszać swoje prawdy i zachować się przy tym tak spokojnie, jakby nie czuła tej ogromnej góry emocji, która na pewno się w niej kotłowała. Ja sam musiałem wkładać bardzo dużo energii w to, żeby zachować pokerową twarz, choć miałem tę przewagę, że od początku miałem świadomość, o czym będziemy rozmawiać i że ta rozmowa, jeśli kiedyś się odbędzie, będzie trudna. I była...
- Nie musis szię obawiaś. Nie będę cię ciągaś za walkosze, jusz mi pszeszło. - Uśmiechnąłem się pod nosem, chociaż może trochę bez przekonania, i raczej bez rozbawienia - to było mało śmieszne, w obliczu tego wszystkiego, co ze sobą przeszliśmy. W młodości raczej nie ograniczałem się do niewinnego pociągania Prudence za włosy, w innym wypadku nie byłoby między nami tak źle, jak było w rzeczywistości. Mój poziom był znacznie, znacznie gorszy - dużo bardziej wyrachowany, momentami naprawdę obrzydliwie przykry. Byłem tego świadomy, zwłaszcza po latach. Z drugiej strony - ona też rzeczywiście nie była mi tak do końca dłużna. Jednocześnie zaskoczyło mnie to, że tak otwarcie się do tego teraz przyznała, i zupełnie nie zdziwiło mnie to, że jej zachowania nie były nieświadome. Wiedziała - musiała wiedzieć, skoro teraz to potwierdzała. Nie wiedziałem tylko, czemu postanowiła to tak wyciągnąć. Uśmiechnąłem się pod nosem, lekko kręcąc głową.
- No, co ty nie powies... Szkąd takie wnioski? - Spojrzałem na nią z lekko niedowierzającym spojrzeniem, po czym prychnąłem. To, że dziwiło mnie, że jeszcze tu jest i nadal ze mną rozmawia, nie oznaczało, iż nie mogłem sobie pozwolić na trochę sarkastycznych wtrętek. Bez nich nie byłbym sobą, to akurat nie miało prawa się zmienić - na pewno zdawała sobie z tego sprawę, bo rozmawialiśmy w ten sposób już w trakcie pożarów. Nie chciałem jej ponownie oceniać przez tamten pryzmat, ale w przeszłości trudno było nie zauważyć, że coś się między nami nie klei. Nawet jeśli nigdy mi nie powiedziała, co to tak właściwie było. Ciągle miałem wrażenie, że jej spojrzenie gdzieś uciekało, kiedy się zbliżałem. Zaczynała się robić zimna, zdystansowana, zadzierała nosa, a na każdą próbę rozmowy reagowała, jakby zaraz po jej zakończeniu zamierzała iść brać prysznic. To było upokarzające - zwłaszcza z perspektywy kogoś, kto nie miał tak z nikim innym. Na ogół byłem lubiany, i nawet jeśli potrafiłem zachodzić ludziom za skórę, to traktowali mnie raczej jako nieszkodliwego pajaca, nie jak plagę egipską. Mimo wszystko, początkowo starałem się zachować spokój i nie odpuszczać tak łatwo, bo naprawdę mi się wtedy podobała, dopiero z czasem widząc, jak wydaje się być wyjątkowo ostentacyjnie obojętna na moje słowa, zacząłem irytować się na każdą okoliczność interakcji.
- No, nie byłasz najbaldziej humanitalna. - Uśmiechnąłem się pod nosem, próbując ukryć tę nutę złośliwości, choć w głębi wiedziałem, że wcale nie muszę się starać - ona i tak znała moje podejście z końca tamtych czasów. Poza tym, jak zwykle, nie potrafiłem się powstrzymać - musiałem powiedzieć coś, co także podkreśliłoby, że znam ją lepiej, niż się wydaje, i że jej gra była mi znana. W pewnym momencie nie miałem innego wyjścia, jak zrozumieć to, że naprawdę mocno mnie, kurwa, nie chciała, ale nie zamierzała tego mówić wprost, tylko wybierała bycie ostentacyjnie, niemiłosiernie lodowatą i odpychającą - jednym słowem - niehumanitarną. Poza tym nie chciałem wdawać się w głębszą dyskusję na ten temat, bo nie chciałem pytać o powody, nawet po latach wolałem nie wiedzieć, dlaczego - to nie było coś, co naprawiłoby nasze relacje, a nawet wręcz przeciwnie - nie ulżyłoby mi, gdyby mi powiedziała, co tak właściwie było główną przyczyną takiego zachowania. Raczej by mi się to nie spodobało.
- No tak, kalma to suka. S dlugiej stlony, szycie szadko kiedy jest jak film, gdzie wsystko końszy się happy endem. To pszywilej nielicznych... - Podsumowałem, wzruszając ramionami - taka prawda, trudno było tego nie zauważyć, znajdując się w takiej, a nie innej pozycji.
Spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, unosząc brwi.
- Pół butelki i tyle? - Powtórzyłem po niej, pociągając łyk bourbonu z własnej butelki. Smak był mocny, gorzki, ale jak zwykle - po kilku głębszych wchodził naprawdę dobrze. Na pewno zdecydowanie lepiej niż pół butelki wina. Obracając papierosa w palcach, spojrzałem na nią sceptycznie, kręcąc głową. - Butelka domowego wina to tyle, co nic. Tyle to stszelają debiutantki, by pszydaś sobie kulaszu... No, weś, skolo tu zosztajemy, to chociasz wstydu oszczędź. - Powiedziałem cicho, patrząc na nią, z wyczuwalnym powątpiewaniem. Ta półpełna butelka wina, którą Prudence jeszcze trzymała w ręku, to naprawdę było mało co. Spojrzałem na kobietę jeszcze raz, próbując odgadnąć, czy ona naprawdę chce tu tkwić, czy może tylko tak mówiła, bo nie miała wyboru. Wilgoć w powietrzu, chłód, który wbijał się pod ubranie, drażnił skórę - to nie było miejsce, gdzie można się zapodziać na dłużej. Siedzenie tu na tylko po to, żeby wypić, ale nie czuć przynajmniej drobnego ruszyły, było słabym pomysłem. Przyglądając jej się jeszcze przez chwilę, wzruszyłem jednak ramionami, bo przecież nie zamierzałem jej mówić, co ma robić - było już za późno, żeby cofnąć pozwolenie na wspólną posiadówę. Równie dobrze mogliśmy kontynuować.
- To co? - Odezwałem się powoli, przenosząc wzrok na trzymaną butelkę - patrzyłem na nią przez parę sekund, po czym bez dalszych oporów wyciągnąłem ją w kierunku butelki Prudence, oferując jej rozwiązanie naszej sytuacji. Wystarczyło tylko, żeby dopięła je ze swojej strony, stuknięciem. - Sztama? - Nie naciskałem na ten nieoczekiwany rozejm po latach, ale bez wątpienia przerwanie ognia było najsłuszniejszym, co mogliśmy zrobić, żeby przeżyć najbliższe dni, a jeśli już mieliśmy w to iść, to równie dobrze mogliśmy nawet spróbować się polubić.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)