25.04.2025, 14:09 ✶
Płomienie nigdy nie były wrogami sióstr Lestrange, były nimi natomiast irytujący sąsiedzi, którzy swoją popularnością przypominali im o swoim nie do końca czarodziejskim pochodzeniu. Dzisiaj jednak ogień postanowił zadziałać jej na przekór i Primrose nie do końca potrafiła się z tym pogodzić. Owszem, nie sięgały jej jego języki, ale całkiem skutecznie trawiły domostwo rodzinne, a co za tym szło, zginięcie od spopielenia jej nie groziło, ale wciąż mogła zostać uderzona belką lub stopić się od żaru.
No ale przecież nie mogła się poddać, tak?
Choć wszystko wokół syczało i trzaskało z dziką siłą, a powietrze było tak ciężkie, że można je było kroić nożem, Lestrange rzuciła na siebie asekuracyjne Bąblogłowy korzystając z magii kształtowania i postanowiła przedrzeć się kamiennymi (na szczęście!) schodami na piętro.
Znała ten dom na pamięć. Biegła przez korytarz, po którym stawiała swoje pierwsze kroczki, próbując nie zważać na zniszczone ramy portretów rodzinnych. Mignęły jej kontury, twarze - uśmiech dziadka, dziecięce rysunki w jaskrawych kolorach. Za moment szkło chroniące je przed kurzem popęka, roztrzaskując te wspomnienia w drobny mak. Serce tego domu łamało się na kawałki i nic nie mogło już tego zatrzymać.
Drobna kobieta, jaką była Primrose, wykonywała swoje ruchy nadmiernie powoli, nawet mimo umykającego czasu. Deski jej pokoju trzasnęły mocno, kiedy przekroczyła jego próg. Przesunęła palcami po framudze, po której niegdyś z Daphne rysowały kredą runy, wierząc w to, że ochronią je przed złymi snami. Ostatnia forma czułości, zanim drewniane elementy pozostaną kupką popiołu. Minęła mahoniową szafę z rzeźbionym frontem, stół z palmą w za ciasnej doniczce, koc przesiąknięty dymem, jeszcze dzisiaj rano pachnący lawendowym płynem do prania.
Wśród tych wszystkich wspomnień, z którymi nie było czasu się pożegnać, nie dało się usłyszeć żadnego miauknięcia. Towarzyszący jej Bertie mógł pomyśleć najgorsze - że kotek w kącie, skulony pod biurkiem, czarny i lśniący w blasku czerwieni, umarł. Ani drgnął, nie oddychał... A kiedy Primrose zauważywszy jego spojrzenie, wreszcie go dostrzegła (bo sama była ślepa jak kret i nie miała na sobie okularów) i pochyliła się nad czymś, co w całym tym dramacie mogło przypominać zwłoki, na jaw wyszła prawda.
Dym już zbierał się pod sufitem, musieli stąd uciekać, zanim ogień sięgnie po to miejsce jak łapska gniewnego bóstwa, a ta dziewczyna... wbiegła tutaj, żeby uratować przytulankę. Żaden to był kot - Salem był wypchanym grochem pluszakiem, którym zapewne bawiła się od lat, bo miał na sobie ślady wielokrotnego zszywania. Ale wciąż... zaryzykowali dla przytulanki.
No ale przecież nie mogła się poddać, tak?
Choć wszystko wokół syczało i trzaskało z dziką siłą, a powietrze było tak ciężkie, że można je było kroić nożem, Lestrange rzuciła na siebie asekuracyjne Bąblogłowy korzystając z magii kształtowania i postanowiła przedrzeć się kamiennymi (na szczęście!) schodami na piętro.
Rzut O 1d100 - 38
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Znała ten dom na pamięć. Biegła przez korytarz, po którym stawiała swoje pierwsze kroczki, próbując nie zważać na zniszczone ramy portretów rodzinnych. Mignęły jej kontury, twarze - uśmiech dziadka, dziecięce rysunki w jaskrawych kolorach. Za moment szkło chroniące je przed kurzem popęka, roztrzaskując te wspomnienia w drobny mak. Serce tego domu łamało się na kawałki i nic nie mogło już tego zatrzymać.
Drobna kobieta, jaką była Primrose, wykonywała swoje ruchy nadmiernie powoli, nawet mimo umykającego czasu. Deski jej pokoju trzasnęły mocno, kiedy przekroczyła jego próg. Przesunęła palcami po framudze, po której niegdyś z Daphne rysowały kredą runy, wierząc w to, że ochronią je przed złymi snami. Ostatnia forma czułości, zanim drewniane elementy pozostaną kupką popiołu. Minęła mahoniową szafę z rzeźbionym frontem, stół z palmą w za ciasnej doniczce, koc przesiąknięty dymem, jeszcze dzisiaj rano pachnący lawendowym płynem do prania.
Wśród tych wszystkich wspomnień, z którymi nie było czasu się pożegnać, nie dało się usłyszeć żadnego miauknięcia. Towarzyszący jej Bertie mógł pomyśleć najgorsze - że kotek w kącie, skulony pod biurkiem, czarny i lśniący w blasku czerwieni, umarł. Ani drgnął, nie oddychał... A kiedy Primrose zauważywszy jego spojrzenie, wreszcie go dostrzegła (bo sama była ślepa jak kret i nie miała na sobie okularów) i pochyliła się nad czymś, co w całym tym dramacie mogło przypominać zwłoki, na jaw wyszła prawda.
Dym już zbierał się pod sufitem, musieli stąd uciekać, zanim ogień sięgnie po to miejsce jak łapska gniewnego bóstwa, a ta dziewczyna... wbiegła tutaj, żeby uratować przytulankę. Żaden to był kot - Salem był wypchanym grochem pluszakiem, którym zapewne bawiła się od lat, bo miał na sobie ślady wielokrotnego zszywania. Ale wciąż... zaryzykowali dla przytulanki.
// Primrose jest odporna na ogień (przewaga po mamie). Ma wadę wzroku I.