24.04.2025, 17:37 ✶
Jak można było się spodziewać Basilius absolutnie nie bawił się tobrze. To było okropne. Martwił się o rodzinę. Martwił się o przyjaciół. Dym i pożar nasilały się w przeciwieństwie do sił uzdrowiciela i odporności na drapiący jego płuca dym. Basilius jednak, nie planował na razie odpuścić, pomagając tak jak tylko umiał, starając się jednocześnie po prostu nie robić głupich rzeczy takich jak bezpotrzebne bieganie.
Ogólnie to po prostu był wściekły. Wściekły bo tylko czekał, aż zaraz zacznie boleć go głowa, a nie zapowiadało się, aby ten koszmar szybko się skończył. Wściekły bo tego wszystkiego dało się kurwa uniknąć gdyby tylko nie ci debile od Czrnego Pana. Wściekły, b coraz bardziej się martwił o bliskich.
I wściekły, bo w tym całym chaosie, zaraz gdy skończył opatrywanie komuś nogę, jakiś geniusz postanowił oblać go czerwoną farbą krzycząc coś, że to Basilius miał krew na rękach. Basilius mógł w odpowiedzi krzyknąć coś, że tak miał krew na rękach, bo właśnie opatrywał rannych. Tamten jednak zdążył uciec. Farby nie dało się normalnie zmyć. Przez to krzyczenie Basilius zaczął kasłać. Super jedność społeczeństwa w obliczu wspólnego wroga. Taka dwa na dziesięć.
Szczęściem w nieszczęściu było to, że uzdrowiciel chwilę później usłyszał znajomy głos i nagle wściekłość nieco z niego uszła.
Millie. Żyla.
Szybko objął przyjaciółkę, nie myśląc nawet o tym, czy przypadkiem nie ubrudził jej zasychającą już farbą.
– Nic ci nie jest? – spytał ochrypłym od dymu głosem. – Już idę. Co ci się przykleiło? Thomas, co? Poczekaj Millie nie tak szybko – mówił, dając się ciągnąć czarownicy do rannego czarodzieja. Na miejscu zobaczył jeszcze Olivia. Skinął w jej stronę głową, a potem przeniósł wzrok na poszkodowanego. Nie wyglądało to dobrze.
Szybko wyciągnął różdżkę i spróbował trasmutować kamień, który uwięził mężczyznę, tak by był lżejszy niż był.
Transmutacja II, transmutuje kamień na lżejszy
Ogólnie to po prostu był wściekły. Wściekły bo tylko czekał, aż zaraz zacznie boleć go głowa, a nie zapowiadało się, aby ten koszmar szybko się skończył. Wściekły bo tego wszystkiego dało się kurwa uniknąć gdyby tylko nie ci debile od Czrnego Pana. Wściekły, b coraz bardziej się martwił o bliskich.
I wściekły, bo w tym całym chaosie, zaraz gdy skończył opatrywanie komuś nogę, jakiś geniusz postanowił oblać go czerwoną farbą krzycząc coś, że to Basilius miał krew na rękach. Basilius mógł w odpowiedzi krzyknąć coś, że tak miał krew na rękach, bo właśnie opatrywał rannych. Tamten jednak zdążył uciec. Farby nie dało się normalnie zmyć. Przez to krzyczenie Basilius zaczął kasłać. Super jedność społeczeństwa w obliczu wspólnego wroga. Taka dwa na dziesięć.
Szczęściem w nieszczęściu było to, że uzdrowiciel chwilę później usłyszał znajomy głos i nagle wściekłość nieco z niego uszła.
Millie. Żyla.
Szybko objął przyjaciółkę, nie myśląc nawet o tym, czy przypadkiem nie ubrudził jej zasychającą już farbą.
– Nic ci nie jest? – spytał ochrypłym od dymu głosem. – Już idę. Co ci się przykleiło? Thomas, co? Poczekaj Millie nie tak szybko – mówił, dając się ciągnąć czarownicy do rannego czarodzieja. Na miejscu zobaczył jeszcze Olivia. Skinął w jej stronę głową, a potem przeniósł wzrok na poszkodowanego. Nie wyglądało to dobrze.
Szybko wyciągnął różdżkę i spróbował trasmutować kamień, który uwięził mężczyznę, tak by był lżejszy niż był.
Transmutacja II, transmutuje kamień na lżejszy
Rzut N 1d100 - 55
Sukces!
Sukces!