25.04.2025, 09:37 ✶
Oczywiście, że nie byli specjalnie dobrymi ludźmi. Bo w byciu prawnikiem, sędzią czy nawet politykiem nie do końca chodziło zwykle o to, żeby być dobrym. Chodziło o to, żeby być skutecznym. I przetrwać w urzędniczej dżungli.
Oboje trafili przecież do Ministerstwa jeszcze w czasach Tufta. Widzieli powolną radykalizację prawa za czasów Forinbrasa Malfoy’a. Lubiła te czasy, bo pozwoliły jej budować pomalutku swoją pozycję, wciąż pozostając pod opieką nieszczególnie liberalnego ojca - Philipa Croucha. Ot pyskata gówniara z kodeksem, chroniona przez koneksje rodzinne i klątwę krwi.
Obserwowała wielkie roszady w 1963 i zaciskała zęby, kiedy ojciec wykorzystał chaos by przejść na wcześniejszą emeryturę. Była jedną z najmłodszych i w dodatku kobietą, kiedy usadzono ją w sędziowskiej ławie. Nie miała Nobby’emu do zarzucenia wiele - starał się. Osiągnął chyba wszystko co mugolak na jego miejscu mógłby osiągnąć. Krążyły plotki, że szybko awans miał zapewnić mu poparcie młodych, ambitnych sędziów. W jej przypadku odrobinę się przeliczył, bo gdy już podstawiono drobnej panience taboret przy mównicy to pierwsze słowa jakie z niej padły brzmiały “Wysoki Wizengamocie. Historia uczy nas, że nie każdy ruch naprzód jest krokiem we właściwym kierunku…” Tyle lat, a ona nadal pamiętała swoje przemówienie broniące statusu quo w debacie o reformie systemu więziennictwa. To i każde inne, dotyczące coraz bardziej rygorystycznego podejścia do osadzonych, zaostrzenia przepisów i ograniczenia możliwości powrotu do społeczeństwa.
Upór, charyzma i ubrany w łagodny uśmiech radykalizm bardzo szybko załatwiły jej szeptany po kątach tytuł dementora w spódnicy. Chociaż większość kolegów i koleżanek z sędziowskiej ławy zapewne zwyczajnie uznawała ją za kurwę bez grama empatii. I bardzo dobrze.
Pani Mulciber nie pochwalała zbytniego spoufalania się z mugolami. Nie pochwalała go, ale i nie piętnowała na głos. W Azkabanie wszyscy gnili podobnie, niezależnie od statusu krwi.
- Ktoś kiedyś powiedział… - Zaczęła z typowym dla siebie łagodnie protekcjonalnym tonem, który zazwyczaj poprzedzał jej najbardziej kontrowersyjne teksty. W tego typu równaniu “Kimś” była zwykle sama Lorien. “Kiedyś” z reguły oznaczało, że mówi co ma właśnie na myśli.- że czysta krew nie czyni nikogo mądrzejszym, ale daje grunt, na którym wiedza może wyrosnąć bez wstydu. Prawica nie odmawia niemagicznie urodzonym talentu, tylko korzeni i szacunku do naszych tradycji.- Przyłożyła dłoń do piersi na wysokości serca.- Wierz mi, nikogo niż mnie nie męczy bardziej kolejny krzykacz na sali, zwłaszcza, kiedy pluje mi do ucha.
Pamiętała pomysł Roberta o zmianie definicji zaklęcia niewybaczalnego. I pamiętała też jaką wywołało to głęboką dyskusję, która szybko z poziomu prawniczego zeszła na ideologiczny i filozoficzny. Zaklęcia niewybaczalne wiązały się u podstaw z czarną magią; obawiano się głównie dowolności interpretacji i samowolki prawniczej; zarzucano wzrost społecznej destabilizacji, gdzie przeciętny czarodziej będzie obawiał się bronić, bo rzucone w emocjach depulso zostanie potraktowane jak Avada jeśli jego przeciwnik trafi w mur i roztrzaska sobie głowę. Z drugiej strony próby zdjęcia takiego cruciatusa z listy wydawały się kompletnie absurdalne.
Uśmiechnęła się szczerze słysząc na jaką konkretnie debatę jej miły kuzyn czeka.
- Będziesz przemawiał?- Zagadnęła. Odchyliła się lekko do tyłu na krześle, chwilę pogrzebała w jednej z szuflad swojego biurka. W końcu wyciągnęła z niej parę kartek - ewidentnie szkic jej własnego, przygotowywanego na tą okazję roboczo zatytułowanego “Galeon to nie funt: Ryzyko przenoszenia mugolskich kryzysów do magicznego świata i krytyka zbytniego otwarcia się na niemagiczne systemy walutowe.”. Wszędzie tam gdzie w grę wchodził pieniądz, wchodziły też interesy Prewettów i fundacji, nad którymi Lorien trzymała prawniczą pieczę. Przesunęła kartki po blacie biurka, gdyby Robert miał ochotę się z nimi zapoznać.
I pewnie ta ich miła dysputa mogłaby trwać przynajmniej aż do powrotu na salę sądową, gdyby nie nagłe i wyraźne poruszenie na korytarzu. Początkowy szum zmienił się w coraz głośniejszy harmider. Spojrzała na zegar przy drzwiach - było ledwo przed 20. O tej godzinie już dawno w Ministerstwie panował spokój. Jeszcze w dodatku w piątek? Tymczasem ewidentnie ludzie biegali po korytarzach, przekrzykując się i głośno dyskutując
- Co się tam dzieje? - Machnęła różdżką, prostym zaklęciem zaganiając większość dementorków z powrotem do makiety i zamykając je pod szklanym kloszem. Ale nie miała ewidentnie serca odesłać tego, który wciąż tulił się jej do szyi, na wpół schowany pod kołnierzem szaty.
Oboje trafili przecież do Ministerstwa jeszcze w czasach Tufta. Widzieli powolną radykalizację prawa za czasów Forinbrasa Malfoy’a. Lubiła te czasy, bo pozwoliły jej budować pomalutku swoją pozycję, wciąż pozostając pod opieką nieszczególnie liberalnego ojca - Philipa Croucha. Ot pyskata gówniara z kodeksem, chroniona przez koneksje rodzinne i klątwę krwi.
Obserwowała wielkie roszady w 1963 i zaciskała zęby, kiedy ojciec wykorzystał chaos by przejść na wcześniejszą emeryturę. Była jedną z najmłodszych i w dodatku kobietą, kiedy usadzono ją w sędziowskiej ławie. Nie miała Nobby’emu do zarzucenia wiele - starał się. Osiągnął chyba wszystko co mugolak na jego miejscu mógłby osiągnąć. Krążyły plotki, że szybko awans miał zapewnić mu poparcie młodych, ambitnych sędziów. W jej przypadku odrobinę się przeliczył, bo gdy już podstawiono drobnej panience taboret przy mównicy to pierwsze słowa jakie z niej padły brzmiały “Wysoki Wizengamocie. Historia uczy nas, że nie każdy ruch naprzód jest krokiem we właściwym kierunku…” Tyle lat, a ona nadal pamiętała swoje przemówienie broniące statusu quo w debacie o reformie systemu więziennictwa. To i każde inne, dotyczące coraz bardziej rygorystycznego podejścia do osadzonych, zaostrzenia przepisów i ograniczenia możliwości powrotu do społeczeństwa.
Upór, charyzma i ubrany w łagodny uśmiech radykalizm bardzo szybko załatwiły jej szeptany po kątach tytuł dementora w spódnicy. Chociaż większość kolegów i koleżanek z sędziowskiej ławy zapewne zwyczajnie uznawała ją za kurwę bez grama empatii. I bardzo dobrze.
Pani Mulciber nie pochwalała zbytniego spoufalania się z mugolami. Nie pochwalała go, ale i nie piętnowała na głos. W Azkabanie wszyscy gnili podobnie, niezależnie od statusu krwi.
- Ktoś kiedyś powiedział… - Zaczęła z typowym dla siebie łagodnie protekcjonalnym tonem, który zazwyczaj poprzedzał jej najbardziej kontrowersyjne teksty. W tego typu równaniu “Kimś” była zwykle sama Lorien. “Kiedyś” z reguły oznaczało, że mówi co ma właśnie na myśli.- że czysta krew nie czyni nikogo mądrzejszym, ale daje grunt, na którym wiedza może wyrosnąć bez wstydu. Prawica nie odmawia niemagicznie urodzonym talentu, tylko korzeni i szacunku do naszych tradycji.- Przyłożyła dłoń do piersi na wysokości serca.- Wierz mi, nikogo niż mnie nie męczy bardziej kolejny krzykacz na sali, zwłaszcza, kiedy pluje mi do ucha.
Pamiętała pomysł Roberta o zmianie definicji zaklęcia niewybaczalnego. I pamiętała też jaką wywołało to głęboką dyskusję, która szybko z poziomu prawniczego zeszła na ideologiczny i filozoficzny. Zaklęcia niewybaczalne wiązały się u podstaw z czarną magią; obawiano się głównie dowolności interpretacji i samowolki prawniczej; zarzucano wzrost społecznej destabilizacji, gdzie przeciętny czarodziej będzie obawiał się bronić, bo rzucone w emocjach depulso zostanie potraktowane jak Avada jeśli jego przeciwnik trafi w mur i roztrzaska sobie głowę. Z drugiej strony próby zdjęcia takiego cruciatusa z listy wydawały się kompletnie absurdalne.
Uśmiechnęła się szczerze słysząc na jaką konkretnie debatę jej miły kuzyn czeka.
- Będziesz przemawiał?- Zagadnęła. Odchyliła się lekko do tyłu na krześle, chwilę pogrzebała w jednej z szuflad swojego biurka. W końcu wyciągnęła z niej parę kartek - ewidentnie szkic jej własnego, przygotowywanego na tą okazję roboczo zatytułowanego “Galeon to nie funt: Ryzyko przenoszenia mugolskich kryzysów do magicznego świata i krytyka zbytniego otwarcia się na niemagiczne systemy walutowe.”. Wszędzie tam gdzie w grę wchodził pieniądz, wchodziły też interesy Prewettów i fundacji, nad którymi Lorien trzymała prawniczą pieczę. Przesunęła kartki po blacie biurka, gdyby Robert miał ochotę się z nimi zapoznać.
I pewnie ta ich miła dysputa mogłaby trwać przynajmniej aż do powrotu na salę sądową, gdyby nie nagłe i wyraźne poruszenie na korytarzu. Początkowy szum zmienił się w coraz głośniejszy harmider. Spojrzała na zegar przy drzwiach - było ledwo przed 20. O tej godzinie już dawno w Ministerstwie panował spokój. Jeszcze w dodatku w piątek? Tymczasem ewidentnie ludzie biegali po korytarzach, przekrzykując się i głośno dyskutując
- Co się tam dzieje? - Machnęła różdżką, prostym zaklęciem zaganiając większość dementorków z powrotem do makiety i zamykając je pod szklanym kloszem. Ale nie miała ewidentnie serca odesłać tego, który wciąż tulił się jej do szyi, na wpół schowany pod kołnierzem szaty.