24.04.2025, 19:06 ✶
Było za późno.
Powinienem to przewidzieć, pomyślał zbyt stary, aby jeszcze wierzyć w przypadki, a za mało arogancki, żeby sądzić, że wiedział wszystko, auror. Nie uderzyli w mury Ministerstwa, nie próbowali jeszcze skruszyć biurokratycznego betonu, bo po co? Ministerstwo samo osłabnie. Powinien był przewidzieć, że uderzą tam, gdzie ludzie czuli się najbezpieczniej. Pokątna. Dziurawy Kocioł. Najludniejsze miejsca. Dolina Godryka. Domy, rodziny, czyli taktyka starej szkoły. Siej strach tam, gdzie człowiek śpi. Gdzie dziecko się śmieje. Miał za sobą lata na służbie i dekady doświadczenia, więc dlaczego nie ujrzał tego, co było w tym momencie tak oczywiste?
Z różdżką w dłoni czuł jeszcze szarpnięcie od teleportacji, a potem słyszał swoje imię. Mężczyzna ujrzał Brennę Longbottom dopiero, gdy jej sylwetka wyłoniła się z dymu niczym obrazek wyrwany ze starej fotografii. Widok znajomej sąsiadki nie przyniósł mu ulgi, tylko więcej smrodu spalenizny, kurzu i żaru.
— Brenno, nic ci nie jest?! — zawołał z troską, skracając dzielący ich dystans. Jego spojrzenie zsunęło się po niej w jednej, szybkiej ocenie, czy była cała, czy trzymała się prosto, i czy jej twarz nie zdradzała, czegoś czego nie powiedziałaby słowami. Kwestia instynktu albo nawyku, ponieważ następnie rzucił okiem za jej plecy. Spodziewał się, że coś albo ktoś się za nią nie czaił... Najwyraźniej paranoja była częścią jego zawodu. — Widziałaś coś? Ranni? Ktoś z naszych oberwał? — ruszył za brygadzistką bez słowa protestu. Zaklęcie obronne już pulsowało mu pod palcami, kiedy dorównał jej kroku.— Alice dostała... — wyrzucił z siebie zbyt szybko i nerwowo. — Była ze mną w Dolinie, gdy z nieba zaczął sypać popiół. Odstawiłem ją do Munga, ale nawet nie wszedłem do środka. Zostawiłem ją i... — urwał. Słowa utknęły mu w gardle. Nie widział się z Jo. Nie widział Hestii. Umówił się z Alice, że dopiero jeśli żadnej z nich nie spotka, wtedy będą się martwić. Tyle że panika już w tym momencie wspinała się po jego po kręgosłupie i zaciskała się na karku. Panikował. Nie jako Julek, auror. A jako Julek, ojciec. Szkoda, że ten pierdolony mundur nie znał różnicy.
— Nie minęłaś się z nią? Też jej nie widziałem, ale prędzej czy później ją znajdę. A my idziemy razem. Żadnego rozdzielania się, jasne? Nie podoba mi się to — powiedział. Wzrok znowu powędrował ku uliczce, którą mieli sprawdzić.
!Co złego to nie Jenkins
Powinienem to przewidzieć, pomyślał zbyt stary, aby jeszcze wierzyć w przypadki, a za mało arogancki, żeby sądzić, że wiedział wszystko, auror. Nie uderzyli w mury Ministerstwa, nie próbowali jeszcze skruszyć biurokratycznego betonu, bo po co? Ministerstwo samo osłabnie. Powinien był przewidzieć, że uderzą tam, gdzie ludzie czuli się najbezpieczniej. Pokątna. Dziurawy Kocioł. Najludniejsze miejsca. Dolina Godryka. Domy, rodziny, czyli taktyka starej szkoły. Siej strach tam, gdzie człowiek śpi. Gdzie dziecko się śmieje. Miał za sobą lata na służbie i dekady doświadczenia, więc dlaczego nie ujrzał tego, co było w tym momencie tak oczywiste?
Z różdżką w dłoni czuł jeszcze szarpnięcie od teleportacji, a potem słyszał swoje imię. Mężczyzna ujrzał Brennę Longbottom dopiero, gdy jej sylwetka wyłoniła się z dymu niczym obrazek wyrwany ze starej fotografii. Widok znajomej sąsiadki nie przyniósł mu ulgi, tylko więcej smrodu spalenizny, kurzu i żaru.
— Brenno, nic ci nie jest?! — zawołał z troską, skracając dzielący ich dystans. Jego spojrzenie zsunęło się po niej w jednej, szybkiej ocenie, czy była cała, czy trzymała się prosto, i czy jej twarz nie zdradzała, czegoś czego nie powiedziałaby słowami. Kwestia instynktu albo nawyku, ponieważ następnie rzucił okiem za jej plecy. Spodziewał się, że coś albo ktoś się za nią nie czaił... Najwyraźniej paranoja była częścią jego zawodu. — Widziałaś coś? Ranni? Ktoś z naszych oberwał? — ruszył za brygadzistką bez słowa protestu. Zaklęcie obronne już pulsowało mu pod palcami, kiedy dorównał jej kroku.— Alice dostała... — wyrzucił z siebie zbyt szybko i nerwowo. — Była ze mną w Dolinie, gdy z nieba zaczął sypać popiół. Odstawiłem ją do Munga, ale nawet nie wszedłem do środka. Zostawiłem ją i... — urwał. Słowa utknęły mu w gardle. Nie widział się z Jo. Nie widział Hestii. Umówił się z Alice, że dopiero jeśli żadnej z nich nie spotka, wtedy będą się martwić. Tyle że panika już w tym momencie wspinała się po jego po kręgosłupie i zaciskała się na karku. Panikował. Nie jako Julek, auror. A jako Julek, ojciec. Szkoda, że ten pierdolony mundur nie znał różnicy.
— Nie minęłaś się z nią? Też jej nie widziałem, ale prędzej czy później ją znajdę. A my idziemy razem. Żadnego rozdzielania się, jasne? Nie podoba mi się to — powiedział. Wzrok znowu powędrował ku uliczce, którą mieli sprawdzić.
!Co złego to nie Jenkins