22.04.2025, 22:21 ✶
Jednak nie zaiskrzyło. Panna nie złapała mojego jakże wyrafinowanego humoru magipsychiatry. Uśmiechnąłem się lekko, nie dając po sobie poznać, że moje ego zostało delikatnie dźgnięte, po czym osłoniłem Lilkę bardziej połami mojej marynarki.
– Ona nie jest dziwna, tylko przerażona. Wybiegliśmy z domu w pośpiechu… – zauważyłem. Poza tym... resztę chyba widziała, prawda?! Z każdej strony świat walił się nam na głowy, a ja musiałem się jak najszybciej ewakuować. Punkt zbiórki był jasny – Exmoor. W ekstremalnych sytuacjach to tam mieliśmy się szukać. A pożar Londynu? Cóż, myślę, że do takich sytuacji można go śmiało zaliczyć. Problem był tylko jeden: miałem ze sobą dwa kociaki. Teleportacja nie wchodziła w grę. Niestety.
Quidditch… Pokiwałem głową z potwierdzeniem, ale mimo wszystko zmierzyłem ją uważnie wzrokiem. Zacząłem grzebać w pamięci, żeby przypisać jej jakąś bardziej konkretną etykietę. No tak. Faktycznie. Heather Wood. Dosyć kontrowersyjna postać w świecie magicznego sportu. Raczej wyleciała z gniazda Harpii z Holyhead, niż do niego wleciała. Ponoć sama zrezygnowała... Może to była niedojrzała decyzja gówniary, może akt wolności. Tak naprawdę nie znałem jej. Może miała inne powołanie? Jako pani Krawężnikowa?
– Nie panikuję. To był... żart sytuacyjny. Przynajmniej na razie nie panikuję – stwierdziłem z niewinnym uśmiechem, choć kątem oka znów zerknąłem przez ramię. Dymu nie widziałem, ale miałem wrażenie, że zaraz wychynie zza zakrętu. Ta panika… mogła się jeszcze pojawić. Ale nie teraz. Teraz się trzymałem, próbując nerwy przykryć kołderką z głupich żarcików.
– Świetnie. Pracuję w Lecznicy Dusz. Ekspert... z tendencją do uciekania przed pożarami, które chcą mnie spopielić. Potrzebuję się wydostać z Londynu. Z tymi dwiema pociechami. Mamy jakieś bezpieczne opcje? – zapytałem, patrząc na nią z nadzieją. Wspominała, że chciała pomóc. Tak na dobrą sprawę, może chciała pomóc w zapanowaniu nad paniką, ale skoro jeszcze jej nie miałem, może uda jej się ustrzec mnie przed jej pojawieniem się.
Tyle że… wtedy właśnie spojrzałem na płomienie za jej plecami i zamarłem.
Zdrajcy. – To powtarzał dym. W kółko. Ich głosy. Ich szepty. One po mnie szły. Dorwą mnie, jeśli dalej będę na ich drodze.
Zamrugałem gwałtownie. Zejść z drogi. Zejść z ich drogi. Musiałem… musiałem zniknąć. Musiałem zejść z ich drogi.
– Myślę, że jak najszybciej – mruknąłem bardziej do siebie niż do niej, ściskając mocniej Lilkę w ramionach. Pan Puszek przestąpił z łapy na łapę, jakby też zaczynał coś wyczuwać. Zapewne bardziej moją nerwowość niż wymyślony przez mój umysł dym.
– Ona nie jest dziwna, tylko przerażona. Wybiegliśmy z domu w pośpiechu… – zauważyłem. Poza tym... resztę chyba widziała, prawda?! Z każdej strony świat walił się nam na głowy, a ja musiałem się jak najszybciej ewakuować. Punkt zbiórki był jasny – Exmoor. W ekstremalnych sytuacjach to tam mieliśmy się szukać. A pożar Londynu? Cóż, myślę, że do takich sytuacji można go śmiało zaliczyć. Problem był tylko jeden: miałem ze sobą dwa kociaki. Teleportacja nie wchodziła w grę. Niestety.
Quidditch… Pokiwałem głową z potwierdzeniem, ale mimo wszystko zmierzyłem ją uważnie wzrokiem. Zacząłem grzebać w pamięci, żeby przypisać jej jakąś bardziej konkretną etykietę. No tak. Faktycznie. Heather Wood. Dosyć kontrowersyjna postać w świecie magicznego sportu. Raczej wyleciała z gniazda Harpii z Holyhead, niż do niego wleciała. Ponoć sama zrezygnowała... Może to była niedojrzała decyzja gówniary, może akt wolności. Tak naprawdę nie znałem jej. Może miała inne powołanie? Jako pani Krawężnikowa?
– Nie panikuję. To był... żart sytuacyjny. Przynajmniej na razie nie panikuję – stwierdziłem z niewinnym uśmiechem, choć kątem oka znów zerknąłem przez ramię. Dymu nie widziałem, ale miałem wrażenie, że zaraz wychynie zza zakrętu. Ta panika… mogła się jeszcze pojawić. Ale nie teraz. Teraz się trzymałem, próbując nerwy przykryć kołderką z głupich żarcików.
– Świetnie. Pracuję w Lecznicy Dusz. Ekspert... z tendencją do uciekania przed pożarami, które chcą mnie spopielić. Potrzebuję się wydostać z Londynu. Z tymi dwiema pociechami. Mamy jakieś bezpieczne opcje? – zapytałem, patrząc na nią z nadzieją. Wspominała, że chciała pomóc. Tak na dobrą sprawę, może chciała pomóc w zapanowaniu nad paniką, ale skoro jeszcze jej nie miałem, może uda jej się ustrzec mnie przed jej pojawieniem się.
Tyle że… wtedy właśnie spojrzałem na płomienie za jej plecami i zamarłem.
Zdrajcy. – To powtarzał dym. W kółko. Ich głosy. Ich szepty. One po mnie szły. Dorwą mnie, jeśli dalej będę na ich drodze.
Zamrugałem gwałtownie. Zejść z drogi. Zejść z ich drogi. Musiałem… musiałem zniknąć. Musiałem zejść z ich drogi.
– Myślę, że jak najszybciej – mruknąłem bardziej do siebie niż do niej, ściskając mocniej Lilkę w ramionach. Pan Puszek przestąpił z łapy na łapę, jakby też zaczynał coś wyczuwać. Zapewne bardziej moją nerwowość niż wymyślony przez mój umysł dym.