05.02.2023, 18:04 ✶
Całe szczęście, że Daisy nawet nie zaświtało w głowie, że ktoś mógłby zechcieć celowo aportować ją na Mglistych Mokradłach. Jej wybujała wyobraźnia z miejsca stworzyłaby przynajmniej tuzin fascynujących (ale zupełnie nieprawdziwych) scenariuszy, w których wyjaśniałaby cały szereg powodów dlaczego ktoś miałby sobie ją obrać za cel takiego wstrętnego zachowania. I chociaż, tak naprawdę, raczej nie istniały powody, dla których rzeczywiście mogłaby komuś aż tak głęboko zaleźć za skórę, sama by sobie wyobraziła przynajmniej dziesięć takich.
Posłała Mavelle słaby uśmiech, jakby stwierdzona przez nią oczywistość bardziej ją rozbawiła niż wprawiła w irytację. Rzeczywiście, obie znalazły się dokładnie w takim właśnie miejscu.
- Nie mam pojęcia, czy popełniłam jakiś błąd. Wszystko było jak zwykle, ale efekt… - wzruszyła bezradnie ramionami i wskazała rękoma na to, co otaczało je dookoła. – No wylądowałam tutaj, a tutaj na pewno nie chciałabym wylądować.
Już pomijając, że miejsce było po prostu – w oczach Daisy – straszne, paskudne, śmierdzące i pełne obrzydliwych dźwięków to nie działo się tu nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby ją zainteresować. Nie była tym typem, który w wolnej chwili naciągałby na nogi buty i leciał na spacer by podziwiać rozkwitającą przyrodę wiosną.
Wzdrygnęła się na ostrzeżenie i bodaj po raz pierwszy w czasie ich spotkania, posłała Mavele pełne rozbawionego oburzenia spojrzenie.
- Założę się, że oblałaś zajęcia z pocieszania i dodawania otuchy – rzuciła, obserwując jak brygadzistka zbliżała się do wskazanego przez nią kawałka drewna. Ale nie byłaby sobą, gdyby jednocześnie nie stanęła na palcach, uparcie przyglądając się całej akcji. I gdyby nie przytomna świadomość, że chwilę wcześniej znajdowała się tutaj kompletnie sama, czułaby nawet pewną ekscytację.
Daisy chyba nigdy wcześniej nie była aż tak blisko podczas działań kogoś z Brygady Uderzeniowej. A teraz właściwie mogła sobie wyobrazić, że sama była w Brygadzie Uderzeniowej i partnerowała Mavelle Bones. Co prawda jej partnerowanie ograniczało się do stania w bezpiecznej odległości i nadzorowania poczynań drugiej kobiety, ale to był tylko szczegół.
- Będziesz potrzebowała solidnego prysznica po… - zaczęła, gdy brygadzistka weszła do bagna i urwała jeszcze za nim ta zdążyła przekląć. Nieprzyjemny, zimny pot przebiegł jej po ciele. A potem pojawiła się ta histeryczna myśl, że wcale nie chciała znaleźć tu dzisiaj trupa. W ogóle nie lubiła trupów. Śmierdziały i były straszne, nawet jeśli tylko leżały i gniły.
Wzdrygnęła się ze wstrętem, ale nogi jakoś tak same zbliżyły się nieco do miejsca, gdzie znajdowała się Mavelle z ich znaleziskiem (oczywiście Daisy nie wlazła do bagna). A potem, znowu jakoś tak same, wycofały się, gdy kobieta zaczęła holować zwłoki do brzegu.
- Ja… - zaczęła dziennikarka i urwała, tym razem dlatego, że zwyczajnie zabrakło jej języka w gębie. Patrzyła na trupa szeroko otwartymi oczami. Nawet jakby go znała, nie potrafiłaby sobie w tym momencie przypomnieć, jak miał na imię i kim właściwie był. – Chyba nie. To jakiś stary facet. Chyba nie za bogaty? – bardziej zapytała, niż zawyrokowała. Przycisnęła rękę do nosa, żeby nie czuć aż tak smrodu, który od niego bił. – Nie mieliśmy w ostatnich tygodniach żadnego zgłoszenia w Proroku Codziennym. Do rubryki z zaginionymi – dodała i jakby jej własne słowa coś jej uzmysłowiły, bo zamiast umilknąć powiedziała jeszcze. – Więc albo nie jest stąd, albo nie ma bliskiej rodziny, albo jego rodzina zgłosiła zaginięcie tylko wam. Albo w ogóle… ee… może nawet nie jest czarodziejem? – wzruszyła ramionami. – Zostaw go, proszę, kiedyś jeden z udzielających mi wywiadu, opowiadał, że jest coś takiego jak trupi jad. Nie chcę żebyś zaraz mi umarła.
A poza tym nie działała tu magia. Co mogły zrobić ze zwłokami?
- Nie ma żadnych dokumentów przy sobie?
Posłała Mavelle słaby uśmiech, jakby stwierdzona przez nią oczywistość bardziej ją rozbawiła niż wprawiła w irytację. Rzeczywiście, obie znalazły się dokładnie w takim właśnie miejscu.
- Nie mam pojęcia, czy popełniłam jakiś błąd. Wszystko było jak zwykle, ale efekt… - wzruszyła bezradnie ramionami i wskazała rękoma na to, co otaczało je dookoła. – No wylądowałam tutaj, a tutaj na pewno nie chciałabym wylądować.
Już pomijając, że miejsce było po prostu – w oczach Daisy – straszne, paskudne, śmierdzące i pełne obrzydliwych dźwięków to nie działo się tu nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby ją zainteresować. Nie była tym typem, który w wolnej chwili naciągałby na nogi buty i leciał na spacer by podziwiać rozkwitającą przyrodę wiosną.
Wzdrygnęła się na ostrzeżenie i bodaj po raz pierwszy w czasie ich spotkania, posłała Mavele pełne rozbawionego oburzenia spojrzenie.
- Założę się, że oblałaś zajęcia z pocieszania i dodawania otuchy – rzuciła, obserwując jak brygadzistka zbliżała się do wskazanego przez nią kawałka drewna. Ale nie byłaby sobą, gdyby jednocześnie nie stanęła na palcach, uparcie przyglądając się całej akcji. I gdyby nie przytomna świadomość, że chwilę wcześniej znajdowała się tutaj kompletnie sama, czułaby nawet pewną ekscytację.
Daisy chyba nigdy wcześniej nie była aż tak blisko podczas działań kogoś z Brygady Uderzeniowej. A teraz właściwie mogła sobie wyobrazić, że sama była w Brygadzie Uderzeniowej i partnerowała Mavelle Bones. Co prawda jej partnerowanie ograniczało się do stania w bezpiecznej odległości i nadzorowania poczynań drugiej kobiety, ale to był tylko szczegół.
- Będziesz potrzebowała solidnego prysznica po… - zaczęła, gdy brygadzistka weszła do bagna i urwała jeszcze za nim ta zdążyła przekląć. Nieprzyjemny, zimny pot przebiegł jej po ciele. A potem pojawiła się ta histeryczna myśl, że wcale nie chciała znaleźć tu dzisiaj trupa. W ogóle nie lubiła trupów. Śmierdziały i były straszne, nawet jeśli tylko leżały i gniły.
Wzdrygnęła się ze wstrętem, ale nogi jakoś tak same zbliżyły się nieco do miejsca, gdzie znajdowała się Mavelle z ich znaleziskiem (oczywiście Daisy nie wlazła do bagna). A potem, znowu jakoś tak same, wycofały się, gdy kobieta zaczęła holować zwłoki do brzegu.
- Ja… - zaczęła dziennikarka i urwała, tym razem dlatego, że zwyczajnie zabrakło jej języka w gębie. Patrzyła na trupa szeroko otwartymi oczami. Nawet jakby go znała, nie potrafiłaby sobie w tym momencie przypomnieć, jak miał na imię i kim właściwie był. – Chyba nie. To jakiś stary facet. Chyba nie za bogaty? – bardziej zapytała, niż zawyrokowała. Przycisnęła rękę do nosa, żeby nie czuć aż tak smrodu, który od niego bił. – Nie mieliśmy w ostatnich tygodniach żadnego zgłoszenia w Proroku Codziennym. Do rubryki z zaginionymi – dodała i jakby jej własne słowa coś jej uzmysłowiły, bo zamiast umilknąć powiedziała jeszcze. – Więc albo nie jest stąd, albo nie ma bliskiej rodziny, albo jego rodzina zgłosiła zaginięcie tylko wam. Albo w ogóle… ee… może nawet nie jest czarodziejem? – wzruszyła ramionami. – Zostaw go, proszę, kiedyś jeden z udzielających mi wywiadu, opowiadał, że jest coś takiego jak trupi jad. Nie chcę żebyś zaraz mi umarła.
A poza tym nie działała tu magia. Co mogły zrobić ze zwłokami?
- Nie ma żadnych dokumentów przy sobie?