• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence

[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#20
23.04.2025, 13:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2025, 13:52 przez Benjy Fenwick.)  
Siedziałem na chłodnej podłodze w piwnicy letniego domu przyjaciela, z głową lekko przechyloną do tyłu, patrząc na Prudence z niedowierzaniem. Dopijałem bourbon, który trzymałem w ręku, czując jak palący płyn rozgrzewa mi gardło. Odginając głowę do tyłu, tłumiłem uśmiech, czując jak powoli rozluźniam się w tej dziwnej sytuacji. Jedna z bardziej nieoczekiwanych osób siedziała naprzeciwko mnie w półmroku piwnicy, światło z lampy na korytarzu ledwo oświetlało jej twarz, a atmosfera między nami była wyjątkowo korzystna - to było zadziwiające, zważywszy na to, jak to wyglądało między nami przez lata, gdy jeszcze byliśmy młodsi, nie tak przeżarci przez życie. Kiedyś na pewno byśmy tak nie rozmawiali, to było coś nowego.
- Musis byś miła, bo to ja tutaj dyktuję walunki. - Odpowiedziałem spokojnie, z lekkim pobłażaniem w głosie. - W tym szlodowisku usnajemy legułę wsajemnoszci. Jeszli chces byś damskim dupkiem, to nic z tego nie wyjsie. - Przez kilkanaście sekund powstrzymywałem się od komentarza, aż w końcu lekko chrząknąłem, taksując ją wzrokiem. Mógłbym jej wskazać palcem jeden taki przykład w naszym towarzystwie, mając w dupie to, że to niekulturalne wytykać paluchami. Bździągwa Ambroise'a. Nie znosiłem jej, a ona zdawała się to całkowicie odwzajemniać - szybko wyczułem jej nowy, odświeżony charakter, samemu też na momencie ją wkurwiając. W przeciwieństwie do zmian między mną a Prue, które były zaskakujące, ale na plus - ta nowa Gerda już nie była zaczepną dziewczyną z drużyny - była zwyczajnie chamska, wredna, bezczelna, jakby wszystko było jej obojętne, bo jej się po prostu należało, a jednocześnie pełna tej samej roszczeniowości i pogardy wobec innych, typowej dla jej grupy zawodowej, których tak nienawidziłem. Sytuacja między mną a kobietą Ambroise'a była napięta jak plandeka na żuku - starliśmy się już na pierwszym spotkaniu po latach, wszystko wskazywało na to, że znów się pokłócimy i raczej spodziewałem się, że jeszcze kiedyś się pobijemy - była to tylko kwestia czasu. Chwilowo utrzymywałem należyty dystans, bo nie chciałem się kopać z koniem, czy tam z królikiem o zębach ze szparą na pięciocentówkę - chociaż nie dałbym jej nawet nikla, no, chyba że by się dzięki temu zamknęła, jak przeciwieństwo szafy grającej - miałem ważniejsze sprawy do załatwienia, niż wymiana zdań z kimś, kto nawet nie próbował słuchać, i po prawdzie, gdyby nie Astaroth i Ambroise, nie zaangażowałbym się w nic, co wymaga przebywania w zasięgu swojego wzroku. Nie zawsze mogłem sobie pozwolić na to, żeby odrzucić współpracę, ale w tym wypadku mógłbym to zrobić - i zrobiłbym, gdyby nie pozostali, na których mi zależało. Uspokajałem i napawałem się myślą, że to tylko kwestia czasu, jak wyjadę, nie musząc patrzeć na żadne bździągwy zadzierające nosa, jakby były lepsze - tylko dlatego, że miały łatwiejszy start i więcej możliwości rozwoju, zaczynając wcześniej, ale w moim mniemaniu i wcześniej osiągając domniemane maksimum potencjału, i osiadając na laurach.
Prychnięcie, które wydostało się z moich ust, nawet nie próbowało nie brzmieć, jak niekontrolowany parsk niedowierzania - parsknąłem pod nosem, bo nie mogłem uwierzyć w to, co słyszałem. Oczywiście, że musiała zdawać sobie sprawę, co było moją pierwszą intencją wtedy, gdy jeszcze byliśmy dziećmi. Nie mogła być ślepa na to, co się działo, skoro zachowywała się tak jawnie odtrącająco. Jasne, to były niezbyt delikatne zaczepki, ale byliśmy wtedy tylko dzieciakami, bez przesady. Nie, nie wierzyłem, że to wszystko było tylko niewinnym przeoczeniem i zapomnianym wyjaśnieniem: „Sorki, ale nie, nie jestem zainteresowana ani przyjaźnią, ani niczym więcej.”
- No nie wieszę... Chamski, letni podlyw, tak, dwu-i-pół-letni. - Powiedziałem cicho, z ironią, ale darowałem sobie resztę przekazu, która prawdopodobnie brzmiałaby: „Ty naprawdę myślałaś, że to było przypadkowe zmienienie nastawienia na jeszcze gorsze, a to wszystko przedtem, ta cała otoczka, to był tylko chłopięcy żart, jakiś zakładzik, gra? No, bez przesady... Nie pitol.” Prychnąłem pod nosem, parsknąłem, bo nie dowierzałem temu, co właśnie usłyszałem. Nie mogła być ślepa na to, co się działo - nie, gdy zachowywała się tak jawnie antypatycznie, jakby od początku celowo odwracała wzrok, mrużyła ślepia i zadzierała nosa. To były niezbyt wysublimowane zagrywki, tak, bo byliśmy wtedy młodzi, głupi, pełni energii i głupich pomysłów - ale bez przesady, żeby od razu wciągać w to tak głęboko zakorzenione w nienawiści intencje? To nie była zwykła zabawa, wtedy to było coś głębszego, coś, co teraz, patrząc wstecz, nadal wydawało się być tak oczywiste, a mimo to ona grała na swoją korzyść, odwracając wszystko, wywracając kota ogonem, jakby nie miało to żadnego sensu.
Wypiłem jeszcze trochę bourbonu, zanim rzuciłem, unosząc brwi - butelka powoli stawała się coraz lżejsza, w przeciwieństwie do głowy, która była coraz to bardziej pełna myśli.
- No nie, Pludence, nie wklęsaj mnie.- Spojrzałem na nią, nie ukrywając powątpiewania, ale też lekko uśmiechając się pod nosem. Teraz nie wierzyłem, żeby to wszystko miało aż tak głęboki podkład, a jednak wtedy miałem wrażenie, że to był odwrócony klasizm z jej strony, jakby od początku założyła najgorsze możliwe scenariusze i ukształtowała sobie myśli na mój temat, zanim w ogóle mieliśmy okazję się poznać - jakby wyczekiwała momentu, żeby móc pokazać swoją wyższość, bycie ponad nami wszystkimi, albo żeby od razu zakładać, że jestem kimś, kogo już poddała analizie, wyciągnęła wnioski i znielubiła od pierwszego wejrzenia. Poza tym, że po fakcie sam się zreflektowałem, odnośnie własnego natrętnego zachowania, dochodząc do wniosku, że to wszystko trwało długo, długo za długo - ten pierwszy etap, przed rzeczywistym znielubieniem jej. Nigdy byśmy się nie dogadali w ten sposób. To zbyt mocno przypominało zabawę w kotka i myszkę, tyle tylko, że Prudence od samego początku nie miała zamiaru zmieniać swojego podejścia - w pewnym sensie właśnie mi to powiedziała, na co zareagowałem uniesieniem brwi.
- Nie mogłaś byś ślepa, Bletchley. To, co lobiłaś, mówiło coś zupełnie innego, i wies co? Momentalnie załoszyłaś szobie te najgolse intensje. Wstyś szię. - Wziąłem łyka bourbonu, który trzymałem w ręku, i wyluzowałem się jeszcze bardziej, choć w głębi czułem, jak mnie to trochę irytuje, a trochę bawi - sposób, w jaki odpowiadała, biorąc odpowiedzialność, a jednocześnie migając się od wzięcia odpowiedzialności. Spojrzałem na nią z lekkim rozbawieniem, kontynuując. - Oszywiście, sze musziałaś zdawaś szobie splawę, co było moją pielwotną intensją. Nie mogłaś byś ślepa, no chyba, sze byłaś, ale wtedy pszynajmniej powinnaś zwlóciś uwagę na zmianę zachowania s tego wsględnie nieszkodliwego na bysie twoim najgolsym koszmalem, i mieś jakieś pytania. Z dlugiej stlony, jednego ci nie odmówię, ty pszynajmniej byłaś jednolodna i od poszątku zachowywałaś się tak, jakbyś automatycznie odtlącała wsystko, co plóbowałem zlobiś. Jasne, to były mało wywaszone, chłopięse zaszepki, bo byliszmy wtedy dziesiakami, ale bes przesady. - Powiedziałem, upijając trochę więcej z flaszki. - To tlwało długo, naplawdę długo, za długo, szeby byś nieświadomym. I jakoś mam wlaszenie, sze to był odwlócony klaszizm z twojej stlony, bo momentalnie załoszyłaś szobie, sze mam najgolsze moszliwe pobudki. - Podsumowałem, tym razem już z zaczepką i trochę z przymrużeniem oka, bo po prawdzie teraz tak nie uważałem, unosząc butelkę bourbonu i biorąc duży, głęboki łyk. Nie chciałem, by ta rozmowa była ciężka, ale nie mogłem się powstrzymać, żeby nie powiedzieć tego, co myślałem. Rozmawialiśmy lekko, bo to przecież było dawno, ale nie mogłem się zgodzić z tym, co mówiła - nie dało się.
- Szyjemy, nic nas nie pozabijało, my szię nie pozabijaliszmy - nie wiem, jak w twoim, ale w moim szwiesie, to jeszt całkiem niezły wyszyn. - Mruknąłem do niej porozumiewawczo - warto od czegoś zacząć, c'nie? Nie od razu Rzym zbudowano, jeszcze mogliśmy mieć coś w rodzaju umiarkowanie dobrego zakończenia, ustabilizować nasze stosunki, zanim przestaniemy ze sobą rozmawiać, bo w dalszym ciągu nie widziałem możliwości, żeby wysyłać jej te widokówki z podróży albo tego rodzaju rzeczy. Nie robiłem tego często - nawet do przyjaciół. Nie komunikowałem się z nikim regularnie, z wiadomych względów. Za kilka dni, być może tydzień albo dwa, już miało mnie tu nie być, więc do tego czasu było miło poczuć się mniej zażenowanie na myśl o tym, że się nie rozpoznaliśmy i przez to teraz znajdowaliśmy się w dziwnej sytuacji - ani nie byliśmy przyjaciółmi, ani wrogami. Byliśmy gdzieś pomiędzy tym a tym, ale nie na neutralnym gruncie. To było coś w rodzaju czyśćca.
- Glunt to stawiaś lealistyszne cele. - Stwierdziłem - no, bo co by mi było z dążenia do czegoś, czego nie mogę spełnić, choćbym się bardzo starał - nic, to powodowało tylko frustrację i zawód. - Nie. - Dla skuteczności weryfikacji dodatkowo zmrużyłem oczy, przyglądając jej się przez chwilę i do przesady ją oceniając, po czym pokręciłem głową - nie, podtrzymywałem pierwszą wersję odpowiedzi. - Nie taki mas talget, co poniekąd ustaliliśmy - mogę nawet zgadnąś, jaki, wies, to nietludne - więs nie dam ci szię zapisaś, bo zajmiesz miejsce komuś, kto mnie doceni. - Wiedziałem już, że ona to ona, i to zmieniło wiele - nie czułem już takiego zahamowania, choćby dlatego, że nie była przypadkową obcą kobietą, była Prudence - tą Prudence, po prostu Prudence, osobą, u której nie mogłem sobie bardziej nagrabić i z którą domyślnie nigdy nic mnie nie mogło łączyć, na stopie romantycznej, więc mogliśmy sobie darować przesadne savoir-vivre. Co najwyżej miała mnie mieć za tego samego buraka, co kiedyś - choć wolałbym nie. - Soly, to nie wchodzi w skład mojego pakietu, s tym ladź szobie sama. - Powiedziałem, parskając pod nosem, bo nie mogłem się powstrzymać. Na pewno, nawet gdybyśmy coś serio planowali, nie wybrałbym się do ministerstwa, żeby chodzić z nią tam po korytarzach za rękę. Od wielu lat nie pokazywałem się z nikim - doświadczenie nauczyło mnie cenić sobie prywatność tych przelotnych relacji, poza tym bujanie się z kimś w przestrzeni publicznej w samym sercu Londynu byłoby szczytem idiotyzmu - niebezpiecznym dla obu zaangażowanych stron, niestety, szczególnie dla tej niebędącej mną, bo jak wiadomo - najłatwiej było uderzyć w kogoś, kto nie może się bronić i nic się nie spodziewa. Od lat wychodziłem właśnie z tego założenia, sprowadzając to jednak do żartu, odnośnie tego, że to nie jest w moim zakresie usług jednonocnego bawidamka-łobuza.
Za to w prywatnych przestrzeniach mogłem być całkiem niezłym, wyluzowanym towarzyszem, nawet jeśli nie pod kątem romantycznym, tylko w przyjacielskim wydaniu - szczególnie, że z chwili na chwilę, coraz bardziej wydawało mi się, że jeszcze mogą być z naszej dwójki całkiem dogadujący się ludzie. Może to była zasługa pitego alkoholu - miałem mocną głowę, Prudence chyba mniej - z tego, co zasugerowała, ale mimo to już czułem wpływ procentów na moje zachowanie. Zaczynaliśmy w dużo bardziej oficjalnym tonie, teraz naturalnie przeszliśmy do zachowania na kształt tamtego podczas pożarów i kilka dni wcześniej, co było nie lada sukcesem - patrząc na to, że już oboje byliśmy świadomi, skąd się znamy i kim jesteśmy. Sytuacja mogła obrócić się na wiele sposobów - ten zdecydowanie nie był najgorszy.
- Co za zaufanie... - Spojrzałem na nią, uśmiechnąłem się lekko i, podpuszczając, z lekkim rozbawieniem zapytałem. - Jeszteś pewna, sze chces mi asz tak ufaś? - Spytałem, grając w otwarte karty, chociaż, oczywiście, nie zamierzałem jej wystawiać, ani pozwolić na to, żeby stało się coś naprawdę, naprawdę głupiego - tylko prowokowałem ją do myślenia, chyba już dostatecznie dobrze wiedziała, że może mi trochę ufać, dać mi drobny kredyt zaufania. - Niemniej, okej, ja mosze nie mam supelpamięsi, ale podejmę szię tego zadania. - Kiwnąłem głową, puszczając do niej perskie oko, chociaż pewnie nie mogła tego dostrzec - mieliśmy jakąś całkiem śmieszną tendencję do rozmawiania w warunkach, w których średnio się widzieliśmy, tak było dwa na trzy razy. Może dzięki temu łatwiej nam było osiągnąć porozumienie - odpadał wizualny aspekt złych wspomnień...
- Nie pitol... - Aż rozszerzyłem powieki i rozchyliłem usta, zaciągając się fajką. Ach, tak - kulturalne zachowanie wobec eleganckiej kobiety, to też odpadło, gdy uświadomiłem sobie, że to Prudence Bletchley, ale na swoje wyjaśnienie miałem to, że i ona nie była już wobec mnie zbyt wytworna - znacząco obniżyliśmy nasz poziom kultury wobec siebie nawzajem. - Plasująs s Lestlangem, nigdy nie skapnął ci, choćby Bollingel? Dom Pélignon? - Spytałem przekornie, unosząc brew, pokręciwszy głową z zażenowania, czym kupiłem sobie kilka sekund na wzięcie oddechu przed następnym pytaniem. - EgonMüllelSchalzhofSchalzhofbelgelLieslingTlockenbeelenauslese? - Wypaliłem na jednym wydechu, zlepiając nazwę w bardzo długi i skomplikowany wyraz, praktycznie nie do powtórzenia, ale nie o to mi chodziło, żeby miała go zapamiętać - to był żart, oczywiście, na poziomie. Nie mogłem jej dać zapomnieć o tym, że jestem człowiekiem z elity, posiadającym klasę i takie tam. Kiedyś na pewno - co nie zmieniało faktu, że nadal troszkę bawił mnie ten rodzaj humoru, wbrew pozorom, nigdy nie brakowało mi autoironii. Parsknąłem, gdy Prudence znalazła okazję do tego, żeby wbić sobie punkty w rozgrywce, którą najwyraźniej zaczęliśmy, ale kiwnąłem głową - przyjmowałem tymczasową przegraną.
- A polubiłaś? - Spytałem, bo nie zamierzałem się nad tym zastanawiać długo - ciekawość, co jeszcze miała do powiedzenia, brała górę nad wszystkim, nawet nad tymi pierwszymi oporami. - Jeszli tak, to tlochę pszypał, wies... - Dodałem, żeby nie myślała, że może być za łatwo - miałem swoje zdanie odnośnie podstaw naszej relacji, powiedziałem jej je wcześniej, i zamierzałem trzymać się bronienia tego stanowiska. Odginając głowę do tyłu, powstrzymałem się od uśmiechu, tłumiąc śmiech, i przez kilkanaście sekund milczałem, patrząc na nią z lekko pobłażliwym wyrazem. W końcu prychnięcie i lekkie chrząknięcie przerwało ciszę, gdy zauważyłem wyciągniętą ku mnie rękę. Nijak tego nie skomentowałem, ale wyciągnąłem ku niej mały palec, kiwnąwszy głową - mieliśmy to.
Patrzyłem na Prudence w półmroku, czując jak lekkie rozluźnienie wkrada się w moje ciało. Butelka wcześniej pełna, teraz prawie pusta, dawała mi pewien przyjemny rauszyk, i choć zaraz musiałem sięgnąć po kolejną, to jeszcze nie chciałem się ruszać. Mimo, że w dalszym ciągu siedzieliśmy na podłodze w piwnicy letniego domu Corio, która raczej nie była szczytem miejscówek towarzyskich, atmosfera między nami się rozluźniła, światło z lampy ledwo co oświetlało pomieszczenie, chyba trochę sprzyjając bardziej swobodnym rozmowom, bo nie widzieliśmy się dokładnie - patrzyłem na nią z lekkim rozbawieniem, czując, że już pewne granice się zatarły, więc postanowiłem nie owijać w bawełnę. Wiedziałem już, że nie jest przesadnie pruderyjna, podobnie jak ja, więc nie miałem oporów, żeby to powiedzieć prosto. W końcu, skoro poruszyliśmy tyle różnych kwestii, to chyba czas zamknąć ten temat, prawda?
- No dobla, Pludence, a tak s ciekawoszci... - Zacząłem z uśmiechem, unosząc brew - nie chciałem się już bawić w jakieś niedomówienia, więc nie widziałem powodu, żeby się hamować. Oczywiście, nie mówiłem tego poważnie, ale to pytanie jakoś się samo nasunęło, kiedy już przeszliśmy przez tyle różnych tematów, należało je powiedzieć, żeby nie siedzieć nad tym w nieskończoność. - Powies mi szczesze, czy całujes wsystkich szwoich pszyjasiół? - Spojrzałem na nią z uśmiechem, czekając na jej reakcję, ale wewnętrznie czułem, że to pytanie raczej nie zostanie odebrane w żaden zły sposób - to był taki mały ukłon w stronę tego, co się już wydarzyło, no, bo sumie, skoro już poruszyliśmy tyle różnych kwestii, to czemu nie zamknąć tego tematu, wywołać prychnięcie i wrócić do tego, co najważniejsze - opijania rozejmu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (31324), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (29750)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 13:43
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Pan Losu - 19.04.2025, 13:43
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.04.2025, 15:34
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 18:10
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.04.2025, 21:32
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 23:53
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.04.2025, 02:20
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 03:18
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.04.2025, 18:59
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 20:37
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.04.2025, 00:41
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.04.2025, 05:55
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.04.2025, 18:18
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.04.2025, 20:20
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.04.2025, 17:28
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.04.2025, 20:22
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.04.2025, 23:04
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 00:33
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.04.2025, 13:52
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 15:58
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.04.2025, 20:17
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 21:51
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.04.2025, 10:57
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.04.2025, 20:03
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.04.2025, 16:57
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.04.2025, 00:33
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.04.2025, 02:18

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa