24.04.2025, 10:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2025, 11:03 przez Benjy Fenwick.)
W tym momencie, mimo wszystko - nawet jeśli Prudence mnie nie widziała, zrobiłem minę - taką lekko uszczypliwą, bardzo wymowną. Mimowolnie chciałem zasugerować, że wszystko jest pod moją kontrolą, znam ją i wiem, czego się po niej spodziewać, chociaż tak naprawdę czułem, jak wewnątrz coś się we mnie rozluźnia, i chwyta mnie nostalgia tamtych dni. Tak, tak, dokładnie - nostalgia. Życie było wtedy jednocześnie gorsze i mniej skomplikowane. Kiedyś, jako dzieciak, nie zwracałem aż takiej uwagi na pozycje społeczne, na to, kto jest kim, tylko na to, czy ktoś jest fajny, czy nie, czy można z nim pogadać. Jasne - zadzierałem nosa ze względu na moje pochodzenie, uważałem się za lepszego, powielałem bardzo dużo schematów, ale w głębi duszy to mnie nigdy aż tak nie obchodziło. Nikt nie mógł mnie osądzać, bo ja sam wiedziałem, że to tylko chwilowa gra - jako dorosły zamierzałem jebać te wszystkie ograniczenia i zamierzchłe zasady... W pewnym sensie mi się to udało, ale koszt był większy, niż przewidywałem. Z czasem, z każdym kolejnym dniem, wyrastałem ponad tę dziecięcą naiwność, kiedy to nie zwracałem uwagi na nic, poza tym, na co chciałem patrzeć. Teraz, jako dorosły, rozumiałem już trafność przekonania, że wszystko ma swoją hierarchię - w tej grze nie chodzi tylko o to, kto jest silniejszy czy sprytniejszy, ale o to, kto ma władzę, a kto musi się jej podporządkować. To była różnica. Zrozumiałem strukturę, hierarchię, te wszystkie niuanse i układy, które rządziły tym światem. Wbrew pozorom - czystość krwi przestała mieć w tym główne znaczenie, które nam wmawiano, nadal była ważna, ale nie najważniejsza.
Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wiedziałem, że to tylko próba, żeby mnie zagiąć, a ja lubiłem jej niektóre z tych prób.
- Mosze splóbujes jescze las, tym lasem s zamkniętymi oszami? - Zasugerowałem, będąc jej pomocą. Próbowała mnie uciszyć, chociaż wiedziałem, że sama nie wierzyła, że to coś da. - No weś, Pludy, chyba nie myszlisz, sze moszesz mi loskasywaś... Nie tak łatwo mnie ucisyć, wies? Co zlobisz, odbieszesz mi punkty? - Powiedziałem z przekąsem, podkreślając, że jej próby są raczej bezskuteczne. - Pszesiesz wies, sze nie umiem się powstszymaś, kiedy ktoś plóbuje mnie pouczaś... - Celowo przerwałem, przeciągając się lekko, rozbawiony jej wysiłkiem. Czułem, jak to ją irytuje, a ja tymczasem przecież tylko się uśmiechałem pod nosem i nie robiłem nic złego - to był dialog, była to dyskusja, nie monolog, szczególnie że każde z nas miało swoje zdanie - mieliśmy każde własną perspektywę na tamte wydarzenia.
- Posa tym ja się stalam, tylko chyba mi nie wychosi, bo ty cały czas plóbujesz mnie wyłączyś, jakbym był telewisolem. A to tak nie działa... To losmowa, wies? - Upewniłem się, że mamy tą samą definicję. - Losmowa, nie monolog, mon amie, polega na tym, sze dwie stlony mówią po kolei, dająs sobie pszestszeń, i dzięki temu ta jedna mosze nie zgodziś szię s pomówieniami na szwój temat. - Przyglądałem się - co było przesadą, bo mało co widziałem - jej z lekkim uśmiechem, chociaż w głębi wiedziałem, że zachowuję się jak dzieciak, ale przecież w tym wszystkim to było dość przyjacielskie i nieszkodliwe - tym razem to nie była chamska uszczypliwość i dopiekanie, naprawdę jej słuchałem.
- No dobla, dobla, jusz szię zamknąłem. Widzis? Jesztem cisej, milknę. Nie chcę ci pszuć tej twojej twólszej wisualisasji, bo wisę... Tak właściwie, chuja wisę. - Znowu się uśmiechnąłem, tym razem bardziej z przekory, patrząc na nią z wyzywającym błyskiem w oczach - ona też chuja widziała, może nawet byłaby skora powiedzieć, że podwójnie, ale mi to nie przeszkadzało. Mimo wszystko, ta sytuacja była dla mnie zabawna, nawet jeśli ona wydawała się poważna i trochę rozczarowana przez tą nagłą zmianę podejścia. Sama sobie na to jednak zasłużyła - mogła nie rzucać takich komentarzy - zdecydowanie się zapędzała, ale z drugiej strony, ileż można... - No ok, doseniam stalania, nawet jeszli ci nie wyszło. Moszesz usnaś, sze trafiłaś na opolny pszypadek, jeszli chcesz... - Słowa wypłynęły bez zastanowienia - trochę rozbawione, trochę podpuszczające, jakbyśmy już dawno przeszli przez granicę, za którą zaczyna się jakaś inna rozmowa, bardziej osobista, bardziej szczera.
- „Większość tobie podobnych...” - Powiedziałem, powtarzając powoli, z lekkim ironicznym uśmieszkiem na twarzy, jakby to były właśnie te słowa, na które tyle czekałem - właśnie je wypowiedziała, jakże uroczo. Obróciłem się nieco w jej stronę, a potem z wyraźną, teatralną pauzą dodałem, patrząc na nią z tym swoim lekko cynicznym spojrzeniem, którego pewnie i tak nie mogła dostrzec - ja nie widziałem jej miny, a chciałbym. - Wies, co to jeszt? - Spytałem niespiesznie, jakby smakując słowa, które wybrzmiewały z cichym, nieco zniekształconym pogłosem piwnicznych ścian. Odstawiłem butelkę obok nogi, by unieść obie ręce, i wycelowałem palcami - wskazującym i środkowym - w jej kierunku, jakby to były dwa pistolety. - To klasism. - Pif, paf... Albo jakby to niektórzy stwierdzili - „wasted”... - Pludence, nie wiem, czy masz dlugie imię, Bletchley... Jeszteś obszydliwą klaszistką... - Dodałem z przekąsem, patrząc na nią z lekkim uśmiechem, próbując rozładować napięcie - chociaż w tym półmroku i tak było trudno powiedzieć, co się dzieje w głowie drugiej osoby. To było dziwne wrażenie, może trochę spowodowane klimatem i alkoholem, ale odnosiłem wrażenie, że ostatnie resztki szkolnej aury między nami zaczynały się zupełnie rozluźniać, jakby Prudence w końcu przestała się tak kurczowo trzymać tego, co było, a ja sam poczułem, jak zupełnie odpuszczam, bo w końcu to wszystko nie było już takie poważne - nie od wielu lat.
- Znowu mnie oceniasz, zupełnie mnie nie znająs... - Upomniałem, chociaż tylko po to, by zaraz wzruszyć ramionami - patrzyłem na nią, starając się ukryć uśmiech, który mimo wszystko prześlizgnął się na moje usta. - Szczeloś, nie...? Ta... - Sam sobie odpowiedziałem. - Zaleszałoby od momentu, lysyko było fifty-fifty, po połowie, nie powiem ci, sze bym cię nigdy nie wyśmiał... - Wzruszyłem ramionami - taka prawda, to wszystko zależało od dnia, godziny, koniunkcji Księżyca z Saturnem i tak dalej - tego, czy byłbym wtedy z chłopakami, czy sam... Czy miałbym dobry humor, czy nie. Czy byłoby to po wakacjach, czy przed wakacjami, a może w środku roku. Na samym początku, albo na końcu, gdy już odpuszczałem - było wiele zmiennych, a to było już tylko spekulowanie, nic ważnego, zamknęliśmy ten etap, całe szczęście, i zajęliśmy się każde swoimi sprawami, chociaż podzielenie się perspektywą na tamte sytuacje było, jak oddech świeżego powietrza. Nareszcie zaczęliśmy rozmawiać jak ludzie - tym razem już wiedząc, kto siedzi obok.
- Bullshit, tak, tak, jasne. A posa tym, tak, s tymi umiejętnosiami powinienem załoszyś agensję matlymonialną, najlepiej z Pottelem... - Parsknąłem cicho, z rozbawienia, chociaż w głębi czułem, że to bardziej rozbawienie z siebie samego. Znalazł się ekspert związkowy, który nigdy nie był w udanym związku, specjalista od trafnego wyboru partnera życiowego - tak, tak, z pewnością. Chociaż, tak po prawdzie, nie było tak, że nigdy nie czułem się szczęśliwie zakochany. Nie, wręcz przeciwnie - całe doświadczenie z zawarciem kontrowersyjnego związku w młodym wieku było jak wyłom w mojej dotychczasowej powłoce, jakby oddech, którego tak długo nie zdawałem sobie sprawy, że potrzebuję. To był moment, który wywołał we mnie coś, co trudno nazwać, ale na pewno było prawdziwe. Na kilka chwil byłem wolny od iluzji, od maski, którą zakładałem codziennie na zewnątrz. To była ta chwila, którą zapamiętam na zawsze, choćby dlatego, że w tym ukryciu, w jakim braliśmy ślub, a potem opuściliśmy kraj, pełni nadziei, że znajdziemy swoje miejsce, poczułem się naprawdę sobą. Nie wydawało mi się - nie, nic z tych rzeczy. Przez pewien czas naprawdę nim byłem - tym wolnym, zakochanym człowiekiem, pozbawionym ograniczeń, nawet w obliczu wyzwań i ciężarów. Po prostu - ta chwila, ta jedna, jedyna, była jak niespodziewany promień słońca, który wkrada się do ciemnej piwnicy. Wprowadził światło i ciepło do tego naszego układu, wtedy szumnie zwanego „miłość”, który z czasem stał się coraz bardziej złożony - coraz bardziej powiązany z różnicami w wychowaniu i podejściu. Miałem w głowie te wspomnienia, ale nie chciałem się zbytnio nad nimi rozwodzić. Pokręciłem głową na tyle wyraźnie, że pewnie to widziała, mimo że światło było ledwo widoczne, i prychnąłem pod nosem, jakby sama myśl o tym, co ona mówiła, była dla mnie bardzo absurdalna.
- Nie, Pludence, nie wiem, jak jeszt. - Odparłem, unosząc lekko brwi, z taką nonszalancką pewnością, jakbym mówił o czymś zupełnie nieważnym - mimo wszystko, było coś satysfakcjonującego w tym, że się od tego odciąłem. - Nie, wies, ja nie wybszysam, po plostu nie czuję potszeby, szeby to splawdzaś. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było coś naturalnego, choć w głębi wiedziałem, że to tylko kolejny wybór, który zrobiłem, bo nie widziałem innego wyjścia. Zamknąłem oczy na chwilę, licząc w głowie, ile to już lat... I, kurwa, to było mniej więcej jedenaście lat, odkąd zrezygnowałem z tej przyjemności, z tej jednej rzeczy, która kiedyś wydawała się najważniejsza. Siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia jeden z kawałkiem, a potem… no, już nie. Dwudzieste drugie urodziny spędziłem już sam. Wzruszyłem ramionami jeszcze raz, z lekkim uśmiechem, bo ta historia była długa, i tak nie miała sensu przy tym, co działo się tu i teraz. Milczałem przez moment, aż w końcu odezwałem się ponownie, tonem, który miał brzmieć lekko, chociaż czaiła się w nim jakaś nutka powagi. - Wies, szyję w takim tlybie, sze stałe zwiąski to dla mnie po plostu nawet nie tyle nielealny luksus, co kłopot. - Powiedziałem w końcu, otwierając oczy i patrząc gdzieś w ścianę, nie kryjąc trochę nonszalanckiego, odrobinę cierpkiego tonu, jakbym odrzucał coś, co nie jest warte mojego wysiłku. - Takie lealia, wies. - Rzuciłem jeszcze jeden, luźny komentarz, wyśmiewając się trochę z siebie, bo to przecież w naszej branży, w tym zawodzie, nigdy nie było wpisane to, co można nazwać stabilnym fundamentem dla relacji. - Jeszli nie chces dusiś szię, lobiąs małe, powtaszalne zlesenia w glanisach klaju, to cały czas miota tobą s miejsa na miejse, w tym zawosie tak jusz jeszt. Szą osoby, któle stanowią wyjątek, ale to zazwyszaj te losiny s dziada, pladziada, usztawione gwiastki, pokloju tej nepo sekutnicy na gósze, co wszeniają szię w siebie od pokoleń i mają szwoje układy. Zaswyszaj pielwsi chwytają lepsze, lokalne fuchy. - Kiwnąłem, rozglądając się w półmroku. Bourbon w butelce niemal się kończył, więc zaraz musiałem się podnieść, sięgnąć po kolejną flaszkę, ale jeszcze korzystałem z tej chwili siedzenia na podłodze. Zamilkłem na chwilę, sięgnąwszy po butelkę, którą trzymałem przy nodze, unosząc ją, żeby napić się odrobiny tego wyszukanego alkoholu. Przez chwilę milczałem, spokojnie łykając alkohol, a potem, z wyczuciem, kontynuowałem, bo w tym temacie zdecydowanie miałem coś do powiedzenia. - A lesta? Dzieli szię tym, co zosztaje. No, i odsetek zgonów i urasów w branszy na dłuszszą metę laszej nie wpływałby posytywnie na molale w zwiąsku. To chyba nie jeszt najlepsa basa pod coś powaszniejsego. - Powiedziałem z nutą nonszalancji, bo przecież wiadomo, że w tym fachu ryzyko jest już wpisane w umowę na okres próbny, który tak naprawdę nigdy się nie kończy... Właściwie to nawet czułem pewną dumę z obranej ścieżki kariery, nawet z tymi mankamentami, bo wiedziałem, że to, co się stało, było tylko wyrazem tego, jak bardzo się od tego wszystkiego odciąłem - wyzwoliłem się od tych wszystkich społecznych oczekiwań, które mnie ograniczały. Zaśmiałem się cicho, tak jakby rozbawiony własnym podsumowaniem, a potem dodałem luźno, ale z przekąsem:
- No, ale co tam, nie? Szycie to nie film, jusz to ustaliliśmy, nie jesztem w stanie powiesieś, szeby mi to jakoś baldzo pszeskasało. Natomiast laszej nie pytaj mnie o opinię w zaklesie zwiąsku s Panem niekoniesznie-Idealnym-w-tym-wieku-nie-ma-co-wybszycaś, jak szię jakiś pojawi, bo kaszda odpowieś bęsie bszmieć jednakowo. - Wypaliłem to z lekkim śmiechem, jakby to miało rozładować atmosferę jeszcze bardziej. „Rzuć go” - o tak, najprostsze rozwiązanie wszystkich nużących problemów, zwłaszcza dla kogoś pokoju Prudence Bletchley, która - umówmy się, bardzo proszę - wcale nie musiała mierzyć w cokolwiek i jakkolwiek. To była przesada, niepotrzebnie zaniżone standardy, i tak dalej...
- Nie, chyba szeszywiście nie. - Przyznałem, pochylając się ku niej w półmroku, żeby ocenić ją spojrzeniem, i choćbym naprawdę mało co widział - kiwnąłem głową. - Nie jeszteś typem psialy. - Stwierdziłem, skupiając uwagę na tym, żeby zabrzmieć naprawdę ekspercko - no, bo przecież musiałem zachować standardy, zbudować sobie podstawy do tej zmiany ścieżki kariery, o czym rozmawialiśmy. Ja i Potter - dwóch starych kawalerów o mocnych, wyrazistych przekonaniach i ciętych ozorach do wydawania opinii na temat wszystkiego dookoła - co może pójść źle? A, przy tym przecież obaj byliśmy tacy skromni i wyważeni. Reakcja kobiety tylko utwierdziła mnie w przekonaniu. W zamian prychnąłem - darowałem sobie komentarz, zamiast tego zniżając się do przypomnienia:
- Mieliszmy nie kłamaś... - Skomentowałem - szach, mat, Prudence - wobec tego, będąc świadomym, że musiałem odnieść się do jeszcze tej drugiej nieprawdy. - Nadlobienie sztlasonego czasu na odległoś mosze byś tludne. - Przypomniałem jej o tym, co już powiedziałem - nic się nie zmieniło w tym zakresie i nadal zamierzałem jak najszybciej stąd wyjechać, nic mnie tu nie trzymało, nawet ta nasza nieoczekiwana przyjaźń, chęci nadrobienia straconego czasu, nic z tych. Kilka dni i mnie tu nie będzie - zabiorę się tak ukradkowo, jak się pojawiłem. Odnosząc się do naszej rozmowy, mógłbym powiedzieć, że ulotnię się tylnym wyjściem i tyle mnie widziano.
- To chata pszystosowana nie tylko do moczenia tyłka w jesiosze, wies... - Stwierdziłem w taki sposób, by zbudować trochę zainteresowania, odrobinę zaangażowania, ciutkę zaciekawienia, jednak nie dodając nic więcej, dopóki nie usłyszę konkretnego pytania - podawanie jej wszystkiego na tacy byłoby nudne dla nas obojga. A my już doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy nudziarzami, co nie?
- Wies, myślałem, sze jesztem wyjątkowy, bo nie całujes kaszdego pszyjasiela, więs tszymasz ten talent w seklesie. A ty wsystko mi zniszczyłaś. - Przerwałem na moment, by sięgnąć po pustą butelkę i osunąć ją od siebie, prostując drugą nogę. To było takie absurdalne, że w tym momencie, mimo wszystko, musiałem się z tego zaśmiać - to był naprawdę dobry pocałunek, tak na marginesie. Ten, którego się nie spodziewałem w tamtej chwili, gdy nagle nasze drogi się skrzyżowały i wszystko potoczyło się tak szybko. Nie zamierzałem się nad tym rozwodzić, bo wiedziałem, że i tak to wszystko było tylko chwilowe - nic z tego nie wyniknie. Nigdy nie było między nami nic więcej, a to, co się zdarzyło, było tylko jednym z tych momentów, które się zdarzają, kiedy ludzie, którzy mają za sobą naprawdę długą i ciężką przeprawę dosłownie przez piekło, nagle się rozluźniają, zapominając o hierarchii, społecznych maskach i oczekiwaniach. Nie, nie żałowałem tego pocałunku. - Tak, fakt, bywas zaszkakująsa. - Przyznałem - potem, z lekkim westchnieniem, przesunąłem się od ściany. Wstałem z zamiarem sięgnięcia po butelkę z jakimś mocnym alkoholem, którą mógłbym trzymać pod ręką, prawie jak trofeum. Przeszedłem kilka kroków, usiłując zlokalizować coś dobrego - tym razem z półki, którą ledwo dostrzegałem w półmroku, bo nie zabrałem ze sobą lampy. Szczęście się do mnie uśmiechnęło. Chciałem ją wyciągnąć, ale zanim jednak złapałem tą jedyną słuszną i upragnioną z flaszek, spojrzałem na Prudence i zapytałem, wciąż z tym samym nonszalanckim tonem:
- No dobla, Plue, co s tym alkoholem? Co mam ci podaś? Wino? Cydl? A mosze coś mosniejszego? Whisky? Shely? - Zapytałem, unosząc brwi, czekając na jej odpowiedź, a jednocześnie próbując zyskać chwilę na przemyślenie tego, co dalej. Byłem ciekaw, czy chce się napić, czy może jednak kapituluje.
Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wiedziałem, że to tylko próba, żeby mnie zagiąć, a ja lubiłem jej niektóre z tych prób.
- Mosze splóbujes jescze las, tym lasem s zamkniętymi oszami? - Zasugerowałem, będąc jej pomocą. Próbowała mnie uciszyć, chociaż wiedziałem, że sama nie wierzyła, że to coś da. - No weś, Pludy, chyba nie myszlisz, sze moszesz mi loskasywaś... Nie tak łatwo mnie ucisyć, wies? Co zlobisz, odbieszesz mi punkty? - Powiedziałem z przekąsem, podkreślając, że jej próby są raczej bezskuteczne. - Pszesiesz wies, sze nie umiem się powstszymaś, kiedy ktoś plóbuje mnie pouczaś... - Celowo przerwałem, przeciągając się lekko, rozbawiony jej wysiłkiem. Czułem, jak to ją irytuje, a ja tymczasem przecież tylko się uśmiechałem pod nosem i nie robiłem nic złego - to był dialog, była to dyskusja, nie monolog, szczególnie że każde z nas miało swoje zdanie - mieliśmy każde własną perspektywę na tamte wydarzenia.
- Posa tym ja się stalam, tylko chyba mi nie wychosi, bo ty cały czas plóbujesz mnie wyłączyś, jakbym był telewisolem. A to tak nie działa... To losmowa, wies? - Upewniłem się, że mamy tą samą definicję. - Losmowa, nie monolog, mon amie, polega na tym, sze dwie stlony mówią po kolei, dająs sobie pszestszeń, i dzięki temu ta jedna mosze nie zgodziś szię s pomówieniami na szwój temat. - Przyglądałem się - co było przesadą, bo mało co widziałem - jej z lekkim uśmiechem, chociaż w głębi wiedziałem, że zachowuję się jak dzieciak, ale przecież w tym wszystkim to było dość przyjacielskie i nieszkodliwe - tym razem to nie była chamska uszczypliwość i dopiekanie, naprawdę jej słuchałem.
- No dobla, dobla, jusz szię zamknąłem. Widzis? Jesztem cisej, milknę. Nie chcę ci pszuć tej twojej twólszej wisualisasji, bo wisę... Tak właściwie, chuja wisę. - Znowu się uśmiechnąłem, tym razem bardziej z przekory, patrząc na nią z wyzywającym błyskiem w oczach - ona też chuja widziała, może nawet byłaby skora powiedzieć, że podwójnie, ale mi to nie przeszkadzało. Mimo wszystko, ta sytuacja była dla mnie zabawna, nawet jeśli ona wydawała się poważna i trochę rozczarowana przez tą nagłą zmianę podejścia. Sama sobie na to jednak zasłużyła - mogła nie rzucać takich komentarzy - zdecydowanie się zapędzała, ale z drugiej strony, ileż można... - No ok, doseniam stalania, nawet jeszli ci nie wyszło. Moszesz usnaś, sze trafiłaś na opolny pszypadek, jeszli chcesz... - Słowa wypłynęły bez zastanowienia - trochę rozbawione, trochę podpuszczające, jakbyśmy już dawno przeszli przez granicę, za którą zaczyna się jakaś inna rozmowa, bardziej osobista, bardziej szczera.
- „Większość tobie podobnych...” - Powiedziałem, powtarzając powoli, z lekkim ironicznym uśmieszkiem na twarzy, jakby to były właśnie te słowa, na które tyle czekałem - właśnie je wypowiedziała, jakże uroczo. Obróciłem się nieco w jej stronę, a potem z wyraźną, teatralną pauzą dodałem, patrząc na nią z tym swoim lekko cynicznym spojrzeniem, którego pewnie i tak nie mogła dostrzec - ja nie widziałem jej miny, a chciałbym. - Wies, co to jeszt? - Spytałem niespiesznie, jakby smakując słowa, które wybrzmiewały z cichym, nieco zniekształconym pogłosem piwnicznych ścian. Odstawiłem butelkę obok nogi, by unieść obie ręce, i wycelowałem palcami - wskazującym i środkowym - w jej kierunku, jakby to były dwa pistolety. - To klasism. - Pif, paf... Albo jakby to niektórzy stwierdzili - „wasted”... - Pludence, nie wiem, czy masz dlugie imię, Bletchley... Jeszteś obszydliwą klaszistką... - Dodałem z przekąsem, patrząc na nią z lekkim uśmiechem, próbując rozładować napięcie - chociaż w tym półmroku i tak było trudno powiedzieć, co się dzieje w głowie drugiej osoby. To było dziwne wrażenie, może trochę spowodowane klimatem i alkoholem, ale odnosiłem wrażenie, że ostatnie resztki szkolnej aury między nami zaczynały się zupełnie rozluźniać, jakby Prudence w końcu przestała się tak kurczowo trzymać tego, co było, a ja sam poczułem, jak zupełnie odpuszczam, bo w końcu to wszystko nie było już takie poważne - nie od wielu lat.
- Znowu mnie oceniasz, zupełnie mnie nie znająs... - Upomniałem, chociaż tylko po to, by zaraz wzruszyć ramionami - patrzyłem na nią, starając się ukryć uśmiech, który mimo wszystko prześlizgnął się na moje usta. - Szczeloś, nie...? Ta... - Sam sobie odpowiedziałem. - Zaleszałoby od momentu, lysyko było fifty-fifty, po połowie, nie powiem ci, sze bym cię nigdy nie wyśmiał... - Wzruszyłem ramionami - taka prawda, to wszystko zależało od dnia, godziny, koniunkcji Księżyca z Saturnem i tak dalej - tego, czy byłbym wtedy z chłopakami, czy sam... Czy miałbym dobry humor, czy nie. Czy byłoby to po wakacjach, czy przed wakacjami, a może w środku roku. Na samym początku, albo na końcu, gdy już odpuszczałem - było wiele zmiennych, a to było już tylko spekulowanie, nic ważnego, zamknęliśmy ten etap, całe szczęście, i zajęliśmy się każde swoimi sprawami, chociaż podzielenie się perspektywą na tamte sytuacje było, jak oddech świeżego powietrza. Nareszcie zaczęliśmy rozmawiać jak ludzie - tym razem już wiedząc, kto siedzi obok.
- Bullshit, tak, tak, jasne. A posa tym, tak, s tymi umiejętnosiami powinienem załoszyś agensję matlymonialną, najlepiej z Pottelem... - Parsknąłem cicho, z rozbawienia, chociaż w głębi czułem, że to bardziej rozbawienie z siebie samego. Znalazł się ekspert związkowy, który nigdy nie był w udanym związku, specjalista od trafnego wyboru partnera życiowego - tak, tak, z pewnością. Chociaż, tak po prawdzie, nie było tak, że nigdy nie czułem się szczęśliwie zakochany. Nie, wręcz przeciwnie - całe doświadczenie z zawarciem kontrowersyjnego związku w młodym wieku było jak wyłom w mojej dotychczasowej powłoce, jakby oddech, którego tak długo nie zdawałem sobie sprawy, że potrzebuję. To był moment, który wywołał we mnie coś, co trudno nazwać, ale na pewno było prawdziwe. Na kilka chwil byłem wolny od iluzji, od maski, którą zakładałem codziennie na zewnątrz. To była ta chwila, którą zapamiętam na zawsze, choćby dlatego, że w tym ukryciu, w jakim braliśmy ślub, a potem opuściliśmy kraj, pełni nadziei, że znajdziemy swoje miejsce, poczułem się naprawdę sobą. Nie wydawało mi się - nie, nic z tych rzeczy. Przez pewien czas naprawdę nim byłem - tym wolnym, zakochanym człowiekiem, pozbawionym ograniczeń, nawet w obliczu wyzwań i ciężarów. Po prostu - ta chwila, ta jedna, jedyna, była jak niespodziewany promień słońca, który wkrada się do ciemnej piwnicy. Wprowadził światło i ciepło do tego naszego układu, wtedy szumnie zwanego „miłość”, który z czasem stał się coraz bardziej złożony - coraz bardziej powiązany z różnicami w wychowaniu i podejściu. Miałem w głowie te wspomnienia, ale nie chciałem się zbytnio nad nimi rozwodzić. Pokręciłem głową na tyle wyraźnie, że pewnie to widziała, mimo że światło było ledwo widoczne, i prychnąłem pod nosem, jakby sama myśl o tym, co ona mówiła, była dla mnie bardzo absurdalna.
- Nie, Pludence, nie wiem, jak jeszt. - Odparłem, unosząc lekko brwi, z taką nonszalancką pewnością, jakbym mówił o czymś zupełnie nieważnym - mimo wszystko, było coś satysfakcjonującego w tym, że się od tego odciąłem. - Nie, wies, ja nie wybszysam, po plostu nie czuję potszeby, szeby to splawdzaś. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było coś naturalnego, choć w głębi wiedziałem, że to tylko kolejny wybór, który zrobiłem, bo nie widziałem innego wyjścia. Zamknąłem oczy na chwilę, licząc w głowie, ile to już lat... I, kurwa, to było mniej więcej jedenaście lat, odkąd zrezygnowałem z tej przyjemności, z tej jednej rzeczy, która kiedyś wydawała się najważniejsza. Siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia jeden z kawałkiem, a potem… no, już nie. Dwudzieste drugie urodziny spędziłem już sam. Wzruszyłem ramionami jeszcze raz, z lekkim uśmiechem, bo ta historia była długa, i tak nie miała sensu przy tym, co działo się tu i teraz. Milczałem przez moment, aż w końcu odezwałem się ponownie, tonem, który miał brzmieć lekko, chociaż czaiła się w nim jakaś nutka powagi. - Wies, szyję w takim tlybie, sze stałe zwiąski to dla mnie po plostu nawet nie tyle nielealny luksus, co kłopot. - Powiedziałem w końcu, otwierając oczy i patrząc gdzieś w ścianę, nie kryjąc trochę nonszalanckiego, odrobinę cierpkiego tonu, jakbym odrzucał coś, co nie jest warte mojego wysiłku. - Takie lealia, wies. - Rzuciłem jeszcze jeden, luźny komentarz, wyśmiewając się trochę z siebie, bo to przecież w naszej branży, w tym zawodzie, nigdy nie było wpisane to, co można nazwać stabilnym fundamentem dla relacji. - Jeszli nie chces dusiś szię, lobiąs małe, powtaszalne zlesenia w glanisach klaju, to cały czas miota tobą s miejsa na miejse, w tym zawosie tak jusz jeszt. Szą osoby, któle stanowią wyjątek, ale to zazwyszaj te losiny s dziada, pladziada, usztawione gwiastki, pokloju tej nepo sekutnicy na gósze, co wszeniają szię w siebie od pokoleń i mają szwoje układy. Zaswyszaj pielwsi chwytają lepsze, lokalne fuchy. - Kiwnąłem, rozglądając się w półmroku. Bourbon w butelce niemal się kończył, więc zaraz musiałem się podnieść, sięgnąć po kolejną flaszkę, ale jeszcze korzystałem z tej chwili siedzenia na podłodze. Zamilkłem na chwilę, sięgnąwszy po butelkę, którą trzymałem przy nodze, unosząc ją, żeby napić się odrobiny tego wyszukanego alkoholu. Przez chwilę milczałem, spokojnie łykając alkohol, a potem, z wyczuciem, kontynuowałem, bo w tym temacie zdecydowanie miałem coś do powiedzenia. - A lesta? Dzieli szię tym, co zosztaje. No, i odsetek zgonów i urasów w branszy na dłuszszą metę laszej nie wpływałby posytywnie na molale w zwiąsku. To chyba nie jeszt najlepsa basa pod coś powaszniejsego. - Powiedziałem z nutą nonszalancji, bo przecież wiadomo, że w tym fachu ryzyko jest już wpisane w umowę na okres próbny, który tak naprawdę nigdy się nie kończy... Właściwie to nawet czułem pewną dumę z obranej ścieżki kariery, nawet z tymi mankamentami, bo wiedziałem, że to, co się stało, było tylko wyrazem tego, jak bardzo się od tego wszystkiego odciąłem - wyzwoliłem się od tych wszystkich społecznych oczekiwań, które mnie ograniczały. Zaśmiałem się cicho, tak jakby rozbawiony własnym podsumowaniem, a potem dodałem luźno, ale z przekąsem:
- No, ale co tam, nie? Szycie to nie film, jusz to ustaliliśmy, nie jesztem w stanie powiesieś, szeby mi to jakoś baldzo pszeskasało. Natomiast laszej nie pytaj mnie o opinię w zaklesie zwiąsku s Panem niekoniesznie-Idealnym-w-tym-wieku-nie-ma-co-wybszycaś, jak szię jakiś pojawi, bo kaszda odpowieś bęsie bszmieć jednakowo. - Wypaliłem to z lekkim śmiechem, jakby to miało rozładować atmosferę jeszcze bardziej. „Rzuć go” - o tak, najprostsze rozwiązanie wszystkich nużących problemów, zwłaszcza dla kogoś pokoju Prudence Bletchley, która - umówmy się, bardzo proszę - wcale nie musiała mierzyć w cokolwiek i jakkolwiek. To była przesada, niepotrzebnie zaniżone standardy, i tak dalej...
- Nie, chyba szeszywiście nie. - Przyznałem, pochylając się ku niej w półmroku, żeby ocenić ją spojrzeniem, i choćbym naprawdę mało co widział - kiwnąłem głową. - Nie jeszteś typem psialy. - Stwierdziłem, skupiając uwagę na tym, żeby zabrzmieć naprawdę ekspercko - no, bo przecież musiałem zachować standardy, zbudować sobie podstawy do tej zmiany ścieżki kariery, o czym rozmawialiśmy. Ja i Potter - dwóch starych kawalerów o mocnych, wyrazistych przekonaniach i ciętych ozorach do wydawania opinii na temat wszystkiego dookoła - co może pójść źle? A, przy tym przecież obaj byliśmy tacy skromni i wyważeni. Reakcja kobiety tylko utwierdziła mnie w przekonaniu. W zamian prychnąłem - darowałem sobie komentarz, zamiast tego zniżając się do przypomnienia:
- Mieliszmy nie kłamaś... - Skomentowałem - szach, mat, Prudence - wobec tego, będąc świadomym, że musiałem odnieść się do jeszcze tej drugiej nieprawdy. - Nadlobienie sztlasonego czasu na odległoś mosze byś tludne. - Przypomniałem jej o tym, co już powiedziałem - nic się nie zmieniło w tym zakresie i nadal zamierzałem jak najszybciej stąd wyjechać, nic mnie tu nie trzymało, nawet ta nasza nieoczekiwana przyjaźń, chęci nadrobienia straconego czasu, nic z tych. Kilka dni i mnie tu nie będzie - zabiorę się tak ukradkowo, jak się pojawiłem. Odnosząc się do naszej rozmowy, mógłbym powiedzieć, że ulotnię się tylnym wyjściem i tyle mnie widziano.
- To chata pszystosowana nie tylko do moczenia tyłka w jesiosze, wies... - Stwierdziłem w taki sposób, by zbudować trochę zainteresowania, odrobinę zaangażowania, ciutkę zaciekawienia, jednak nie dodając nic więcej, dopóki nie usłyszę konkretnego pytania - podawanie jej wszystkiego na tacy byłoby nudne dla nas obojga. A my już doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy nudziarzami, co nie?
- Wies, myślałem, sze jesztem wyjątkowy, bo nie całujes kaszdego pszyjasiela, więs tszymasz ten talent w seklesie. A ty wsystko mi zniszczyłaś. - Przerwałem na moment, by sięgnąć po pustą butelkę i osunąć ją od siebie, prostując drugą nogę. To było takie absurdalne, że w tym momencie, mimo wszystko, musiałem się z tego zaśmiać - to był naprawdę dobry pocałunek, tak na marginesie. Ten, którego się nie spodziewałem w tamtej chwili, gdy nagle nasze drogi się skrzyżowały i wszystko potoczyło się tak szybko. Nie zamierzałem się nad tym rozwodzić, bo wiedziałem, że i tak to wszystko było tylko chwilowe - nic z tego nie wyniknie. Nigdy nie było między nami nic więcej, a to, co się zdarzyło, było tylko jednym z tych momentów, które się zdarzają, kiedy ludzie, którzy mają za sobą naprawdę długą i ciężką przeprawę dosłownie przez piekło, nagle się rozluźniają, zapominając o hierarchii, społecznych maskach i oczekiwaniach. Nie, nie żałowałem tego pocałunku. - Tak, fakt, bywas zaszkakująsa. - Przyznałem - potem, z lekkim westchnieniem, przesunąłem się od ściany. Wstałem z zamiarem sięgnięcia po butelkę z jakimś mocnym alkoholem, którą mógłbym trzymać pod ręką, prawie jak trofeum. Przeszedłem kilka kroków, usiłując zlokalizować coś dobrego - tym razem z półki, którą ledwo dostrzegałem w półmroku, bo nie zabrałem ze sobą lampy. Szczęście się do mnie uśmiechnęło. Chciałem ją wyciągnąć, ale zanim jednak złapałem tą jedyną słuszną i upragnioną z flaszek, spojrzałem na Prudence i zapytałem, wciąż z tym samym nonszalanckim tonem:
- No dobla, Plue, co s tym alkoholem? Co mam ci podaś? Wino? Cydl? A mosze coś mosniejszego? Whisky? Shely? - Zapytałem, unosząc brwi, czekając na jej odpowiedź, a jednocześnie próbując zyskać chwilę na przemyślenie tego, co dalej. Byłem ciekaw, czy chce się napić, czy może jednak kapituluje.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)