24.04.2025, 22:30 ✶
Wbrew dosyć szorstkiemu początkowi, jeszcze na długo przed nastaniem świtu, to był naprawdę dobry dzień. Jeden z tych wyjątkowo długich, bo zaczętych jeszcze przed północą dnia zeszłego, obfitujących w różnorodne uczucia i stany emocjonalne, jednak dobrych. Naprawdę dobrych. Z perspektywy czasu, Ambroise nie mógł powiedzieć o nim ani jednego złego słowa.
Nie dlatego, że nie stało się nic, czego mógł lub wręcz mogli uniknąć. O nie. Teoretycznie popełnili całkiem sporo błędów. Szczególnie i przede wszystkim tych komunikacyjnych, co nie było im zupełnie obce, nawet jeśli od dawien dawna potrafili dogadać się ze sobą jak z nikim innym.
Tym razem w grę wchodziły jednak inne czynniki niż tylko chęć osiągnięcia kompromisu. A przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie okazało się, że w gruncie rzeczy sprawy mają się nieco inaczej.
Potrafili rozmawiać spokojnie. Umieli nie ciskać w siebie wyrzutami, nie strzelać piorunami z oczu, nie uciekać się do odpychających zagrywek. W dalszym ciągu byli w stanie instynktownie dawać sobie wszystko, czego potrzebowali. Nie tylko pod kątem fizyczności, której zdecydowanie nie brakowało im w ostatnich dniach.
A więc tak. To był dobry, naprawdę dobry dzień. Zapowiadał się jeszcze lepszy wieczór. Nie mógł zatem powiedzieć o tym wszystkim ani jednego złego słowa, skoro sprowadziło ich to do tego tu i teraz, nawet jeśli z przejściami.
Poza tym obiecał nie być aż takim czarnowidzem, czyż nie? W tym momencie stając z kwiatami przed Riną, zdecydowanie nim nie był. Uśmiechał się, kąciki ust zdecydowanie zadrżały mu na ten jej komentarz, nawet jeśli skwitował to tylko wzruszając ramionami.
Wyjątkowo nie próbował robić z siebie kogoś przewspaniałego za coś, co było dla niego bardzo oczywiste. Musiała na nowo zaprzyjaźnić się z tymi wszystkimi gestami, bo wcale nie zamierzał zmieniać tej części dawnych nawyków. Lubił przynosić jej kwiaty, traktować ją rzeczywiście jak młodą pannę na wydaniu, nawet jeśli później za drzwiami zachowywali się znacznie bardziej swobodnie. Momentami wręcz dziko.
Oczywiście, że zamierzał się postarać. Nie wydawało mu się to czymś szczególnym, skoro tego dnia padło między nimi naprawdę dużo deklaracji. To był ich czas. Ich późne popołudnie. Właściwie to już prawie wieczór, choć do zmroku pozostało jeszcze ładne kilka godzin.
Mieli sporo czasu na to, żeby wcielić w życie swoje odroczone plany. Nawet, jeśli nie wszystkie to przynajmniej ich znaczną część. Nie musieli jakoś specjalnie kłopotać się koniecznością wczesnego powrotu do domu. Byli dorośli, właśnie zrobili całkiem poważny krok. Ponownie podjęli decyzję, która padła między nimi przed laty.
Mimo, że rano miał się pojawić na dyżurze w Mungu, naprawdę nie zamierzał odmawiać sobie możliwości celebracji ich pierwszych chwil. Tego, co zaczęli ze sobą odbudowywać. Starej, a jednak nowej rzeczywistości.
Mieli jeszcze całkiem sporo tematów do poruszenia. Zdecydowanie musieli nawiązać do wielu nierozwiązanych kwestii zamiecionych pod dywan. Potrzebowali ustalić dziesiątki, jeśli nie setki rzeczy. W tym także tych, których on sam wolałby nie ruszać, nie mówić o nich. A jednak obiecał, że to zrobi. Tym razem nie zamierzał złamać danego słowa.
Z tym, że mogli to zrobić w przeciągu kilku dni. Najlepiej po zajęciu się odwykiem Astarotha, skoro przeżyli już swoje osobiste katharsis. Jeśli nie w ogóle tygodni, skoro już nigdzie im się nie spieszyło.
Oficjalnie do siebie wrócili. Byli razem. To nie miało ulec zmianie. Oboje byli ugruntowani w przekonaniu, że to było najlepsze, co mogli zrobić. Osobno wcale nie żyło im się łatwiej. Wręcz przeciwnie. Nie potrzebowali wiele, aby udowodnić sobie, że samotnie stawali się bardziej pogubionymi ludźmi.
Zresztą nie było w tym nic dziwnego, nieprawdaż? Przeżyli wspólnie znaczną część swojego dorosłego życia. Byli swoimi jedynymi stałymi partnerami. Największą miłością. Tymi bratnimi duszami, jakkolwiek abstrakcyjnie by to kiedyś brzmiało. Tu raczej mieli całkowitą pewność, więc trwanie osobno byłoby prawdopodobnie jeszcze większym błędem niż to półtoraroczne rozstanie. Nie popełnili go.
Mieli więc naprawdę dużo czasu na to, aby powoli dopracowywać schematy, układając sobie życie. Zresztą, przeprowadzili już nie jedną całkiem długą i poważną rozmowę jak na ten dzień... ...a dwie?... ...dwie z kawałkiem? Co za dużo, to niezdrowo, prawda?
Mogli odpocząć, zrelaksować się, wyluzować. Mieli do tego pełne prawo. Dostatecznie się natrudzili i naprzejmowali przez ten cały parszywy okres. A wciąż mieli jeszcze multum spraw, które nie dotyczyły ich bezpośrednio, lecz wciąż wymagały uwagi. Je jednak także postanowili zostawić na jutro.
Teraz wychodzili z domu. Na randkę. To było równie zabawne, co naprawdę przyjemne uczucie. Nie wątpił, że oboje mieli starać się, by wyciągnąć z tego wieczoru jak najwięcej. Był zatem na tyle wyrozumiały, że tylko dyskretnie przewrócił oczami na widok obcisłych spodni Geraldine. Ustnie w ogóle ich nie skomentował.
- Jak najbardziej - stwierdził, wyciągając ku niej ramię, pod które zgrabnie go ujęła i dopiero wtedy obdarzając ją kolejnymi słowami. - Choć to chyba ja powinienem zadać to pytanie - nieznacznie drgnęły mu kąciki ust, bo od kiedy tak właściwie przejmowali się rolami?
No właśnie. Mimo to nie darował sobie tego komentarza, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie i otwierając usta, by tradycji stało się zadość. Wcześniej jednak znacząco odchrząknął.
- Gotowa? Możemy iść? - Spytał gładko, zupełnie tak, jakby po prostu musiał to zrobić.
Nie dlatego, że nie stało się nic, czego mógł lub wręcz mogli uniknąć. O nie. Teoretycznie popełnili całkiem sporo błędów. Szczególnie i przede wszystkim tych komunikacyjnych, co nie było im zupełnie obce, nawet jeśli od dawien dawna potrafili dogadać się ze sobą jak z nikim innym.
Tym razem w grę wchodziły jednak inne czynniki niż tylko chęć osiągnięcia kompromisu. A przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie okazało się, że w gruncie rzeczy sprawy mają się nieco inaczej.
Potrafili rozmawiać spokojnie. Umieli nie ciskać w siebie wyrzutami, nie strzelać piorunami z oczu, nie uciekać się do odpychających zagrywek. W dalszym ciągu byli w stanie instynktownie dawać sobie wszystko, czego potrzebowali. Nie tylko pod kątem fizyczności, której zdecydowanie nie brakowało im w ostatnich dniach.
A więc tak. To był dobry, naprawdę dobry dzień. Zapowiadał się jeszcze lepszy wieczór. Nie mógł zatem powiedzieć o tym wszystkim ani jednego złego słowa, skoro sprowadziło ich to do tego tu i teraz, nawet jeśli z przejściami.
Poza tym obiecał nie być aż takim czarnowidzem, czyż nie? W tym momencie stając z kwiatami przed Riną, zdecydowanie nim nie był. Uśmiechał się, kąciki ust zdecydowanie zadrżały mu na ten jej komentarz, nawet jeśli skwitował to tylko wzruszając ramionami.
Wyjątkowo nie próbował robić z siebie kogoś przewspaniałego za coś, co było dla niego bardzo oczywiste. Musiała na nowo zaprzyjaźnić się z tymi wszystkimi gestami, bo wcale nie zamierzał zmieniać tej części dawnych nawyków. Lubił przynosić jej kwiaty, traktować ją rzeczywiście jak młodą pannę na wydaniu, nawet jeśli później za drzwiami zachowywali się znacznie bardziej swobodnie. Momentami wręcz dziko.
Oczywiście, że zamierzał się postarać. Nie wydawało mu się to czymś szczególnym, skoro tego dnia padło między nimi naprawdę dużo deklaracji. To był ich czas. Ich późne popołudnie. Właściwie to już prawie wieczór, choć do zmroku pozostało jeszcze ładne kilka godzin.
Mieli sporo czasu na to, żeby wcielić w życie swoje odroczone plany. Nawet, jeśli nie wszystkie to przynajmniej ich znaczną część. Nie musieli jakoś specjalnie kłopotać się koniecznością wczesnego powrotu do domu. Byli dorośli, właśnie zrobili całkiem poważny krok. Ponownie podjęli decyzję, która padła między nimi przed laty.
Mimo, że rano miał się pojawić na dyżurze w Mungu, naprawdę nie zamierzał odmawiać sobie możliwości celebracji ich pierwszych chwil. Tego, co zaczęli ze sobą odbudowywać. Starej, a jednak nowej rzeczywistości.
Mieli jeszcze całkiem sporo tematów do poruszenia. Zdecydowanie musieli nawiązać do wielu nierozwiązanych kwestii zamiecionych pod dywan. Potrzebowali ustalić dziesiątki, jeśli nie setki rzeczy. W tym także tych, których on sam wolałby nie ruszać, nie mówić o nich. A jednak obiecał, że to zrobi. Tym razem nie zamierzał złamać danego słowa.
Z tym, że mogli to zrobić w przeciągu kilku dni. Najlepiej po zajęciu się odwykiem Astarotha, skoro przeżyli już swoje osobiste katharsis. Jeśli nie w ogóle tygodni, skoro już nigdzie im się nie spieszyło.
Oficjalnie do siebie wrócili. Byli razem. To nie miało ulec zmianie. Oboje byli ugruntowani w przekonaniu, że to było najlepsze, co mogli zrobić. Osobno wcale nie żyło im się łatwiej. Wręcz przeciwnie. Nie potrzebowali wiele, aby udowodnić sobie, że samotnie stawali się bardziej pogubionymi ludźmi.
Zresztą nie było w tym nic dziwnego, nieprawdaż? Przeżyli wspólnie znaczną część swojego dorosłego życia. Byli swoimi jedynymi stałymi partnerami. Największą miłością. Tymi bratnimi duszami, jakkolwiek abstrakcyjnie by to kiedyś brzmiało. Tu raczej mieli całkowitą pewność, więc trwanie osobno byłoby prawdopodobnie jeszcze większym błędem niż to półtoraroczne rozstanie. Nie popełnili go.
Mieli więc naprawdę dużo czasu na to, aby powoli dopracowywać schematy, układając sobie życie. Zresztą, przeprowadzili już nie jedną całkiem długą i poważną rozmowę jak na ten dzień... ...a dwie?... ...dwie z kawałkiem? Co za dużo, to niezdrowo, prawda?
Mogli odpocząć, zrelaksować się, wyluzować. Mieli do tego pełne prawo. Dostatecznie się natrudzili i naprzejmowali przez ten cały parszywy okres. A wciąż mieli jeszcze multum spraw, które nie dotyczyły ich bezpośrednio, lecz wciąż wymagały uwagi. Je jednak także postanowili zostawić na jutro.
Teraz wychodzili z domu. Na randkę. To było równie zabawne, co naprawdę przyjemne uczucie. Nie wątpił, że oboje mieli starać się, by wyciągnąć z tego wieczoru jak najwięcej. Był zatem na tyle wyrozumiały, że tylko dyskretnie przewrócił oczami na widok obcisłych spodni Geraldine. Ustnie w ogóle ich nie skomentował.
- Jak najbardziej - stwierdził, wyciągając ku niej ramię, pod które zgrabnie go ujęła i dopiero wtedy obdarzając ją kolejnymi słowami. - Choć to chyba ja powinienem zadać to pytanie - nieznacznie drgnęły mu kąciki ust, bo od kiedy tak właściwie przejmowali się rolami?
No właśnie. Mimo to nie darował sobie tego komentarza, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie i otwierając usta, by tradycji stało się zadość. Wcześniej jednak znacząco odchrząknął.
- Gotowa? Możemy iść? - Spytał gładko, zupełnie tak, jakby po prostu musiał to zrobić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down