• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence

[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
22.04.2025, 23:04  ✶  
Athamé - Prudence brzmiała tak, jakby dobrze wiedziała, o czym mówię, więc nie uciekłem się do tego, by wyjaśniać jej znaczenie tego sztyletu czy tam noża - a było naprawdę wiele różnych wersji tego cacka. Nic dziwnego, że nie od razu go rozpoznała. Było ciemno, a przedmiot, który jeszcze przed chwilą znajdował się w moich dłoniach był trochę inny od tych powszechnie widywanych. Bez wahania przesunąłem go ręką po podłodze w kierunku buta kobiety - tak, by mogła mu się przyjrzeć, jeśli chciała.
- Większoś nowych pewnie szię nie nadaje. Na pszykład ten, któly mam ofisjalnie do tego zadania, pewnie szybko by szię zniszczył, ale ten tutaj, jak jusz mówiłem, jeszt dosyś staly i... Spesyfiszny. Pszekasywany s pokolenia na pokolenie pszysposobionych paliasów. - Wyjaśniłem, jednocześnie rzuciwszy okiem na wspomniany przedmiot, wzruszając ramionami. - Musi byś inny. - Stwierdziłem, skupiając się na reszcie wypowiedzi, którą do mnie wygłosiła - mniej więcej w połowie nieznacznie wywróciłem oczami. No, jasne - oczywiście, że powiedziała coś takiego. - Mamy kilka dni, wies, więc jeszli będzies miła, to mosze nawet pokaszę ci kilka pszydatnych sztuszech. - Nie łudziłem się, że zbyt wiele z tego wyniesie, ani tak naprawdę, nie wiedziałem, czy po naszej rozmowie nadal będzie chciała spędzać ze mną jakikolwiek czas - ba, ja też nie wiedziałem, czy zechcę go spędzać z nią, ale to nie powstrzymało mnie przed robieniem dosyć śmiałych założeń. Chwilowo naprawdę dobrze nam się rozmawiało - przynajmniej do momentu, gdy mnie nie obraziła.
- Zlusuj, powiesiałaś dokładnie to, co chciałaś powiesieś. Obiesaliśmy szobie szczelość, jak szię jeszcze pszyjaśniliśmy, nie? - Nie od razu zareagowałem, tylko jeszcze przez chwilę patrzyłem na nią, próbując zrozumieć, co dokładnie miała na myśli - dawna Prue zdecydowanie by mnie nie teraz nie przepraszała, więc wyczuwałem w tym jakiś podstęp - tyle tylko, że chyba go nie było. To były tylko moje zamierzchłe doświadczenia, a te mieliśmy odstawić na bok, więc wypadało, bym wyjął kija z dupy. To nie była taka znowu przykra niespodzianka, że założyła coś na mój temat, a potem to zweryfikowała... - Chciałaś mnie tym ugodziś, bo zaczęłaś walczyś o swoje... - Podsunąłem jej ten całkiem wygodny argument, skwitowawszy to wzruszeniem ramionami, jakby wcale, a wcale nie zrobiło mi to żadnej przykrości - dosyć szybko przechodziłem do porządku dziennego z takimi sytuacjami. To nie był pierwszy raz, gdy krzywdziła mnie kobieta, na której zainteresowaniu mi kiedyś zależało. Poza tym Prudence w przeszłości robiła to dosyć regularnie - raz za razem przechadzała się z butami po mojej pewności siebie, depcząc ją i wycierając sobie o nią podeszwy, dopóki nie postanowiłem, że mam dosyć tego układu sił i nie odpuściłem prób poderwania jej, czy nawet zakolegowania się z nią. Nie wiedziałem, z czego wynika to jej zachowanie, bo z początku naprawdę nie robiłem nic, co uważałabym za złe - starałem się być miły, może się do niej nie umizgiwałem, ale próbowałem być kimś więcej, niż tylko kolegą jej brata bliźniaka. Tylko po pewnym czasie dotarło do mnie, że to od samego początku było nacechowane w jakiś dziwny sposób - nigdy nie było między nami tak naprawdę dobrze, ani przez chwilę nie byliśmy nawet na stopie towarzyskiej, a potem wszystko potoczyło się samo - nasza relacja wykoleiła się mniej więcej po trzech czwartych szkoły, gdy przestałem próbować szarpać za hamulec awaryjny, tylko stwierdziłem, że cokolwiek robię - robię to źle. Prudence spojrzała na mnie z tym swoim specyficznym, nieco poważnym spojrzeniem, które chyba miało coś zmienić w tym odbiorze sytuacji, ale ja tylko wzruszyłem ramionami.
- Zalasłaś mi za skólę, ale potszeba znasznie więsej, szebym mógł cię nienawidziś. Znasznie, znasznie więsej. - Wreszcie, z lekkim rozbawieniem, odchrząknąłem, przenosząc wzrok na kobietę i posyłając jej nieprzeniknione spojrzenie. - Myślę, sze nawet balsiej nisz pszyklo. - Sprostowałem, ponieważ nie do końca odpowiadało mi to, do czego sprowadziła podobną tragedię - jasne, ja sam też mogłem śmiać się z własnej rychłej śmierci, mieć do niej bardzo luźne podejście, ale tu była między nami naprawdę diametralna różnica - za nią miałby, kto płakać, rodzina by za nią rozpaczała, otoczenie na pewno by o niej wspominało, to naprawdę byłby dla kogoś osobisty dramat. Po mnie? Nie było już nikogo, kto zwróciłby na to uwagę - nie miałem złudzeń, nawet przyjaciele nie wiedzieliby, że zginąłem. Po prostu nagle przestałbym pisać i zniknąłbym w piaskach zapomnienia - mogliby się tylko zastanawiać, ale nie byłoby żadnej oficjalnej żałoby. No, cóż - sam się pisałem na takie życie, to nie była żadna trudna filozofia, wiedziałem o tym od bardzo dawna.
- Czy ja wiem... Nie wyglądał na zdziwionego, ale to tesz była taka sytuasja, któla laszej nie spszyjała wymianie spostszeszeń, wies... - Odparłem, nie czując potrzeby owijania w bawełnę - z tego, czego się dowiedziałem, Prudence w tym momencie utrzymywała kontakt z Greengrassem, znała go prawdopodobnie po części tak dobrze, jak ja, a po tylu latach - co było dla mnie dosyć trudne do przełknięcia - może po pewnej części nawet lepiej, więc nie miałem tu wiele do dodania. - Po plostu spytał, gdzie jeszteś i czy jeszteś bespieszna. - Dodałem zgodnie z prawdą, nie chcąc wnikać w to, że mnie to zaskoczyło, bo na samym początku nie miałem pojęcia, że Roise kieruje swoje słowa do mnie. Kiedy to do mnie dotarło, musiałem włożyć naprawdę dużo energii w to, by nie okazywać zmieszania - to nie był najlepszy moment, żeby dowiedzieć się detali na temat tego, kim była moja towarzyszka. Tym bardziej, że nadal miałem całkiem miłe odczucia po końcówce naszego spotkania - te same, które teraz się już zupełnie rozwiewały, bo chociaż nie miałem złudzeń, że nie mam podjazdu do kogoś tego pokroju, to jednak miło było pomyśleć, że taka osoba okazała mi cień niewymuszonego zainteresowania... Ale że to była Prudence Bletchley... No, cóż.
- Twojego blata? - Podsunąłem, bo wydawało mi się, że Elias może być osobą, która spyta o okoliczności naszego spotkania i wtedy wypadałoby, żebyśmy byli jednomyślni w wersji, jaką mu przedstawimy. Ta ze spotkaniem, rozpoznaniem się i współpracą była najwygodniejsza - a nawet mijała się aż tak bardzo z prawdą. Tylko trochę, więc mogliśmy ją tak przedstawiać, nie uciekając się do wierutnego kłamstwa - zakrzywianie rzeczywistości to była moja specjalność, przez lata, więc to miało ręce i nogi.
- Chamski, letni podlyw, nie? No, kto by pomyszlał, sze mosze byś chamski i skończyś szię w ten szposób... - Cmoknąłem z nutką niedowierzania, unosząc brwi i posyłając wymowne spojrzenie na Prudence, nawet jeśli prawdopodobnie nie widziała tego zbyt dobrze. No, cóż. Minęło tyle lat - doszliśmy do tego, że doskonale zdawała sobie z tego sprawę, więc to nie był żart nie na miejscu. Nie miałem wrażenia, że mówię coś wyjątkowo kontrowersyjnego - to było już bez znaczenia, tak samo jak tamten pocałunek pod ministerstwem.
- No, co ty... Zajebisie nam idzie. - Zwłaszcza ukrywanie sarkazmu szło mi teraz naprawdę zajebiście, normalnie, jakbym był ekspertem - tyle tylko, że po paru głębszych, gdy język jeszcze mi się nie plątał, ale głowa była już trochę lżejsza, a więc łatwiej formułowało mi się takie zdania. Miałem niezaprzeczalną tendencję do wyszydzania sytuacji, naśmiewałem się z rzeczywistości - co mi innego pozostało. To była najlepsza i najmniej druzgocąca forma autoterapii. Sprowadzenie wszystkiego do żartu nic nie kosztuje...
- Wiem, sze tu jeszt ciemno, ale zdlasę ci sekret, m'kay? - Spytałem zupełnie bez powagi w głosie, nachylając się w bok - ku kobiecie, żeby oświecić ją w tym, co już na pewno wiedziała, a co nieodmiennie mnie bawiło, bo było nie tyle częścią mojego imidżu, co założeń ludzi dookoła - szczególnie kobiet i zazdrosnych facetów. - Tak jakby jesztem bad boyem, bébé, splowadzanie dziewcząt, panien w kaszdym wieku, na złą ścieszkę to zalasem mój główny cel w szysiu i jedyna cecha chalaktelu. Jesztem płytki jak kałusza, zmęszysz szię mną po kilku minutach monologu s okasjonalnym chamskim, letnim fliltem, ale pszynajmniej wyglądam hot, więs kto by szię tym pszejmował... - Zacmokałem, jak przystało na rasowego fircyka, babiarza, człowieka tak płytkiego, że trudno było dopatrywać się w nim jakiejkolwiek głębi - za to mającego konwencjonalnie atrakcyjny ryj, prawie dwa metry wzrostu i mogącego mieć całkiem dużego kutasa. - Helen s kszięgowości spłonie s zaszdlości. Przytaknąłem sobie samemu, kiwając głową z miną eksperta - poniekąd nim byłem, miałem tę wszystkie przeszłe doświadczenia z kobietami zainteresowanymi mną tylko pod kątem seksualnym albo jako pieska do pokazania, ewentualnie, jako obiektu badawczego do przetestowania swoich umiejętności terapeutyczno-naprawczych. Mogłem posunąć się do rzucania takimi komentarzami, to było bardzo na miejscu - co prawda nie wiedziałem, co ona uważa na ten temat, ale czy tak naprawdę mnie to obchodziło? No, niekoniecznie. Nasza dotychczasowa interakcja szła lepiej, niż zakładałem, chyba nie miała już takiego kija w dupie, więc ja też trochę zacząłem się rozluźniać. Na zewnątrz nic się nie zmieniło, ale od środka rzeczywiście zluzowałem - w moim zachowaniu było więcej szczerych reakcji, mniej grania wyluzowanego.
- Ok, zgoda... A nawet więsej. Mam dobly dzień, więc lozszeszę ofeltę... Jak dopijesz tszy, to pokaszę ci, jak ominąś główne wejsie. Dwa wina i dwusetka czegoś mosniejszego i będziesz wiesieś, gdzie koczowaś, szukająs szpokoju od posostałych... Ale to dlugie to muszi byś coś lepszego, bo... Daj szpokój, Pludence, kiedy osztatnio miałaś okasję piś wino o waltości twojej wypłaty i móc spokojnie sztwieldziś, sze smakuje, jak szczyny hipoglyfa, a potem zapiś to małpką? - Mówiąc to, trochę przechyliłem butelkę, żeby dokonać dzieła i stuknąć się z nią flaszkami. Właśnie nawiązaliśmy oficjalny rozejm, chociaż jeszcze nie do końca wiedziałem, czy to nie tylko chwilowy spokój, czy naprawdę udało się odpuścić dawne urazy. W pewnym momencie, z rozbawieniem, odgiąłem głowę do tyłu, w końcu wtykając sobie między wargi fajkę, którą mnie poczęstowała, tłumiąc śmiech i sięgając po zapalniczkę niemal w tym samym momencie, w którym ona zrobiła to ze swoją. Czułem, jak dym powoli wypełnia moje płuca, a w głowie pojawiła się jakaś dziwna lekkość.
- Co? - Spytałem w pierwszej chwili, by zaraz sam sobie odpowiedzieć, z zewnątrz kwitując to prychnięciem pod nosem - tym razem był to jednak wyraz rozbawienia, nawet jeśli oszczędny. Nie spodziewałem się tego, nie wierzyłem, że kiedykolwiek do tego dojdzie, ale tutaj, w tej chłodnej, trochę zapyziałej piwnicy, wśród butelek alkoholu i zapachu wilgoci i kurzu, wszystko wydało się możliwe. Wcisnąłem fajkę głębiej między wargi, próbując opanować rozbawienie, ale w momencie, gdy dotarło do mnie pełne znaczenie tych trzech słów, które usłyszałem z jej ust, poczułem, jak coś się we mnie przełamało - wybuchłem śmiechem. Nie trwał długo, szybko przeszedł w kaszel - ten, który towarzyszył mi od pamiętnej nocy pożarów - ale był całkiem szczery i niewymuszony. - Uwaszaj, bo jesce mnie polubisz, a sztąd jeden klok do pszyjaśni. - Zagroziłem, mimo tego, że raczej nie sądziłem, byśmy musieli przejmować się takimi efektami tego naszego porozumienia, skoro miało potrwać tylko kilka dni, a potem w dalszym ciągu planowałem się stąd zwijać. Miałem w planach wyjazd poza Wielką Brytanię, bo po prawdzie - nic mnie tu nie trzymało, sam to sobie udowodniłem, wreszcie zmierzyłem się z długo odwlekanym zahaczeniem o ojczyznę i to, co w niej zastałem, okazało się mijać zarówno z moimi oczekiwaniami, jak i z obawami. Uświadomienie sobie tego, że nic mnie już nie wiąże z tym krajem było równie przykre, co odkupiające. Z każdym mijającym dniem coraz bardziej uświadamiałem sobie, że Stany, przynajmniej od dekady z półtorej, były mi dużo bliższe niż Wyspy Brytyjskie. Nic dziwnego - to tam spędziłem większość dorosłego życia, to tamto miejsce ukształtowało obecnego mnie, to tam chciałem wrócić - może z paroma przystankami po drodze, żeby wykorzystać pobyt w Europie i wykonać kilka zleceń w obcych krajach, ale to za Amerykami tak naprawdę tęskniłem, Wielka Brytania stała mi się obca, nieprzystępna i nic mnie tu nie trzymało. Na skutek tej świadomości, zamierzałem zrobić to, co powiedziałem Prudence podczas naszej wędrówki przez Londyn - wyjechać stąd, gdy tylko wesprę przyjaciół w poradzeniu sobie z odwykiem Astarotha, a więc najpóźniej za kilka dni, może około tygodnia. To nie był czas, w którym dało się nawiązać przyjaźń z kimś, z kim wcześniej przez lata miało się na pieńku, nawet z przerwą pomiędzy, gdy nasze relacje zupełnie się rozmyły. Co prawda, nie było to takie znowu niemożliwe - przynajmniej to polubienie się, a od polubienia się do przyjacielskiej sympatii nigdy nie było zbyt daleko, ale to raczej nie było dla nas groźne... Czy tam „nam pisane” - jak to pewnie mogłaby powiedzieć Bletchley. Co podsunęło mi kolejną myśl - coś, co raczej powinienem powiedzieć.
- A... I, Bletchley... - Zacząłem, poważniejąc, ale sekundę później celowo się poprawiłem, bo skoro mieliśmy ten rozejm, to mogłem sobie darować mówienie jej po nazwisku. - Pludence, to nie była ściema, szeby ci szię nie pszedstawiaś. Od blisko piętnastu lat ja to nie ja, m'kay? Ofisjalnie nie ma mnie na Wyspach, nie było i nie bęsie, więs najlepiej, jeszli nawet na osobnoszci, czy w towaszystwie pozostałych, bęsiesz mi mówiś Benjy. - Poinstruowałem ją, wierząc w to, że mimo wszystko, nie zacznie zadawać zbyt wielu pytań, chociaż to była Prudence, więc mogłem się spodziewać dosłownie wszystkiego - szczególnie tych głębokich, zawiłych analiz, których temat już dziś poruszyliśmy. W tym momencie moja głowa była cięższa o nowe wnioski, jakich wcześniej nie miałem, bo nigdy nie poświęciłem zbyt wiele czasu, żeby wnikać w to, co dokładnie robi Prudence z Prudence - miałem wyrywkowe, subiektywne szczątki informacji, które w głównej mierze sprowadzały się do tego, że jest dziwna, bo na coś choruje... Ale na co? To już do mnie nie docierało, a nawet jeśli dotarło, to obiło mi się o uszy i poleciało dalej. Nie to, żebym nagle stał się zupełnie oświecony, ale przynajmniej cokolwiek już wiedziałem - to był niezły punkt wyjścia do... Czegoś. W razie potrzeby.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (31324), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (29750)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 13:43
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Pan Losu - 19.04.2025, 13:43
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.04.2025, 15:34
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 18:10
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.04.2025, 21:32
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 23:53
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.04.2025, 02:20
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 03:18
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.04.2025, 18:59
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 20:37
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.04.2025, 00:41
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.04.2025, 05:55
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.04.2025, 18:18
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.04.2025, 20:20
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.04.2025, 17:28
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.04.2025, 20:22
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.04.2025, 23:04
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 00:33
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.04.2025, 13:52
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 15:58
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.04.2025, 20:17
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 21:51
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.04.2025, 10:57
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.04.2025, 20:03
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.04.2025, 16:57
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.04.2025, 00:33
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.04.2025, 02:18

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa