• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence

[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#22
23.04.2025, 20:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2025, 20:23 przez Benjy Fenwick.)  
Siedziałem na podłodze, rozluźniony, z lekko rozchylonymi nogami - jedną nadal wyłożoną na podłodze, drugą podciągniętą pod brodę, stopniowo przestając ukrywać to, że w głowie mi się już trochę rozmazywało. Tak, właśnie tak - obraz przed oczami, mimo półmroku, nadal miałem ostry i wyraźny, nie byłem pijany, ledwo czułem jakikolwiek rauszyk, ale w głowie coś na pewno mi się zacierało - z dużym prawdopodobieństwem było to pierwsze wrażenie, jakie miałem, gdy tu na siebie wpadliśmy. Alkohol, nie alkohol - zaczęło robić się zdecydowanie swobodniej. Niby to był dopiero poranek, więc nie powinniśmy pić, a już zwłaszcza nie w piwnicy ciotki przyjaciela - w ciemnościach, gdzie cienie tańczyły na ścianach, a w powietrzu unosił się zapach starego drewna, wilgoci i czegoś słodkawego, co chyba ulatniało się zresztą z butelki, którą trzymałem w ręku. Bourbon miał bardzo charakterystyczne nuty zapachowe, zdecydowanie dało się go wyczuć, gdy prawie cały czas miało się go pod nosem - a ja bardzo często pociągnąłem z, niemal już przez to opróżnionej, butelki, nadal trochę nie dowierzając w to, że obok mnie siedziała Prudence Bletchley - kobieta, którą jeszcze niedawno postrzegałem jako nieprzyjaciela, a teraz jako kogoś, z kim rozluźniona rozmowa nabrała zupełnie innego wymiaru. Patrzyłem na nią w półmroku, próbując wyłapać choćby drobny uśmiech, bo czułem, że atmosfera się rozluźniła, a ona sama wydawała się bardziej swobodna, niż jeszcze kilka minut temu.
- Bujasz, zdecydowanie potlafiś byś dupkowata. - Wiedziałem, że ona to ona, a nie jakaś tam obca osoba, którą można by próbować wyczuć z dystansu - zresztą już i tak zdarzyło nam się poruszać naprawdę różne tematy. To pozwalało mi patrzeć na to z innej perspektywy, chociaż przecież wiedziałem, że to sformułowanie, tak jak nasz cały powrót do przeszłości, było trochę bezpośrednie. W głowie mi świtało, że skoro już poruszyliśmy tyle różnych kwestii, to nie ma sensu się obchodzić z tymi kwestiami zbyt ostrożnie. No, ona nie była ani ostrożna, ani dyskretna - zaczynała być bardzo bezpośrednia, i nawet mi to pasowało. W końcu spojrzałem na nią ponownie, unosząc brwi, odchrzakując i próbując wyłapać jej wyraz twarzy, chociaż było to trudne w tych warunkach.
- No soly. - Parsknąłem w sposób, który sugerował, że nie - nie jest mi w żadnym razie przykro z tego powodu. Zupełnie tak, jakbym wtedy miał jakiekolwiek wzorce dobrych zachowań wobec kobiet, a już zwłaszcza takich zakrawających o lawirowanie w trudnej, podchwytliwej i pełnej pułapek sztuce zalotów. To wcale nie było tak, że mój własny ojciec traktował kobiety przedmiotowo, jak lampy i inkubatory do rodzenia dzieci, ojciec mojego najlepszego przyjaciela założył sobie drugą, lepszą rodzinę, kolejny stary innego ziomka był wiecznie na konferencjach i w rozjazdach między projektami badawczymi, a młodą żonę zostawił w domu, Romulus też miał tatka niespecjalnie szanującego związki - z żoną, która uciekła. Jedynym wzorem zdrowego związku mogli być, o ironio, rodzice Prudence, ale u nich nie bywaliśmy zbyt często - z wiadomych względów. Wszystkie zachowania musiałem sam sobie wypracować - oczywiście, że od diabła razy się potykałem, ale naprawdę próbowałem zwrócić na siebie uwagę Bletchley nie z chamskich pobudek. Wiedziałem, że to raczej nie jest temat, który można zamknąć jednym zdaniem, ale też nie chciałem się zbytnio zagłębiać i robić z tego wielkiego problemu - było, minęło, poszliśmy każde swoją drogą, a ona zdecydowanie uniknęła bomby - tego jej już nie powiedziałem.
- Bogasi chłopsy nie mają selc, tak? - Spojrzałem na nią z lekkim rozbawieniem, czekając na jej odpowiedź. Granica, która jeszcze niedawno była między nami, gdzieś się zatarła, a ja nie chciałem już dłużej trzymać się konwencji, bo wszystko i tak już było na stole - to, kim jesteśmy, to, że się znamy, to, co nas poróżniło, to, co chyba przestało nas różnić, chociaż nawet teraz nie miałem złudzeń, że zamiast tego mieliśmy mieć po prostu nowy pakiet różnic - te dorosłe ograniczenia znajomości, nakładane nam przez ramy społeczne, style życia i to, jacy się staliśmy. Niby inni, trochę tacy sami. W półmroku jej włosy wydawały się jeszcze ciemniejsze, ale kiedy już wiedziałem, że ona to ona, trudno było nie dostrzegać wizualnego podobieństwa. Z zachowania momentami też nadal potrafiła być całkiem wyszczekana - chyba nawet bardziej, niż kiedyś, ale w tym momencie to wydało mi się czymś na plus - przynajmniej, z dużym prawdopodobieństwem, już nie dawała po sobie jebać.
- Touché. - Uśmiechnąłem się pod nosem. Atmosfera między nami się rozluźniła, a chwila ta wydawała się sprzyjać temu, żeby poruszyć też tematy, które wcześniej były zbyt wstydliwe, drażliwe albo nie na miejscu - rzeczywiście, obiecaliśmy sobie szczerość i ją mieliśmy.
- „Jakaś znajoma”, selio? - Spojrzałem na nią, próbując wyłapać chociaż odrobinę jej wyrazu twarzy w tym słabym świetle, które rzucało na nią cienie, jakby chciało zamaskować niektóre emocje, ale jedynym, co udało mi się wyłapać, było to, że była jak zawsze - trochę zamyślona, tym razem z lekko rozczochranymi włosami, które w tym świetle wyglądały naprawdę ciemno, odrobinę uszczypliwa, bardzo informatywna - chyba naprawdę się starała przedstawić swój punkt widzenia. - Mas lasję, cięszko mi to sobie wyoblasiś... - Przyznałem, kiwając głową i postanawiając być w tym szczery - ciężko mi było to pojąć. Próbowałem to jednak zrozumieć, bo  mimo że dawniej mieliśmy za sobą długą historię nieporozumień, to teraz między nami zagościła jakaś swobodna nuta i nie chciałem tego zepsuć. Tym bardziej, że przecież nie byliśy już tymi samymi ludźmi sprzed lat, a i czas, i doświadczenia zrobiły swoje. Patrzyłem na nią w półmroku, próbując wychwycić choćby cień emocji, jednak wszystko było zamknięte w tej jej lekko tajemniczej, lekko rozluźnionej postawie. W końcu, z lekkim rozbawieniem, uniosłem brwi, upiłem trochę bourbonu, czując, że zaraz i tak trzeba będzie sięgnąć po kolejną butelkę, i rzuciłem podchwytliwe:
- A, a, a, wies, na co to bszmi? To bszmi na odwlócony klasism, Plue, nie wypszesz szię tego, to totalnie jeszt klasism. - Spojrzałem na nią z rozbawieniem i trochę z podpuszczaniem słyszalnym w głosie. - Kaszdy biedak kladnie, a kaszdy czystoklwisty gusztuje tylko w swoich. - Uśmiechnąłem się do niej lekko, rozbawiony, trochę podpuszczający. - Suplajs, suplajs, nigdy nie klęsiło mnie wysiąganie dszewa genealogicznego, aszeby zobaczyś, czy mogę szię s kimś umówiś, s całym szacunkiem dla tladysji. - Spojrzałem na nią, obserwując, jak reaguje, ale zaraz odwróciłem wzrok, bo wiedziałem, że temat się powoli kończy, a ja nie chciałem się nad tym rozwodzić. - No, okej, losumiem... - Przytaknąłem, by nie ciągnąć tego tematu bez potrzeby, bo chyba już sobie wszystko wyjaśniliśmy, ale tak po prawdzie, to musiałem sobie tu jednak przerwać i ze zmarszczonym brwiami jednak wrócić do zadania tego jednego, kluczowego pytania. - A, jako ten, wiesz, balsiej lozsądny człowiek o supelumyśle, nie pomyślałaś, szeby po plostu spytaś? - Możliwe, że odpowiedź kryła się w poprzedniej wypowiedzi Prudence, odnośnie uważania tego wszystkiego za coś w rodzaju wrednego żartu, niczego poważnego, ale musiałem jej zadać to pytanie - już zdążyliśmy ustalić, że ja jak to ja, nie byłem najrozsądniejszym dorastającym chłopcem, chuja wiedziałem o tym, jak obchodzić się z dziewczynami, spoza wianuszka adoratorek, ale Prue zdecydowanie powinna być rozsądniejsza w tym zakresie.
- No dobla, dobla, losumiem. Wies, nie chcę szię czepiaś, bo w sumie... to chyba nie jeszt asz takie waszne, plawda? - Chciałem to zamknąć, chociaż nie do końca wiedziałem, dlaczego czuję potrzebę, żeby to zrobić. Najwyraźniej wychodziłoby na to, że oboje od zawsze byliśmy upośledzeni w zakresie relacji międzyludzkich, tylko każde na swój sposób - nie, aktualnie nie miewałem już żadnego problemu z tym, by przyznać, że z ulubieńca tłumów, bardzo dużo grającego pod publikę, zrobiłem się człowiekiem, który niespecjalnie lubił większość ludzi i nie podążał za schematami. Pariasem - zostałem pariasem, sam tak to określiłem, to nie było nic odkrywczego, ani tym bardziej nowego. Ot, stara prawda - przestałem wpisywać się w kanon, miało to sporo zalet, ale momentami jeszcze więcej wad.
- Niech no pomyszlę... Wyszoki, to na pewno, kobiety lubią wyszokich, ale nie za wyszoki, powiesmy solidne metl osiemdziesiąt pięś w kłębie. Dobsze zbudowany, ale nie do pszesady, nie pakel. Białe zęby, gęste blond włosy... No, wies - James Dean stajl... Z jakiegoś powodu to zawse jeszt James Dean, a więs i niebieskie, ewentualnie zielone oszy. - Oceniłem, wzruszywszy ramionami, kontynuując. - Wysza klasa slednia, bo jeszteś klasistką, jak jusz usztaliliśmy, czyli to musi byś ktoś, kto jeszt na twoim poziomie, nie poniszej. Tak, szeby sam nie czuł szię zasdlosny.  Posa tym, umówmy szię, nie wyglądasz na kogoś, kto biesze plojekty społeszne. Masz na to zbyt ładne mieszkanko i poukładane szysie, i tu zmieszamy do wnioszku, sze lubis szwoje szysie na tym posiomie, więs Pan Idealny nie mosze byś za bogaty, ale muszi byś tlochę balsiej zamoszny, nisz ty, bo lole społeszne... Dobla posysja, plawdopodobnie uszędnik z ministelstwa, ewentualnie nauczyciel akademiski, ale nie s Hogwaltu, bo nie wdajes szię w long distans... Ewentualnie, to mosze byś uzdlowisiel, bo jeszteś s medysznej losiny, mama i tatko by szię ucieszyli. Jeszli jusz jednak miałabyś byś tlochę balsiej klejsa, to byłby to aulol s obiesującą kalielą, szebyś miała pewnoś, sze nie będzie zbyt długo klepaś najgolszych splaw na ulisy. - Wydawało mi się, że powinna docenić ten cały wkład, jaki przeznaczałem w nakreślenie portretu jej idealnego mężczyzny, jakbym był ekspertem matrymonialnym, swatką albo co najmniej samozwańczym medium specjalizującym się w szukaniu bratnich dusz. - Sympatyszny. Golden letlievel, nie owszalek. Stanu wolnego, kawalel w twoim wieku, ewentualnie odlobinę stalszy. Bez kontlowelsyjnej histolii zwiąskowej, nie nieszczęśliwie szonaty, nie loswodnik, nie, nie daj, Matko, wdowies. Ma cię kochaś, ale nie byś namolny, bo wiemy, jak to szię końszy. Pan Idealny. Coś więsej? - Uśmiechnąłem się półgębkiem, bo nie - nie sądziłem, żebyśmy potrzebowali mówić więcej, niż to - to był naprawdę dobry opis, z którego mogłem być naprawdę dumny. Nie było w tym niczego poważnego, raczej chęć podtrzymania tej luźnej atmosfery, wykraczającej poza wszelkie normy, jakie kiedyś obowiązywały między nami.
- Nie. Wiem, sze jeszt ciemno, ale widziałaś mnie? Sama moja obecność, to jusz jeszt pakiet plemium. - Spojrzałem na Prudence, z lekkim rozbawieniem i odrobiną przekory w głosie, bo przecież atmosfera się rozluźniła, a ja już nie musiałem się hamować. - Gdybym inwesztował czas w długotlwałe zwiąski, doształbym złoty laul konkubenta, wies? - Rzuciłem pytaniem, nie oczekując jednak odpowiedzi. Od dawna, co ja mówię - nigdy nie widziałem jej tak swobodnej, jak teraz, kiedy rozmowa zeszła na tematy, które - o ironio - kiedyś były tabu, albo chociaż trochę niekomfortowe. Patrzyłem na nią z cichym rozbawieniem, bo coś się we mnie rozluźniło - ta cała sytuacja, ta scena, ten poranek, wszystko to było jakby trochę mniej poważne, niż zakładałem. I chociaż wiedziałem, że to ona, ta sama Prudence, z którą kiedyś się nie dogadywałem, to teraz, w tym półmroku, czułem, że wszystko jest jakoś bardziej na luzie, bardziej normalne - jakbyśmy naprawdę byli ponad to, co kiedyś nas dzieliło.
- Mniej więsej. Zupełnie niepotszebna wiedzą społeczno-kultulowa, umiejętności sommelielskie i tlaumy - niezawodne połąszenie, by byś zabawnym i czalująsym. - W końcu rozluźniłem się na tyle, że zaczęło mi się wydawać, że możemy mówić o wszystkim, więc nawet takie teksty wydały mi się całkiem w porządku - zresztą nigdy nie ukrywałem, że pod wieloma względami jestem zjebany. To znaczy - może trochę inaczej... Nie kryłem tego przed najbliższymi kumplami, bo oni tak czy siak byli tego świadomi, przed całą resztą już, jak najbardziej. Dopiero po ukończeniu szkoły, przyjmując nową tożsamość i obierając inną ścieżkę życia, mogłem dawać ujście wszystkim dotychczas tłumionym emocjom - nie kryć tego, że nigdy nie miałem idealnego, wymuskanego życia rodem z bajki, chociaż nigdy nie wnikałem w takie detale, które mogłyby ujawnić moje prawdziwe pochodzenie. W dokumentach figurowało coś, co narzucało mi pilnowanie, by wszystko miało ręce i nogi. Po paru miesiącach wszystko się spięło i tak już zostało - nie było żadnych dziur, miejsc na to, by coś się nie zgrywało. Dziecko brytyjskich imigrantów, którzy wyjechali do Stanów za pieniądzem, słabowita mamusia siedząca w domu, pijący i przemocowy tatuś biznesmen będący agentem giełdowym, z którymi zerwałem kontakty - idealna historyjka.
- Oj, nie, nie taki pszypał. - Pokręciłem głową - być może od razu powinienem uściślać moje słowa, albo formułować jaśniejsze wypowiedzi, bo tak - jasne, przyjaźń ze mną na ogół mogła być dosyć mocno przypałowa, nawet jeśli to nam nie groziło, bo zamierzałem stąd wyjechać, zanim będziemy mieć szansę zostać prawdziwymi przyjaciółmi. Natomiast, w tym oto momencie, chodziło mi o jeszcze coś innego. - Pszypał, sze tak póśno szię zolientowałaś, i stlacilaś kilka naplawdę niesłych okasji, szeby cieszyś szię takim cool pszyjasielem. - Poinformowałem ją, chlupocząc resztką alkoholu - jeszcze kilka łyków, i będzie trzeba się podnosić, by sięgnąć po kolejną, przyglądałem się jej chwilę w milczeniu, zastanawiając się, czy to pora wstać, czy jeszcze to sobie darować.
- Kilka, mas kilka wyjś s tego miejsca, choś nie gwalantuję, sze jesteś w stanie sama je znaleść... - Rzuciłem z rozbawieniem. - No, jak tak stawiasz splawę, to chyba muszimy sobie zaufaś... - Chciałem już się podnieść, sięgnąć po butelkę, ale zanim to zrobiłem, rzuciłem jeszcze to niezbyt poprawne, za to całkiem satysfakcjonujące pytanie. Słowa wypłynęły z moich ust bez większych ceregieli, jakby to było zupełnie naturalne... I chociaż to brzmiało jak coś, co mogłoby wywołać niezręczność, tak naprawdę, w tym momencie, nie miałem z tym problemu - dostatecznie dobrze przekonałem się o tym, że ona chyba też nie jest pruderyjna, i nawet jeśli wydawało mi się, że w szkole taka była, to chyba się z tego wyłamała, skoro się odważyła rozmawiać ze mną tak szczerze i bez ogródek. To była kolejna miła odmiana - jeszcze chwila i naprawdę mogliśmy zechcieć się zaprzyjaźnić, co z wiadomych względów było niewskazane. Mało co widziałem, ale nie dało się ukryć, że przez chwilę na pewno patrzyła na mnie bez słowa - tak, jakby się zastanawiała, czy dobrze usłyszała, albo czy dobrze rozumie, co właśnie powiedziałem. Wiedziałem, że jej oczy, nawet w tym półmroku, wyrażały coś więcej niż tylko zaskoczenie - musiały wyrażać. Być może była trochę zaintrygowana, może nawet rozbawiona moją bezpośredniością, albo tym, że nie boję się teraz o to pytać. A ja… ja po prostu czekałem na jej odpowiedź.
- Wies, nie musis szię tłumaczyś, po plostu ciekawi mnie, czy to jeszt twoja uklyta specjalnoś, dluga twasz. Cicha woda bszegi lwie - takie tam... - Spojrzałem na nią, próbując odczytać reakcję, chociaż w zasadzie wiedziałem, że nie powinna się obrazić. W głowie miałem jeszcze kilka pytań, ale to właśnie to wydawało mi się najłatwiejsze, choć może i najśmielsze - natomiast wiedziałem, że w tym momencie nie muszę się już ograniczać, bo atmosfera była na tyle swobodna, że mogłem pozwolić sobie na coś więcej. Ona zresztą też i prawdopodobnie to wiedziała. Poniekąd czekałem aż wytoczy jakąś bombę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (31324), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (29750)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 13:43
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Pan Losu - 19.04.2025, 13:43
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.04.2025, 15:34
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 18:10
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.04.2025, 21:32
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 23:53
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.04.2025, 02:20
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 03:18
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.04.2025, 18:59
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 20:37
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.04.2025, 00:41
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.04.2025, 05:55
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.04.2025, 18:18
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.04.2025, 20:20
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.04.2025, 17:28
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.04.2025, 20:22
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.04.2025, 23:04
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 00:33
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.04.2025, 13:52
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 15:58
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.04.2025, 20:17
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 21:51
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.04.2025, 10:57
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.04.2025, 20:03
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.04.2025, 16:57
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.04.2025, 00:33
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.04.2025, 02:18

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa