25.04.2025, 16:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2025, 16:58 przez Benjy Fenwick.)
Było jeszcze przed południem, a mimo to czułem, jak powoli w moje wypowiedzi wkrada się ta nuta rozleniwienia, lekkiego podpicia, które jeszcze nie zamieniło się w pełny stan odurzenia - jeszcze, ale zaraz zamierzałem sięgnąć po więcej. W powietrzu unosił się zapach starego drewna, kurzu i odrobiny alkoholu, który rozgrzewał mi krew i rozluźniał napiętą atmosferę. Nie spodziewałem się, że po tylu latach, kiedy spotykamy się jako dorośli, a nie dzieciaki z Hogwartu, ta rozmowa tak dobrze nam wyjdzie, i że mimo wszystko, da się znaleźć wspólny język. Chociaż szybko przeszliśmy do tego, że zaczęliśmy trochę się podpuszczać, to i tak czułem, że między nami jest jakaś nić porozumienia, innego niż w czasach szkoły, choćby cienka, ale jednak. Przeciągnąłem się lekko, uśmiechając się pod nosem, nie zważając na spojrzenie Prudence, które na pewno miała, tylko było niespecjalnie widoczne w półmroku. Gdy tylko rzuciła ten sarkastyczny tekst, poczułem, jak zaczynam się głupio uśmiechać, jakbym nie mógł się powstrzymać. I nie, nie zamierzałem tego ukrywać - miała rację, że nie zmieniłem się pod tym względem - to była ta moja trochę zaczepna, trochę nazbyt pewna siebie postawa, która zawsze wywoływała u niej irytację, a może i coś więcej - nie, teraz raczej nie oczekiwałem niczego, tylko się bawiłem.
- No, no, Bletchley... - Powiedziałem z uśmiechem, którego chyba nie była w stanie zauważyć. - Takie teksty, no, naplawdę? Staszejesz szię... Zalas kaszesz mi nie pyskowaś i iść do szwojego pokoju? - Chciałem, żeby czuła, że jestem tu całym sobą i mam swoje zdanie, i nie boję się go wyrazić, nawet jeśli to oznacza, że może chcieć mnie za to zrugać. - Tak czy siak... - Dodałem, zniżając głos, patrząc na nią w ciemnościach z tym swoim zadziornym uśmiechem. - Jeszli chces, szebym zamilkł na doble, i wybielasz stosowanie metod wychowawszych s gólnej półki piwnisy szwoich lodzisów, to powosenia, bo w moim domu lobiło szię to sgoła inaszej. Mówię to powasznie. Mosze kiedyś zadziałają... - Poza tym - przecież wiedziała, że nie chciałem przesadzić, ale i tak, trochę się rozbestwiłem, bo ta gra była zbyt atrakcyjna, żeby odpuścić. - Nie jesztem do końsa pewien, czy to, co własznie powiesiałaś, to grośba, czy obietnisa... Jeszli chces, szebym odsedł i jusz nigdy nie wlasał, to powies tylko słowo. A jeszli nie, to… no cósz, sczesze mówiąs, chyba zamieszam zalyzykowaś i zignolowaś rósznisę. - Spojrzałem na Prudence - byłem pewien, że ona spojrzała na mnie takim swoim niecierpliwym, lekko poirytowanym wzrokiem, ale zupełnie się tym nie przejmowałem. W tym momencie nie myślałem o niczym innym, tylko o tym, jak ją rozbawić, podpuścić, lekko sprowokować albo po prostu zacząć z nią rozmowę, którą na pewno zapamięta... A może tylko mi się tak wydawało, bo w głębi ducha znałem ją na tyle, by wiedzieć, że nie da się jej tak łatwo zagiąć. - No, więs jeszli chces mnie telas powstszymaś, Plue, to śmiało, bo naplawdę nie wiem, czy dam ladę zamilknąś na długo... - Zaczepiłem ją, bo czemu nie? W końcu, co miało mi to zaszkodzić. Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, czując, jak ta niezobowiązująca rozmowa coraz bardziej mnie rozluźnia. Alkohol i ta odrobina buntu, którą właśnie wywołałem, sprawiały, że zaczynałem się czuć jak młody chłopak na podwórku, gotowy na wszystko, nawet na najgłupsze zagrywki. A ona? No właśnie, ona była tu, teraz, i chyba jeszcze nie wiedziała, że właśnie wkraczamy na teren, gdzie wszystko może się zdarzyć. - Dobsze, sze oboje wiemy, jaki jesztem... Jeszli chces mi to odebraś, to… No cósz, splóbuj... - To było jak powrót do czasów szkolnych, kiedy wszystko było bardziej na ostrzu noża, a każde słowo mogło wywołać burzę, ale jednocześnie chyba trochę pozbawiliśmy to wszystko tego negatywnego wydźwięku. Zaczęła się śmiać - było dobrze, przynajmniej jak na ten moment.
- Ładne, pasuje do ciebie. - Stwierdziłem, naprawdę przyjaznym tonem, nie ironizując - to było dziwne, ale też miłe, w jakiś sposób, że mogliśmy rozmawiać, jak ludzie. - Benjamin. - Odpowiedziałem, jakby to nie było oczywiste, bo tak właściwie, to nie musiało być. - Kiedyś, obecnie po plostu „Benjy”, samodzielne imię, dlugiego blak, a, i jesztem stalszy... 21 malca 1935 loku. - Rozmawialiśmy, a ja z każdym słowem czułem, jak napięcie w mojej głowie się rozluźnia, choć jeszcze nie do końca. Lubiłem te chwile, kiedy można było się pośmiać, pożartować, ale może niekoniecznie powspominać - tu wiedziałem, że to wszystko jest trochę na granicy, ale przecież właśnie o to chodziło, żeby od czasu do czasu palnąć jakieś głupstwo, zmieniające perspektywę na dawne wydarzenia, i poczuć się jak człowiek, a nie tylko jak ktoś, kto musi przeżyć kolejny dzień.
Wspomnienia z Hogwartu - te chwile, kiedy jechałem pociągiem do Londynu, zawsze wywoływały we mnie mieszankę emocji - węzeł w brzuchu, niepokój, wrażenie czucia się, jak zwierzę zapędzone w potrzask. Dzień podróży do stolicy, jak i poprzedzające go dni, szczególnie były tymi, gdy zachowywałem się w taki sposób, że nasza rozmowa nie przyniosłaby nic dobrego. Nie mogłem łżeć - pewnie, gdyby Prudence postanowiła skorzystać z okazji w takim czasie, byłbym dla niej szczególnie okrutny... Bo bywałem - tylko tyle, że bez wyszydzania jej w zakresie, o którym teraz była mowa. Umówmy się - dla chcącego, nic trudnego. Zawsze był jakiś repertuar, z którego mogłem czerpać, żeby jej dopiec, gdy już się nawinęła. Sytuacja wyglądała bardzo podobnie przy przerwach świątecznych, jeśli nie zabierałem się z Corneliusem, ani nie zostawałem w szkole - brak litości, przekuwanie stresu w sztylety, żeby rzucać nimi w ludzi. Pierwszego września było trochę lepiej, ale zwykle potrzebowałem kilku dni, żeby się zrelaksować i odpuścić. Tak - było wiele czynników i bardzo dużo zmiennych, od których zależały nasze interakcje. Ta rozmowa była jak oddech świeżego powietrza po latach, to też była w niej nuta refleksji, której nie chciałem przyznać na głos - nie musiałem się zachowywać aż tak bardzo paskudnie, powtarzałem schematy.
- Wies... To była szalona lotelia, mogłabyś tesz trafiś na taki moment, w któlym potlaktowałbym cię w dlugą stlonę. Mosze tludno ci to szobie wyoblasiś, ale na ogół cię bloniłem. - Przemyślenia, które mnie nachodziły, były mieszanką wspomnień i refleksji, a że przy tym wszystkim czułem się rozluźniony, trochę powoli podpity, ale jeszcze nie do końca - to byłem też bardziej szczery. Wiedziałem, że zaraz dojdę do momentu, kiedy będę musiał sięgnąć po więcej, ale miałem jeszcze chwilę na rozmowę z Prudence - najbardziej nieoczekiwaną osobą, z tą dawną nieprzyjaciółką, którą spotkałem po latach, i która okazała się być całkiem niezłą kompaniją do takiego porannego gadania. Co z tego, że kiedyś się obrażaliśmy i prowokowaliśmy? W przeszłości mógłem ją obsztorcować za to, że była głupią gęsią, dzięki czemu ktoś inny nie czuł potrzeby dokładania swoich trzech pensów, czując satysfakcję z mojego zachowania i szukając innej ofiary. A kiedy zaczęła mi się odgryzać, ucinała mi punkty i tak dalej? To też działało na jej korzyść - trochę wyrównywało dynamikę. Każdy wiedział, że można było łatwo zbesztać, ja jej to regularnie zapewniałem, aż w końcu zaczynała pękać i czasami robiła coś, co podnosiło jej respekt w oczach innych uczniów, a nawet jeśli nie zwiększało respekt, to chwilowo odwodziło ich od dopierdalania. Opierdalając ją za głupotę, dając jej odczuć swoją obecność, mogłem odciągnąć część złośliwości innych dzieciaków od niej. I to się sprawdzało. - Nie mówię tego, szeby szię chwaliś, ani tym balsiej tłumaczyś bycie chujem, czy coś, ale wies… Nie zawse byłem takim totalnym kutasem, choś pewnie tak to wyglądało. - Rzuciłem luźno. Nie spodziewałem się, że po tylu latach, jako dorośli ludzie, będziemy mogli się tak dobrze dogadać i porozmawiać o zamierzchłych intencjach. A tu proszę - niespodzianka. Jasne, trochę się podpuszczaliśmy, rzucając żarciki i drobne zaczepki, ale to było naturalne. Nie umiałem być totalnie obojętny wobec możliwości prowokacji, bo to była nasza wspólna specjalność.
Przypominało mi się, jak kiedyś, na korytarzu, zjechałem ją od góry do dołu, żeby odciągnąć od niej bandę tych wyjątkowo głupich Ślizgonów, by po krótkiej interakcji ze mną, nie z nimi miała trochę spokoju - to był mój sposób, żeby jej pomóc, chociaż wtedy nie potrafiłem tego tak jasno nazwać, ani tym bardziej stanąć po jej stronie w innym, mniej chamskim stylu. Dostrzegając zamiary bandy lasek mających zły humor, postanawiałem ją po prostu obrzucić wyzwiskami, wyśmiać, i usatysfakcjonować typiary, które miały własne plany, zdecydowanie znacznie gorsze. Mógłbym ją zostawić na pastwę tego wszystkiego, ale nie zrobiłem tego - nie dlatego, że to mnie kręciło - no, czasami - tylko dlatego, że miałem swoją własną wersję lojalności, której nie dało się tak łatwo zniszczyć. Wiedziałem, że mogłem ją zostawić, pozwolić, żeby sama sobie radziła, ale na ogół wybierałem interwencję. Nie czułem się bohatersko - nie, byłem w tym wszystkim trochę jak kutas, to prawda, ale mimo wszystko, w tym chamstwie, i w tej obscesowej, grubiańskiej otoczce, była jakaś logika, więc w głębi serca, nie sądziłem, żeby to wszystko czyniło mnie najgorszym. Nie żeby to było dobre, ani moralne, ale tak po prostu działało - w tym kutasiarskim zachowaniu była jakaś głębia, czasami, w tym chamstwie, kryła się jakaś głębsza przyczyna, może nie do końca oczywista, ale była tam. I chociaż to wszystko wydawało się teraz takie głupie i dziecinne, to w głębi duszy, wiedziałem, że robiłem to, bo uważałem, iż tak trzeba. To nie była zbyt przemyślana strategia, ale zawsze to była strategia - no i byłem w niej bardzo pewny, i zdecydowany, tego nie mogła mi odmówić. Zawsze byłem pewny siebie.
- To bes wątpienia byłby luklatywny bisnes, ale s dlugiej stlony, chyba nie chce mi szię asz tak wysilaś, wies? - Odparłem, będąc świadomym, że wiedziała - zdolny, ale leniwy, co nie? Na tej podstawie sprzedała się ta bajeczka o Australii i o karierze. - Dawno? - Spytałem, zamiast komentować jej staropanieństwo, przy czym mocno i wyraźnie machnąłem głową w kierunku, w którym musiała trzymać dłoń - to było bardzo jednoznaczne, rzecz jasna, chodziło mi o narzeczonego. Nieudane, szczęśliwe zakończenie - coś, co dałoby jej spokój od publicznej oceny. Na ten moment nie miałem zamiaru dodawać, że w kwestii ocen, akurat bardzo sporo odczułem. Zastanawiałem się, czy za czymkolwiek tęsknię, bo tak właściwie… nie potrafiłem. Nie, chyba nie.
Pochyliłem głowę, zaciągnąłem się głęboko dymem, a potem wypuściłem go powoli, obserwując, jak falujący strumień unosi się w powietrzu, rozmywając się w bladej poświacie lampy. Przez chwilę milczałem, zastanawiając się, jak odpowiedzieć Prudence, kiedy zapytała o coś, czego się zupełnie nie spodziewałem, a chyba powinienem. Od razu przyszła mi na myśl ta trochę gorzka refleksja, którą próbowałem od siebie odsunąć - że tak naprawdę nie wiem. Nie wiem, czy to, co ona uważa za coś normalnego i przyjemnego, jest mi w ogóle znane, bo nigdy nie doświadczyłem tego w pełni. Ba, w głębi duszy wiedziałem, że nie mam pojęcia, jak to jest mieć stabilny, normalny dom, do którego chce się wracać. Spojrzałem na wirujący dym, zastanawiając się, czy jej to powiem, czy może lepiej milczeć. Nie czułem się tego pewien, bo w sumie, tak, pewnie tak, wracanie do domu musi mieć w sobie coś kojącego, coś, co daje poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Ale czy ja to kiedykolwiek miałem? Czy czułem to, kiedy wracałem do tego zimnego, zawsze obcego miejsca? Nie. W głębi serca nigdy nie czułem się tam jak u siebie. Wciąż czułem się obco, jakby za każdym razem ktoś wciągał mnie w pułapkę - złotą klatkę, z której nie można się wydostać na dobre. Zawsze, gdy kończyła się kolejna letnia podróż ekspresem z Hogwartu i wracałem do tego domu, miałem ten węzeł w brzuchu, który nie ustępował, chociaż próbowałem go zagłuszyć. Powracając myślami do tamtych czasów, uświadamiałem sobie, że tak naprawdę nie mam pojęcia, jak to jest mieć coś, co ludzie nazywają „domem” - nie miałem „domu”, miałem
„dworek w Little Hanglenton”, „kamienicę w Londynie”, „letnią rezydencję w...” - to nigdy nie był „dom”, a ja nigdy nie miałem tam stricte mojej przestrzeni, to zawsze była własność rodowa. Nie, to był tylko punkt na mapie, miejsce, które znałem, ale do którego nie chciałem wracać. Nie było miejsca, do którego chciałbym wracać z niecierpliwością, albo z tęsknotą. Zawsze było coś w tym, co mnie odpychało, jakby krzyczało, że jest potrzaskiem, w którym nie miałem zamiaru utknąć na dłużej, bo jeśli byłbym w nim za długo, to bez cienia wątpliwości wreszcie stałbym się tym, kogo po mnie oczekiwano. Prędzej czy później zostałbym kopią ojca, wujów, dziadka. Nie byłem bezwolny, nie czułem się bezradny - zawsze starałem się z tym walczyć, być sobą, nie kimś innym, ale też nigdy nie miałem tego poczucia przynależności. I choć próbowałem tworzyć coś na wzór domu, raz próbowałem zbudować coś, co mogłoby mnie zatrzymać, to ta próba była dla mnie wystarczająca - nie umiałem się przywiązać. Nie widziałem sensu, by na siłę zapuszczać korzenie, bo to nie było to, czego szukałem. Zamiast tego wybierałem wolność, nieograniczoną mobilność, możliwość zerwania z przeszłością, kiedy tylko tego chciałem. W drodze czułem się wolny, chociaż nie zawsze bezpieczny. To była moja decyzja - nie mieć stałego miejsca, ani tego, co ludzie nazywają stabilizacją, bo dla mnie satysfakcja i cel w życiu nie polegały na tym, by mieć własny kąt i wracać do niego codziennie. Nie chodziło o to, by coś się działo zawsze - tak samo, jak nie chodziło o to, by mieć wszystko trwale poukładane. Chodziło raczej o to, by wiedzieć, dokąd się zmierza - mieć cel, który pcha mnie naprzód... A to, co robiłem, dawało mi satysfakcję, rekompensując brak stałego adresu.
Spojrzałem na Prudence, która pewnie chciała usłyszeć coś innego, coś bardziej wzniosłego albo nostalgicznego. A ja, chociaż wydawało się to proste, bo wystarczyłoby skłamać, tak naprawdę nie potrafiłem jej tego powiedzieć. Przez chwilę milczałem, zaciągając się powoli dymem papierosowym, starając się ukryć swoje myśli za maską spokoju. Przypomniałem sobie te wszystkie chwile, które wcale nie były łatwe. Nie umiałem powiedzieć, że za czymkolwiek tęskniłem. Jak można tęsknić za domem, kiedy tak naprawdę go nie miałem? Zamiast tego, zawsze uciekałem, kiedy tylko nadarzała się okazja. Zawsze szukałem wyjścia z tego zimnego, obcego miejsca, które mnie osaczało. Podniosłem głowę na moment, patrząc przez dym w stronę niewidocznych, niedostrzegalnych w mroku ścian tej piwnicy, i pociągnąłem temat - cicho, ale z przekonaniem:
- Dla mnie to wsystko jeszt tlochę inne... - Powiedziałem, patrząc w dym, który tańczył w świetle lampy. Nie chodziło o to, że nie chciałem, by było inaczej - po prostu tak się potoczyło. W głębi serca wiedziałem, że być może Prudence tego nie zrozumie - nie do końca, po prawdzie, sam może nie potrafiłem jej tego dostatecznie dobrze wyjaśnić, ale w tym momencie ważne było to, że nie musiałem się tłumaczyć, bo sam siebie nie do końca rozumiałem. Mogłem spróbować bez przymusu - tylko dlatego, że chciałem się odezwać, wyłącznie z tego powodu to skomentowałem. - Nie potszebuję ształego punktu zaszepienia, domu, jak swał, tak swał, bo to, co się liszy, to cel i satyszfaksja, a ona pochodzi s tego, co lobię, lie s tego, gdzie jesztem. - Spojrzałem na dym papierosowy, który łagodnie falował pod wpływem podmuchu powietrza z głębi piwnicy, i odparłem w końcu, głosem pełnym opanowania. - Pewnie bywa miło wracaś do domu, siąś pszy stole, posłuchaś głosów, któle znas od lat. Póśniej usiąś na welansie i patszeć, jak słońce zachosi za holysontem, znająs to wsystko od podszewki, mająs w pamięsi te wsystkie chwile, któle upływały tam, w tym miejsu, słysześ odgłosy, któle wies, sze się nie zmienią. - Przerwałem na chwilę, zaciągając się, jakbym chciał uciszyć te słowa, które same się cisnęły, mimo że nie miałem zamiaru mówić tego tak otwarcie. - Tak, pewnie jeszt coś w tym, szeby wracaś i poczuś, sze jeszt się u sziebie. Chyba tak, nie? Chociasz... - Urwałem na chwilę, zaciągając się papierosem, jakby szukając słów, które nie przychodziły łatwo, a jednocześnie bezwiednie płynęły w zgodzie z tym, co myślałem, jakbym nie do końca zauważył, że mówię trochę za dużo, jak na kogoś, kto nie powinien tyle mówić, bo takie rzeczy go nie obchodzą. Zaciągnąłem się jeszcze drugi raz, oddychając głęboko, czując jak dym wypełnia moje płuca. Czułem, że te słowa, choć szczere i otwarte, nie zmienią nic w tym, co myślała sobie Prudence, bo nie zamierzałem zbyt głęboko w to wnikać. Tak, pewnie tak... Może ktoś inny, kto zna to uczucie, mógłby jej powiedzieć, że to coś normalnego - coś, do czego się dąży, bo to daje poczucie jakiegoś stabilnego punktu w życiu, ale nie ja - to nie byłem ja. Nie powinna się tego ode mnie spodziewać, chociaż z pozoru, kiedyś mogłem być taką osobą - jak wszyscy z tradycjonalistycznych rodzin. Przerwałem, bo poczułem, jak w piersi mi się ściska od tych słów, które jeszcze niedawno wydawały się niczym takim, a teraz zaczynały wnikać głęboko. Właściwie, to nie potrafiłem powiedzieć, co miałem na myśli, bo sam nie do końca rozumiałem, dlaczego tak jest. W głębi duszy wiedziałem, że nie miałem takiego miejsca, do którego chciałbym wracać, i że nie tęskniłem za tym, co inni uważali za normalność, ale to nie oznaczało, że nie chciałem tego spróbować. Kiedyś był taki czas, kiedy starałem się to stworzyć - zyskać, ale to były tylko wyobrażenia na temat czegoś, czego nigdy nie zaznałem. Kartonowe ściany sztucznego konceptu - zabawa w dom, niczym dzieci udające, że są dostatecznie dorosłe...
Nie wiedziałem, czy potrafię jej powiedzieć, że nie mam pojęcia, jak to jest mieć dom, do którego się chce wracać, bo nie miałem tego szczęścia, ale skoro rozmawialiśmy, piliśmy, było ciemno, a za kilka dni nasze drogi miały się zupełnie, ostatecznie rozejść, to po co byłoby kłamać? Poza tym, weryfikowaliśmy swoje spojrzenia na siebie - nie miało być lepszego momentu. Spojrzałem na Prudence, chociaż jej twarz była niewyraźna w tym słabym świetle, przeciągnąłem się nieznacznie, zaciągnąłem się głęboko papierosowym dymem, a potem spokojnie, niemal z lekceważeniem, odparłem:
- Nie mam pojęsia, jak to jeszt, mieś taki dom, do któlego chce się wlasaś. Nie za baldzo mam polównanie, a więs, po czym tęskniś. Miałem ten falt, sze ulodziłem szię w szlachetnym i konselwatywnym lodzie. Pod pewnymi wsględami nietludno tęskniś za czymś, czego nigdy nie było. Taka moja pszewaga, no nie? - Zakończyłem to stwierdzenie sarkastycznym parsknięciem, bo chociaż słowa były poważne, to mój ton brzmiał z lekka ironicznie, jakbym sam siebie próbował przekonać, że nie jest aż tak źle. Jednak w głębi serca czułem, że to, co mówię, to tylko maska, pod którą kryje się coś głębiej, coś trudniejszego do wyartykułowania. Przyglądałem się przez chwilę żarzącemu się czubkowi papierosa, a potem zaciągnąłem się głęboko, czując jak dym wypełnia moje płuca - powoli wypuściłem go w górę, w powietrze, obserwując kształty w bladym świetle lampy. Zaciągnąłem się jeszcze raz, czując, jak głęboko we mnie rozlewa się mieszanka goryczy i bezsilności. Moje myśli na chwilę powędrowały daleko, do tego wszystkiego, co było i co nadal czasem ciśnie się na myśl. Pewnie tak - wracanie do rodziny musi mieć w sobie coś kojącego. Pewnie tak - dobrze, gdy jest to miejsce, do którego można się z powrotem schować, kiedy wszystko zaczyna się sypać. Pewnie tak - można się poczuć tam bezpieczniej, chociaż ja sam nie wiedziałem, czy to prawda, bo tak naprawdę nigdy nie czułem tego, co oni - choćby Prudence i Elias. Nie umiałem powiedzieć, że tęsknię za swoim domem, bo nie miałem takiego, który by mnie trzymał, sprawiałby, że chciałbym do niego wracać. Głównie dlatego, że urodziłem się w tym konkretnym środowisku, i tak naprawdę nie miałem wyboru. Niektórzy z pewnością uważali, że miałem fart. I ironicznie, tak, to właśnie to urodzenie dawało mi wolność od tych wszystkich problemów, które inni musieli pokonywać. Nigdy nie musiałem się martwić o to, czy będę miał dach nad głową, czy jedzenie - wszystko było uregulowane na czas, życzenia zostawały na ogół spełniane, fundusz powierniczy był lepiej ustawiony, niż łączone zarobki wielu rodzin przez dekady. Żyć, nie umierać.
Oprzytomniałem na chwilę, patrząc na Prudence, starając się, by głos zabrzmiał spokojnie, chociaż w głębi duszy czułem ciężar tych słów.
- Wies, to nie tak, sze od lasu stwielsiłem, sze nie chciałbym mieś czegoś więsej. Po plostu, tak jak mówię, nie wiem, jak to jeszt. Mosze po plostu nie potlafię tego doseniś, bo nie miałem okasji, i chyba tak jusz zosztanie... - Zakończyłem - nie potrzebowałem stałego miejsca, nie potrzebowałem stabilizacji takiej, jaką pewnie znała Prudence. Potrzebowałem wyzwania, adrenaliny, czegoś, co sprawia, że czuję, że żyję naprawdę. Nawet nie próbowałem zastanawiać się, czy ona wie, jak to jest żyć w ciągłym ruchu, na krawędzi, bez stabilności, którą ona zapewne tak bardzo ceni. Nie wiedziałem, czy ona zrozumie, że dla mnie to wszystko jest obce - coś, co nie dotyczyło mnie w żadnym stopniu, bo było to coś, czego nigdy nie doświadczyłem. To wszystko, co mówiono o domu, o rodzinie, o stabilności - ja tego nie znam... I chociaż na zewnątrz mogło to wyglądać tak, że zawsze byłem wyjątkowo pewny siebie, to tak naprawdę czasami czułem się jak ktoś, kto nie ma własnego miejsca, jak ktoś, kto zawsze musi się gdzieś gubić, bo nie potrafi znaleźć swojej bezpiecznej przystani.
Może nie był to idealny sposób wyjaśnienia, ale tak właśnie to czułem - nie potrafiłem wyobrazić sobie, jak to jest mieć stałe miejsce, do którego chce się wracać, bo nigdy tego nie miałem. Może właśnie dlatego nie tęskniłem za tym tak mocno, bo nie znałem innej perspektywy - nie znałem tego uczucia, które chyba najprościej nazywa się przywiązaniem. Życie w drodze, choć pełne niepewności i wyzwań, dawało mi wolność i poczucie, że jestem panem swojego losu, a to było dla mnie rekompensatą za wszelkie niedogodności i ustępstwa. W każdym razie, nie miałem wątpliwości, że to, co robię, jest dla mnie wystarczające. Nie czułem się uwiązany, ani też nie czułem się związany z żadnym miejscem, bo nie miałem takiego miejsca, które by mnie do siebie przyciągało, które dawałoby mi poczucie bezpieczeństwa. Nigdy nie miałem w sobie tego poczucia, że dom to coś więcej niż tylko budynek, w którym się mieszka. Dla mnie to była tylko przestrzeń, w której nie czułem się dobrze, którą próbowałem opuszczać tak często, jak tylko się dało... I chociaż próbowałem kiedyś zbudować coś stabilnego, to ta próba, wiele lat temu, skończyła się na niczym - zostałem z pustką i z przekonaniem, że nie potrzebuję korzeni, bo to nie jest moje powołanie.
- Wiem coś o tym... - Odpowiedziałem, mimo to, wyraźnie nie chcąc zagłębiać się w temat tego, co działo się w Wielkiej Brytanii. Po tych słowach zamilkłem, marszcząc brwi i zamyślając się na moment. Przerwałem, zamknąłem oczy na moment, a w mojej głowie pojawiły się obrazy Londynu podczas pożaru - płomieni, które tańczyły na niebie, rozświetlając noc niczym łuna świtu, i wszystko, co się działo potem - chaos, strach, zniszczenie, dym unoszący się nad zniszczonym miastem, ludzi, którzy walczyli o każdy oddech, o każdą szansę na przetrwanie, o każdy kawałek schronienia. Miałem w głowie jeszcze więcej obrazów - to były nowe, niechciane wspomnienia, których nie można się pozbyć. Zastanawiałem się nad tym, co się działo wokół nas - jak wszystko się zmieniło i świat, który znałem, zaczął się zmieniać - chwilę się zawalił, a potem zaczął się odradzać w nowej, dziwnej formie.
- W mialę moszliwosi, tszymaj się Colneliusa, Ambloise'a i, do cholely, nawet Lomulusa. Bioląs pod uwagę ich osządy i to, co mówią o otoszeniu, w któlym się oblasają… - Odezwałem się powoli, przenosząc na nią wzrok. Przyglądałem się Prudence, w półmroku, starając się, by moje słowa były wyważone. Nie za bardzo miałem, co ukrywać - naprawdę miałem tego farta urodzić się w szlachetnym i konserwatywnym rodzie, gdzie wszystko było ustalone - od tego, co wypada, po to, co jest słuszne. To nie było życie, które mnie pociągało, tylko raczej ciężar, który musiałem nosić na barkach, jak kamień, ale z uwagi na to byłem też trochę lepiej zorientowany w tym, że rzeczywiście - wystarczy jeden dostatecznie silny oszołom, żeby zebrać szerokie grono ludzi, który pojedynczo byli szkodliwi, ale wspólnie stanowili olbrzymie zagrożenie. To była prawda, którą musiała przyjąć - w tych czasach, w tym świecie, lepiej mieć u boku tych, którzy rozumieją, co się dzieje, nawet jeśli ich spojrzenie jest wyrachowane, a słowa ostre jak brzytwa. - Po tym, co szię stało w Londynie... Ministelstwo wpuszczające mugoli do gmachu i tak dalej? Uliczne linsze w obie sztlony? Gdy opadnie pył, to bęsie shitshow, ja sztąd wyjeszczam, ale wy... Nie mówię, szebyś zawse kielowała szię ich opinią, ale pamiętaj, sze ich osądy, choś czasem beswsględne, mają swoje podłosze, musis mieś na uwadze ich opinie, ich spojszenie na świat. - Zamilkłem na chwilę, patrząc na swoje dłonie i obracając papierosa w palcach, a potem znów spojrzałem na Prudence, jakby czekając na jej reakcję. W głębi duszy wiedziałem, że to, co powiedziałem, to tylko wierzchołek góry lodowej. - Ulsula mosze i jeszt chyba największą klaszistką, ale pszynajmniej ma szwoje powody, by szywiś te pszekonania. Ona tesz jeszt w posządku. - Nie mogłem powiedzieć, że nie, bo nadal traktowała mnie dokładnie tak samo. Tak, nawet Romulus, którego już zauważyłem, że Prudence nadal nie lubiła - chyba w przeciwieństwie do reszty - choć był kontrowersyjny, miał swoje racje, a jego osądy mogły się okazać przydatne. Prawda, stara jak świat, głosiła - czasami lepiej jest mieć silne wsparcie, nawet jeśli oznacza to trzymanie się z tymi, którzy mogą wydawać się odlegli, ale w gruncie rzeczy są po twojej stronie. W tych czasach, nie ma co się oszukiwać - lepiej, żeby miała przy sobie tych, którzy rzeczywiście nie chcieliby jej zrobić świadomej, wyrachowanej krzywdy - a znałem ich, nawet po tylu latach, wiedziałem, że celowo by tego nie zrobili - nawet jeśli to oznaczało, że są trochę z innej bajki. Korzystniej, żeby trzymała się tych, którzy rozumieją podziały, tę agresywną, ofensywną stronę społeczeństwa, nawet jeśli to oznaczało, że są trochę… oschli, albo snobistyczni. W głębi duszy czułem, że powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia, patrząc na to, jak dym papierosowy nadal falował wokół mnie, jakby próbując ukryć moje emocje. Nie wiedziałem, czy Prudence zrozumie, czy też nie, ale przynajmniej wyraziłem to, co potrzebowałem powiedzieć - trzymając się ich, miała większe szanse na przetrwanie, i na to, żeby jeszcze kiedyś móc spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zrobiła to, co trzeba.
- Nie daj się zwieś posolom. Ciotka jeszt dalekowzroszna i balsiej blawulowa, nisz mosze szię wydawaś. To był dom, któly kupiła s naszeszonym, podszas bitwy o Anglię. - Odezwałem się do niej lżej niż wcześniej, jakbym chciał powiedzieć, że to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż się wydaje. W pewnym momencie, odchrząknąłem, poprawiłem się na deskach i z lekkim uśmieszkiem na twarzy rzuciłem do niej: - Kontlabanda. - Nie zamierzałem rozwijać tej wypowiedzi, mogła sobie myśleć, co chce, ale niektóre majątki nie były budowane z dziada pradziada, przynajmniej nie całkiem. Parsknąłem - to było takie głupie, ale nie mogłem się powstrzymać, bo ta cała sytuacja - ten ton, którym mówiła, jakby chciała mnie sprowokować do gadania. Ja, z kolei, jakoś tak bezmyślnie rzucałem te odpowiedzi, bo czułem się, jakby był to test, którego jeszcze nie zdążyłem dobrze przemyśleć, a już się w niego pakuję. - Skakaś s klifów, to na pewno, szczególnie, sze szą tu podwodne gloty, do któlych inaszej szię nie dostanies, a szą walte odwiesenia. - Zarzuciłem pierwszą, najgłupszą rzecz z brzegu, wiedząc, że to jej raczej nie zainteresuje. - Są tesz zajebiszcie stale luiny głęboko w leszie s smętaszem i paloma ciekawostkami... - Dałem jej tą drugą opcję, wiedząc, że może być dla niej ciekawsza.
Patrzyłem w jej kierunku przez chwilę, uśmiechając się pod nosem, i pomyślałem, że chyba nigdy nie przestanie to mnie bawić, jak potrafiła się tak subtelnie wycofać, a jednocześnie rzucić słowo, które trafiło prosto w sedno. To też było trochę jak w szkolnych czasach, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat i wszystko było jeszcze prostsze, a ja wtedy myślałem, że potrafię wszystko, nawet rozgryźć jej myśli. Teraz wiedziałem, że nie potrafię, ale i tak próbowałem - bezskutecznie. Wiedziałem, że za tym wszystkim kryje się coś więcej, ale nie zamierzałem się nad tym głowić. Po prostu rozluźniłem się jeszcze bardziej, odchyliłem się do przodu i rzuciłem jej - lekko podpuszczającym tonem, chociaż cały czas z nutą luźnej swobody. To był właśnie ten moment, kiedy czułem, jak moje usta same się uśmiechają, mimo że próbowałem być poważny.
- Czyli mówis, sze jesztem dla ciebie wyjątkowy...? - Spytałem, a w moim tonie pojawiła się ta nuta rozleniwienia, trochę podpitej nonszalancji, natomiast w głowie ta świadomość, że zaraz muszę sięgnąć po więcej, bo jeszcze nie jest do końca tak, jak powinno. Miałem gdzieś to, że jest wczesne rano, bo po jednej flaszce ta piwnica wydawała się jeszcze bardziej odrealniona, jakby czas się tu zatrzymał, a ja z nim. - Mów mi więsej, a mosze nawet pszysnam ci lasję... - Stwierdziłem - to była dobra oferta, co nie? Oczywiście, że już teraz wiedziałem, iż ta sztywność i oficjalności, to była to tylko maska, którą chowała coś znacznie bardziej interesującego... No, poza tym na pewno lubiła rzucać wyzwania, więc nie była nudna, bo to przecież było w jej stylu.
Wreszcie wstałem z podłogi, nie analizując sytuacji - ruszyłem przed siebie, trochę na oślep, bo zostawiłem lampę na podłodze, w celu odszukania alkoholu. Prudence mówiła, a ja słuchałem, z lekko rozbawionym uśmiechem na ustach, czując, jak lekki rauszyk powoli rozrzedza moje myśli.
- Bo jeszteś w domku letniskowym jej wysokości Ulsuli Elsebet Lestlange? Tludny los, wiem, ale splóbuj nie naszekaś... Pszyjmij cielpienie s godnosią. - Uśmiechnąłem się pod nosem na jej wybór - to, że jednak nie zamierzała brać tego wina, i nie, nie zamierzałem jej oceniać. Nie z moją własną butelką mocnego alkoholu w ręce - i to drugą. - Szkocka czy amelykańska? Ilanskiej nie usnają w tym domu. - Poinformowałem, zamiast samemu wybrać, bo nie dało się zaprzeczyć, że sprawiało mi to satysfakcję - wybór był duży, więc skoro już zaczęła go dokonywać, to wypadało, by zrobiła to od początku do końca. Zastanowiłem się przez moment, czy to nie jest właśnie ten moment, kiedy powinniśmy coś zmienić, gdzieś się ruszyć, pójść dalej - czy może zostawić to wszystko tak, jak jest, bo przecież w tym wszystkim była jakaś nuta spontaniczności, nie potrzebowaliśmy nic więcej, niekoniecznie. Spojrzałem na nią, a potem wyciągnąłem rękę po flaszkę, która leżała na półce, i lekkim tonem zapytałem:
- No, i skolo jusz przechosimy na mocniejsze alkohole, to walto byłoby pomyśleś, czy nadal chces tu siedzieś, czy mosze chces trochę balsiej zaszaleś i wskoczyś w jakieś fajniejsze, mniej ciemne i zatęchłe miejse, gdzie mosna szię tlochę balsiej rozluśniś? - Nie wiedziałem, co ona na to, ale czułem, że to pytanie może zmienić wszystko albo nic - możliwe, że tak dobrze nam się gadało, bo było ciemno, i to właśnie w tym tkwił cały urok tej chwili... Właśnie.
- No, no, Bletchley... - Powiedziałem z uśmiechem, którego chyba nie była w stanie zauważyć. - Takie teksty, no, naplawdę? Staszejesz szię... Zalas kaszesz mi nie pyskowaś i iść do szwojego pokoju? - Chciałem, żeby czuła, że jestem tu całym sobą i mam swoje zdanie, i nie boję się go wyrazić, nawet jeśli to oznacza, że może chcieć mnie za to zrugać. - Tak czy siak... - Dodałem, zniżając głos, patrząc na nią w ciemnościach z tym swoim zadziornym uśmiechem. - Jeszli chces, szebym zamilkł na doble, i wybielasz stosowanie metod wychowawszych s gólnej półki piwnisy szwoich lodzisów, to powosenia, bo w moim domu lobiło szię to sgoła inaszej. Mówię to powasznie. Mosze kiedyś zadziałają... - Poza tym - przecież wiedziała, że nie chciałem przesadzić, ale i tak, trochę się rozbestwiłem, bo ta gra była zbyt atrakcyjna, żeby odpuścić. - Nie jesztem do końsa pewien, czy to, co własznie powiesiałaś, to grośba, czy obietnisa... Jeszli chces, szebym odsedł i jusz nigdy nie wlasał, to powies tylko słowo. A jeszli nie, to… no cósz, sczesze mówiąs, chyba zamieszam zalyzykowaś i zignolowaś rósznisę. - Spojrzałem na Prudence - byłem pewien, że ona spojrzała na mnie takim swoim niecierpliwym, lekko poirytowanym wzrokiem, ale zupełnie się tym nie przejmowałem. W tym momencie nie myślałem o niczym innym, tylko o tym, jak ją rozbawić, podpuścić, lekko sprowokować albo po prostu zacząć z nią rozmowę, którą na pewno zapamięta... A może tylko mi się tak wydawało, bo w głębi ducha znałem ją na tyle, by wiedzieć, że nie da się jej tak łatwo zagiąć. - No, więs jeszli chces mnie telas powstszymaś, Plue, to śmiało, bo naplawdę nie wiem, czy dam ladę zamilknąś na długo... - Zaczepiłem ją, bo czemu nie? W końcu, co miało mi to zaszkodzić. Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, czując, jak ta niezobowiązująca rozmowa coraz bardziej mnie rozluźnia. Alkohol i ta odrobina buntu, którą właśnie wywołałem, sprawiały, że zaczynałem się czuć jak młody chłopak na podwórku, gotowy na wszystko, nawet na najgłupsze zagrywki. A ona? No właśnie, ona była tu, teraz, i chyba jeszcze nie wiedziała, że właśnie wkraczamy na teren, gdzie wszystko może się zdarzyć. - Dobsze, sze oboje wiemy, jaki jesztem... Jeszli chces mi to odebraś, to… No cósz, splóbuj... - To było jak powrót do czasów szkolnych, kiedy wszystko było bardziej na ostrzu noża, a każde słowo mogło wywołać burzę, ale jednocześnie chyba trochę pozbawiliśmy to wszystko tego negatywnego wydźwięku. Zaczęła się śmiać - było dobrze, przynajmniej jak na ten moment.
- Ładne, pasuje do ciebie. - Stwierdziłem, naprawdę przyjaznym tonem, nie ironizując - to było dziwne, ale też miłe, w jakiś sposób, że mogliśmy rozmawiać, jak ludzie. - Benjamin. - Odpowiedziałem, jakby to nie było oczywiste, bo tak właściwie, to nie musiało być. - Kiedyś, obecnie po plostu „Benjy”, samodzielne imię, dlugiego blak, a, i jesztem stalszy... 21 malca 1935 loku. - Rozmawialiśmy, a ja z każdym słowem czułem, jak napięcie w mojej głowie się rozluźnia, choć jeszcze nie do końca. Lubiłem te chwile, kiedy można było się pośmiać, pożartować, ale może niekoniecznie powspominać - tu wiedziałem, że to wszystko jest trochę na granicy, ale przecież właśnie o to chodziło, żeby od czasu do czasu palnąć jakieś głupstwo, zmieniające perspektywę na dawne wydarzenia, i poczuć się jak człowiek, a nie tylko jak ktoś, kto musi przeżyć kolejny dzień.
Wspomnienia z Hogwartu - te chwile, kiedy jechałem pociągiem do Londynu, zawsze wywoływały we mnie mieszankę emocji - węzeł w brzuchu, niepokój, wrażenie czucia się, jak zwierzę zapędzone w potrzask. Dzień podróży do stolicy, jak i poprzedzające go dni, szczególnie były tymi, gdy zachowywałem się w taki sposób, że nasza rozmowa nie przyniosłaby nic dobrego. Nie mogłem łżeć - pewnie, gdyby Prudence postanowiła skorzystać z okazji w takim czasie, byłbym dla niej szczególnie okrutny... Bo bywałem - tylko tyle, że bez wyszydzania jej w zakresie, o którym teraz była mowa. Umówmy się - dla chcącego, nic trudnego. Zawsze był jakiś repertuar, z którego mogłem czerpać, żeby jej dopiec, gdy już się nawinęła. Sytuacja wyglądała bardzo podobnie przy przerwach świątecznych, jeśli nie zabierałem się z Corneliusem, ani nie zostawałem w szkole - brak litości, przekuwanie stresu w sztylety, żeby rzucać nimi w ludzi. Pierwszego września było trochę lepiej, ale zwykle potrzebowałem kilku dni, żeby się zrelaksować i odpuścić. Tak - było wiele czynników i bardzo dużo zmiennych, od których zależały nasze interakcje. Ta rozmowa była jak oddech świeżego powietrza po latach, to też była w niej nuta refleksji, której nie chciałem przyznać na głos - nie musiałem się zachowywać aż tak bardzo paskudnie, powtarzałem schematy.
- Wies... To była szalona lotelia, mogłabyś tesz trafiś na taki moment, w któlym potlaktowałbym cię w dlugą stlonę. Mosze tludno ci to szobie wyoblasiś, ale na ogół cię bloniłem. - Przemyślenia, które mnie nachodziły, były mieszanką wspomnień i refleksji, a że przy tym wszystkim czułem się rozluźniony, trochę powoli podpity, ale jeszcze nie do końca - to byłem też bardziej szczery. Wiedziałem, że zaraz dojdę do momentu, kiedy będę musiał sięgnąć po więcej, ale miałem jeszcze chwilę na rozmowę z Prudence - najbardziej nieoczekiwaną osobą, z tą dawną nieprzyjaciółką, którą spotkałem po latach, i która okazała się być całkiem niezłą kompaniją do takiego porannego gadania. Co z tego, że kiedyś się obrażaliśmy i prowokowaliśmy? W przeszłości mógłem ją obsztorcować za to, że była głupią gęsią, dzięki czemu ktoś inny nie czuł potrzeby dokładania swoich trzech pensów, czując satysfakcję z mojego zachowania i szukając innej ofiary. A kiedy zaczęła mi się odgryzać, ucinała mi punkty i tak dalej? To też działało na jej korzyść - trochę wyrównywało dynamikę. Każdy wiedział, że można było łatwo zbesztać, ja jej to regularnie zapewniałem, aż w końcu zaczynała pękać i czasami robiła coś, co podnosiło jej respekt w oczach innych uczniów, a nawet jeśli nie zwiększało respekt, to chwilowo odwodziło ich od dopierdalania. Opierdalając ją za głupotę, dając jej odczuć swoją obecność, mogłem odciągnąć część złośliwości innych dzieciaków od niej. I to się sprawdzało. - Nie mówię tego, szeby szię chwaliś, ani tym balsiej tłumaczyś bycie chujem, czy coś, ale wies… Nie zawse byłem takim totalnym kutasem, choś pewnie tak to wyglądało. - Rzuciłem luźno. Nie spodziewałem się, że po tylu latach, jako dorośli ludzie, będziemy mogli się tak dobrze dogadać i porozmawiać o zamierzchłych intencjach. A tu proszę - niespodzianka. Jasne, trochę się podpuszczaliśmy, rzucając żarciki i drobne zaczepki, ale to było naturalne. Nie umiałem być totalnie obojętny wobec możliwości prowokacji, bo to była nasza wspólna specjalność.
Przypominało mi się, jak kiedyś, na korytarzu, zjechałem ją od góry do dołu, żeby odciągnąć od niej bandę tych wyjątkowo głupich Ślizgonów, by po krótkiej interakcji ze mną, nie z nimi miała trochę spokoju - to był mój sposób, żeby jej pomóc, chociaż wtedy nie potrafiłem tego tak jasno nazwać, ani tym bardziej stanąć po jej stronie w innym, mniej chamskim stylu. Dostrzegając zamiary bandy lasek mających zły humor, postanawiałem ją po prostu obrzucić wyzwiskami, wyśmiać, i usatysfakcjonować typiary, które miały własne plany, zdecydowanie znacznie gorsze. Mógłbym ją zostawić na pastwę tego wszystkiego, ale nie zrobiłem tego - nie dlatego, że to mnie kręciło - no, czasami - tylko dlatego, że miałem swoją własną wersję lojalności, której nie dało się tak łatwo zniszczyć. Wiedziałem, że mogłem ją zostawić, pozwolić, żeby sama sobie radziła, ale na ogół wybierałem interwencję. Nie czułem się bohatersko - nie, byłem w tym wszystkim trochę jak kutas, to prawda, ale mimo wszystko, w tym chamstwie, i w tej obscesowej, grubiańskiej otoczce, była jakaś logika, więc w głębi serca, nie sądziłem, żeby to wszystko czyniło mnie najgorszym. Nie żeby to było dobre, ani moralne, ale tak po prostu działało - w tym kutasiarskim zachowaniu była jakaś głębia, czasami, w tym chamstwie, kryła się jakaś głębsza przyczyna, może nie do końca oczywista, ale była tam. I chociaż to wszystko wydawało się teraz takie głupie i dziecinne, to w głębi duszy, wiedziałem, że robiłem to, bo uważałem, iż tak trzeba. To nie była zbyt przemyślana strategia, ale zawsze to była strategia - no i byłem w niej bardzo pewny, i zdecydowany, tego nie mogła mi odmówić. Zawsze byłem pewny siebie.
- To bes wątpienia byłby luklatywny bisnes, ale s dlugiej stlony, chyba nie chce mi szię asz tak wysilaś, wies? - Odparłem, będąc świadomym, że wiedziała - zdolny, ale leniwy, co nie? Na tej podstawie sprzedała się ta bajeczka o Australii i o karierze. - Dawno? - Spytałem, zamiast komentować jej staropanieństwo, przy czym mocno i wyraźnie machnąłem głową w kierunku, w którym musiała trzymać dłoń - to było bardzo jednoznaczne, rzecz jasna, chodziło mi o narzeczonego. Nieudane, szczęśliwe zakończenie - coś, co dałoby jej spokój od publicznej oceny. Na ten moment nie miałem zamiaru dodawać, że w kwestii ocen, akurat bardzo sporo odczułem. Zastanawiałem się, czy za czymkolwiek tęsknię, bo tak właściwie… nie potrafiłem. Nie, chyba nie.
Pochyliłem głowę, zaciągnąłem się głęboko dymem, a potem wypuściłem go powoli, obserwując, jak falujący strumień unosi się w powietrzu, rozmywając się w bladej poświacie lampy. Przez chwilę milczałem, zastanawiając się, jak odpowiedzieć Prudence, kiedy zapytała o coś, czego się zupełnie nie spodziewałem, a chyba powinienem. Od razu przyszła mi na myśl ta trochę gorzka refleksja, którą próbowałem od siebie odsunąć - że tak naprawdę nie wiem. Nie wiem, czy to, co ona uważa za coś normalnego i przyjemnego, jest mi w ogóle znane, bo nigdy nie doświadczyłem tego w pełni. Ba, w głębi duszy wiedziałem, że nie mam pojęcia, jak to jest mieć stabilny, normalny dom, do którego chce się wracać. Spojrzałem na wirujący dym, zastanawiając się, czy jej to powiem, czy może lepiej milczeć. Nie czułem się tego pewien, bo w sumie, tak, pewnie tak, wracanie do domu musi mieć w sobie coś kojącego, coś, co daje poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Ale czy ja to kiedykolwiek miałem? Czy czułem to, kiedy wracałem do tego zimnego, zawsze obcego miejsca? Nie. W głębi serca nigdy nie czułem się tam jak u siebie. Wciąż czułem się obco, jakby za każdym razem ktoś wciągał mnie w pułapkę - złotą klatkę, z której nie można się wydostać na dobre. Zawsze, gdy kończyła się kolejna letnia podróż ekspresem z Hogwartu i wracałem do tego domu, miałem ten węzeł w brzuchu, który nie ustępował, chociaż próbowałem go zagłuszyć. Powracając myślami do tamtych czasów, uświadamiałem sobie, że tak naprawdę nie mam pojęcia, jak to jest mieć coś, co ludzie nazywają „domem” - nie miałem „domu”, miałem
„dworek w Little Hanglenton”, „kamienicę w Londynie”, „letnią rezydencję w...” - to nigdy nie był „dom”, a ja nigdy nie miałem tam stricte mojej przestrzeni, to zawsze była własność rodowa. Nie, to był tylko punkt na mapie, miejsce, które znałem, ale do którego nie chciałem wracać. Nie było miejsca, do którego chciałbym wracać z niecierpliwością, albo z tęsknotą. Zawsze było coś w tym, co mnie odpychało, jakby krzyczało, że jest potrzaskiem, w którym nie miałem zamiaru utknąć na dłużej, bo jeśli byłbym w nim za długo, to bez cienia wątpliwości wreszcie stałbym się tym, kogo po mnie oczekiwano. Prędzej czy później zostałbym kopią ojca, wujów, dziadka. Nie byłem bezwolny, nie czułem się bezradny - zawsze starałem się z tym walczyć, być sobą, nie kimś innym, ale też nigdy nie miałem tego poczucia przynależności. I choć próbowałem tworzyć coś na wzór domu, raz próbowałem zbudować coś, co mogłoby mnie zatrzymać, to ta próba była dla mnie wystarczająca - nie umiałem się przywiązać. Nie widziałem sensu, by na siłę zapuszczać korzenie, bo to nie było to, czego szukałem. Zamiast tego wybierałem wolność, nieograniczoną mobilność, możliwość zerwania z przeszłością, kiedy tylko tego chciałem. W drodze czułem się wolny, chociaż nie zawsze bezpieczny. To była moja decyzja - nie mieć stałego miejsca, ani tego, co ludzie nazywają stabilizacją, bo dla mnie satysfakcja i cel w życiu nie polegały na tym, by mieć własny kąt i wracać do niego codziennie. Nie chodziło o to, by coś się działo zawsze - tak samo, jak nie chodziło o to, by mieć wszystko trwale poukładane. Chodziło raczej o to, by wiedzieć, dokąd się zmierza - mieć cel, który pcha mnie naprzód... A to, co robiłem, dawało mi satysfakcję, rekompensując brak stałego adresu.
Spojrzałem na Prudence, która pewnie chciała usłyszeć coś innego, coś bardziej wzniosłego albo nostalgicznego. A ja, chociaż wydawało się to proste, bo wystarczyłoby skłamać, tak naprawdę nie potrafiłem jej tego powiedzieć. Przez chwilę milczałem, zaciągając się powoli dymem papierosowym, starając się ukryć swoje myśli za maską spokoju. Przypomniałem sobie te wszystkie chwile, które wcale nie były łatwe. Nie umiałem powiedzieć, że za czymkolwiek tęskniłem. Jak można tęsknić za domem, kiedy tak naprawdę go nie miałem? Zamiast tego, zawsze uciekałem, kiedy tylko nadarzała się okazja. Zawsze szukałem wyjścia z tego zimnego, obcego miejsca, które mnie osaczało. Podniosłem głowę na moment, patrząc przez dym w stronę niewidocznych, niedostrzegalnych w mroku ścian tej piwnicy, i pociągnąłem temat - cicho, ale z przekonaniem:
- Dla mnie to wsystko jeszt tlochę inne... - Powiedziałem, patrząc w dym, który tańczył w świetle lampy. Nie chodziło o to, że nie chciałem, by było inaczej - po prostu tak się potoczyło. W głębi serca wiedziałem, że być może Prudence tego nie zrozumie - nie do końca, po prawdzie, sam może nie potrafiłem jej tego dostatecznie dobrze wyjaśnić, ale w tym momencie ważne było to, że nie musiałem się tłumaczyć, bo sam siebie nie do końca rozumiałem. Mogłem spróbować bez przymusu - tylko dlatego, że chciałem się odezwać, wyłącznie z tego powodu to skomentowałem. - Nie potszebuję ształego punktu zaszepienia, domu, jak swał, tak swał, bo to, co się liszy, to cel i satyszfaksja, a ona pochodzi s tego, co lobię, lie s tego, gdzie jesztem. - Spojrzałem na dym papierosowy, który łagodnie falował pod wpływem podmuchu powietrza z głębi piwnicy, i odparłem w końcu, głosem pełnym opanowania. - Pewnie bywa miło wracaś do domu, siąś pszy stole, posłuchaś głosów, któle znas od lat. Póśniej usiąś na welansie i patszeć, jak słońce zachosi za holysontem, znająs to wsystko od podszewki, mająs w pamięsi te wsystkie chwile, któle upływały tam, w tym miejsu, słysześ odgłosy, któle wies, sze się nie zmienią. - Przerwałem na chwilę, zaciągając się, jakbym chciał uciszyć te słowa, które same się cisnęły, mimo że nie miałem zamiaru mówić tego tak otwarcie. - Tak, pewnie jeszt coś w tym, szeby wracaś i poczuś, sze jeszt się u sziebie. Chyba tak, nie? Chociasz... - Urwałem na chwilę, zaciągając się papierosem, jakby szukając słów, które nie przychodziły łatwo, a jednocześnie bezwiednie płynęły w zgodzie z tym, co myślałem, jakbym nie do końca zauważył, że mówię trochę za dużo, jak na kogoś, kto nie powinien tyle mówić, bo takie rzeczy go nie obchodzą. Zaciągnąłem się jeszcze drugi raz, oddychając głęboko, czując jak dym wypełnia moje płuca. Czułem, że te słowa, choć szczere i otwarte, nie zmienią nic w tym, co myślała sobie Prudence, bo nie zamierzałem zbyt głęboko w to wnikać. Tak, pewnie tak... Może ktoś inny, kto zna to uczucie, mógłby jej powiedzieć, że to coś normalnego - coś, do czego się dąży, bo to daje poczucie jakiegoś stabilnego punktu w życiu, ale nie ja - to nie byłem ja. Nie powinna się tego ode mnie spodziewać, chociaż z pozoru, kiedyś mogłem być taką osobą - jak wszyscy z tradycjonalistycznych rodzin. Przerwałem, bo poczułem, jak w piersi mi się ściska od tych słów, które jeszcze niedawno wydawały się niczym takim, a teraz zaczynały wnikać głęboko. Właściwie, to nie potrafiłem powiedzieć, co miałem na myśli, bo sam nie do końca rozumiałem, dlaczego tak jest. W głębi duszy wiedziałem, że nie miałem takiego miejsca, do którego chciałbym wracać, i że nie tęskniłem za tym, co inni uważali za normalność, ale to nie oznaczało, że nie chciałem tego spróbować. Kiedyś był taki czas, kiedy starałem się to stworzyć - zyskać, ale to były tylko wyobrażenia na temat czegoś, czego nigdy nie zaznałem. Kartonowe ściany sztucznego konceptu - zabawa w dom, niczym dzieci udające, że są dostatecznie dorosłe...
Nie wiedziałem, czy potrafię jej powiedzieć, że nie mam pojęcia, jak to jest mieć dom, do którego się chce wracać, bo nie miałem tego szczęścia, ale skoro rozmawialiśmy, piliśmy, było ciemno, a za kilka dni nasze drogi miały się zupełnie, ostatecznie rozejść, to po co byłoby kłamać? Poza tym, weryfikowaliśmy swoje spojrzenia na siebie - nie miało być lepszego momentu. Spojrzałem na Prudence, chociaż jej twarz była niewyraźna w tym słabym świetle, przeciągnąłem się nieznacznie, zaciągnąłem się głęboko papierosowym dymem, a potem spokojnie, niemal z lekceważeniem, odparłem:
- Nie mam pojęsia, jak to jeszt, mieś taki dom, do któlego chce się wlasaś. Nie za baldzo mam polównanie, a więs, po czym tęskniś. Miałem ten falt, sze ulodziłem szię w szlachetnym i konselwatywnym lodzie. Pod pewnymi wsględami nietludno tęskniś za czymś, czego nigdy nie było. Taka moja pszewaga, no nie? - Zakończyłem to stwierdzenie sarkastycznym parsknięciem, bo chociaż słowa były poważne, to mój ton brzmiał z lekka ironicznie, jakbym sam siebie próbował przekonać, że nie jest aż tak źle. Jednak w głębi serca czułem, że to, co mówię, to tylko maska, pod którą kryje się coś głębiej, coś trudniejszego do wyartykułowania. Przyglądałem się przez chwilę żarzącemu się czubkowi papierosa, a potem zaciągnąłem się głęboko, czując jak dym wypełnia moje płuca - powoli wypuściłem go w górę, w powietrze, obserwując kształty w bladym świetle lampy. Zaciągnąłem się jeszcze raz, czując, jak głęboko we mnie rozlewa się mieszanka goryczy i bezsilności. Moje myśli na chwilę powędrowały daleko, do tego wszystkiego, co było i co nadal czasem ciśnie się na myśl. Pewnie tak - wracanie do rodziny musi mieć w sobie coś kojącego. Pewnie tak - dobrze, gdy jest to miejsce, do którego można się z powrotem schować, kiedy wszystko zaczyna się sypać. Pewnie tak - można się poczuć tam bezpieczniej, chociaż ja sam nie wiedziałem, czy to prawda, bo tak naprawdę nigdy nie czułem tego, co oni - choćby Prudence i Elias. Nie umiałem powiedzieć, że tęsknię za swoim domem, bo nie miałem takiego, który by mnie trzymał, sprawiałby, że chciałbym do niego wracać. Głównie dlatego, że urodziłem się w tym konkretnym środowisku, i tak naprawdę nie miałem wyboru. Niektórzy z pewnością uważali, że miałem fart. I ironicznie, tak, to właśnie to urodzenie dawało mi wolność od tych wszystkich problemów, które inni musieli pokonywać. Nigdy nie musiałem się martwić o to, czy będę miał dach nad głową, czy jedzenie - wszystko było uregulowane na czas, życzenia zostawały na ogół spełniane, fundusz powierniczy był lepiej ustawiony, niż łączone zarobki wielu rodzin przez dekady. Żyć, nie umierać.
Oprzytomniałem na chwilę, patrząc na Prudence, starając się, by głos zabrzmiał spokojnie, chociaż w głębi duszy czułem ciężar tych słów.
- Wies, to nie tak, sze od lasu stwielsiłem, sze nie chciałbym mieś czegoś więsej. Po plostu, tak jak mówię, nie wiem, jak to jeszt. Mosze po plostu nie potlafię tego doseniś, bo nie miałem okasji, i chyba tak jusz zosztanie... - Zakończyłem - nie potrzebowałem stałego miejsca, nie potrzebowałem stabilizacji takiej, jaką pewnie znała Prudence. Potrzebowałem wyzwania, adrenaliny, czegoś, co sprawia, że czuję, że żyję naprawdę. Nawet nie próbowałem zastanawiać się, czy ona wie, jak to jest żyć w ciągłym ruchu, na krawędzi, bez stabilności, którą ona zapewne tak bardzo ceni. Nie wiedziałem, czy ona zrozumie, że dla mnie to wszystko jest obce - coś, co nie dotyczyło mnie w żadnym stopniu, bo było to coś, czego nigdy nie doświadczyłem. To wszystko, co mówiono o domu, o rodzinie, o stabilności - ja tego nie znam... I chociaż na zewnątrz mogło to wyglądać tak, że zawsze byłem wyjątkowo pewny siebie, to tak naprawdę czasami czułem się jak ktoś, kto nie ma własnego miejsca, jak ktoś, kto zawsze musi się gdzieś gubić, bo nie potrafi znaleźć swojej bezpiecznej przystani.
Może nie był to idealny sposób wyjaśnienia, ale tak właśnie to czułem - nie potrafiłem wyobrazić sobie, jak to jest mieć stałe miejsce, do którego chce się wracać, bo nigdy tego nie miałem. Może właśnie dlatego nie tęskniłem za tym tak mocno, bo nie znałem innej perspektywy - nie znałem tego uczucia, które chyba najprościej nazywa się przywiązaniem. Życie w drodze, choć pełne niepewności i wyzwań, dawało mi wolność i poczucie, że jestem panem swojego losu, a to było dla mnie rekompensatą za wszelkie niedogodności i ustępstwa. W każdym razie, nie miałem wątpliwości, że to, co robię, jest dla mnie wystarczające. Nie czułem się uwiązany, ani też nie czułem się związany z żadnym miejscem, bo nie miałem takiego miejsca, które by mnie do siebie przyciągało, które dawałoby mi poczucie bezpieczeństwa. Nigdy nie miałem w sobie tego poczucia, że dom to coś więcej niż tylko budynek, w którym się mieszka. Dla mnie to była tylko przestrzeń, w której nie czułem się dobrze, którą próbowałem opuszczać tak często, jak tylko się dało... I chociaż próbowałem kiedyś zbudować coś stabilnego, to ta próba, wiele lat temu, skończyła się na niczym - zostałem z pustką i z przekonaniem, że nie potrzebuję korzeni, bo to nie jest moje powołanie.
- Wiem coś o tym... - Odpowiedziałem, mimo to, wyraźnie nie chcąc zagłębiać się w temat tego, co działo się w Wielkiej Brytanii. Po tych słowach zamilkłem, marszcząc brwi i zamyślając się na moment. Przerwałem, zamknąłem oczy na moment, a w mojej głowie pojawiły się obrazy Londynu podczas pożaru - płomieni, które tańczyły na niebie, rozświetlając noc niczym łuna świtu, i wszystko, co się działo potem - chaos, strach, zniszczenie, dym unoszący się nad zniszczonym miastem, ludzi, którzy walczyli o każdy oddech, o każdą szansę na przetrwanie, o każdy kawałek schronienia. Miałem w głowie jeszcze więcej obrazów - to były nowe, niechciane wspomnienia, których nie można się pozbyć. Zastanawiałem się nad tym, co się działo wokół nas - jak wszystko się zmieniło i świat, który znałem, zaczął się zmieniać - chwilę się zawalił, a potem zaczął się odradzać w nowej, dziwnej formie.
- W mialę moszliwosi, tszymaj się Colneliusa, Ambloise'a i, do cholely, nawet Lomulusa. Bioląs pod uwagę ich osządy i to, co mówią o otoszeniu, w któlym się oblasają… - Odezwałem się powoli, przenosząc na nią wzrok. Przyglądałem się Prudence, w półmroku, starając się, by moje słowa były wyważone. Nie za bardzo miałem, co ukrywać - naprawdę miałem tego farta urodzić się w szlachetnym i konserwatywnym rodzie, gdzie wszystko było ustalone - od tego, co wypada, po to, co jest słuszne. To nie było życie, które mnie pociągało, tylko raczej ciężar, który musiałem nosić na barkach, jak kamień, ale z uwagi na to byłem też trochę lepiej zorientowany w tym, że rzeczywiście - wystarczy jeden dostatecznie silny oszołom, żeby zebrać szerokie grono ludzi, który pojedynczo byli szkodliwi, ale wspólnie stanowili olbrzymie zagrożenie. To była prawda, którą musiała przyjąć - w tych czasach, w tym świecie, lepiej mieć u boku tych, którzy rozumieją, co się dzieje, nawet jeśli ich spojrzenie jest wyrachowane, a słowa ostre jak brzytwa. - Po tym, co szię stało w Londynie... Ministelstwo wpuszczające mugoli do gmachu i tak dalej? Uliczne linsze w obie sztlony? Gdy opadnie pył, to bęsie shitshow, ja sztąd wyjeszczam, ale wy... Nie mówię, szebyś zawse kielowała szię ich opinią, ale pamiętaj, sze ich osądy, choś czasem beswsględne, mają swoje podłosze, musis mieś na uwadze ich opinie, ich spojszenie na świat. - Zamilkłem na chwilę, patrząc na swoje dłonie i obracając papierosa w palcach, a potem znów spojrzałem na Prudence, jakby czekając na jej reakcję. W głębi duszy wiedziałem, że to, co powiedziałem, to tylko wierzchołek góry lodowej. - Ulsula mosze i jeszt chyba największą klaszistką, ale pszynajmniej ma szwoje powody, by szywiś te pszekonania. Ona tesz jeszt w posządku. - Nie mogłem powiedzieć, że nie, bo nadal traktowała mnie dokładnie tak samo. Tak, nawet Romulus, którego już zauważyłem, że Prudence nadal nie lubiła - chyba w przeciwieństwie do reszty - choć był kontrowersyjny, miał swoje racje, a jego osądy mogły się okazać przydatne. Prawda, stara jak świat, głosiła - czasami lepiej jest mieć silne wsparcie, nawet jeśli oznacza to trzymanie się z tymi, którzy mogą wydawać się odlegli, ale w gruncie rzeczy są po twojej stronie. W tych czasach, nie ma co się oszukiwać - lepiej, żeby miała przy sobie tych, którzy rzeczywiście nie chcieliby jej zrobić świadomej, wyrachowanej krzywdy - a znałem ich, nawet po tylu latach, wiedziałem, że celowo by tego nie zrobili - nawet jeśli to oznaczało, że są trochę z innej bajki. Korzystniej, żeby trzymała się tych, którzy rozumieją podziały, tę agresywną, ofensywną stronę społeczeństwa, nawet jeśli to oznaczało, że są trochę… oschli, albo snobistyczni. W głębi duszy czułem, że powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia, patrząc na to, jak dym papierosowy nadal falował wokół mnie, jakby próbując ukryć moje emocje. Nie wiedziałem, czy Prudence zrozumie, czy też nie, ale przynajmniej wyraziłem to, co potrzebowałem powiedzieć - trzymając się ich, miała większe szanse na przetrwanie, i na to, żeby jeszcze kiedyś móc spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zrobiła to, co trzeba.
- Nie daj się zwieś posolom. Ciotka jeszt dalekowzroszna i balsiej blawulowa, nisz mosze szię wydawaś. To był dom, któly kupiła s naszeszonym, podszas bitwy o Anglię. - Odezwałem się do niej lżej niż wcześniej, jakbym chciał powiedzieć, że to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż się wydaje. W pewnym momencie, odchrząknąłem, poprawiłem się na deskach i z lekkim uśmieszkiem na twarzy rzuciłem do niej: - Kontlabanda. - Nie zamierzałem rozwijać tej wypowiedzi, mogła sobie myśleć, co chce, ale niektóre majątki nie były budowane z dziada pradziada, przynajmniej nie całkiem. Parsknąłem - to było takie głupie, ale nie mogłem się powstrzymać, bo ta cała sytuacja - ten ton, którym mówiła, jakby chciała mnie sprowokować do gadania. Ja, z kolei, jakoś tak bezmyślnie rzucałem te odpowiedzi, bo czułem się, jakby był to test, którego jeszcze nie zdążyłem dobrze przemyśleć, a już się w niego pakuję. - Skakaś s klifów, to na pewno, szczególnie, sze szą tu podwodne gloty, do któlych inaszej szię nie dostanies, a szą walte odwiesenia. - Zarzuciłem pierwszą, najgłupszą rzecz z brzegu, wiedząc, że to jej raczej nie zainteresuje. - Są tesz zajebiszcie stale luiny głęboko w leszie s smętaszem i paloma ciekawostkami... - Dałem jej tą drugą opcję, wiedząc, że może być dla niej ciekawsza.
Patrzyłem w jej kierunku przez chwilę, uśmiechając się pod nosem, i pomyślałem, że chyba nigdy nie przestanie to mnie bawić, jak potrafiła się tak subtelnie wycofać, a jednocześnie rzucić słowo, które trafiło prosto w sedno. To też było trochę jak w szkolnych czasach, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat i wszystko było jeszcze prostsze, a ja wtedy myślałem, że potrafię wszystko, nawet rozgryźć jej myśli. Teraz wiedziałem, że nie potrafię, ale i tak próbowałem - bezskutecznie. Wiedziałem, że za tym wszystkim kryje się coś więcej, ale nie zamierzałem się nad tym głowić. Po prostu rozluźniłem się jeszcze bardziej, odchyliłem się do przodu i rzuciłem jej - lekko podpuszczającym tonem, chociaż cały czas z nutą luźnej swobody. To był właśnie ten moment, kiedy czułem, jak moje usta same się uśmiechają, mimo że próbowałem być poważny.
- Czyli mówis, sze jesztem dla ciebie wyjątkowy...? - Spytałem, a w moim tonie pojawiła się ta nuta rozleniwienia, trochę podpitej nonszalancji, natomiast w głowie ta świadomość, że zaraz muszę sięgnąć po więcej, bo jeszcze nie jest do końca tak, jak powinno. Miałem gdzieś to, że jest wczesne rano, bo po jednej flaszce ta piwnica wydawała się jeszcze bardziej odrealniona, jakby czas się tu zatrzymał, a ja z nim. - Mów mi więsej, a mosze nawet pszysnam ci lasję... - Stwierdziłem - to była dobra oferta, co nie? Oczywiście, że już teraz wiedziałem, iż ta sztywność i oficjalności, to była to tylko maska, którą chowała coś znacznie bardziej interesującego... No, poza tym na pewno lubiła rzucać wyzwania, więc nie była nudna, bo to przecież było w jej stylu.
Wreszcie wstałem z podłogi, nie analizując sytuacji - ruszyłem przed siebie, trochę na oślep, bo zostawiłem lampę na podłodze, w celu odszukania alkoholu. Prudence mówiła, a ja słuchałem, z lekko rozbawionym uśmiechem na ustach, czując, jak lekki rauszyk powoli rozrzedza moje myśli.
- Bo jeszteś w domku letniskowym jej wysokości Ulsuli Elsebet Lestlange? Tludny los, wiem, ale splóbuj nie naszekaś... Pszyjmij cielpienie s godnosią. - Uśmiechnąłem się pod nosem na jej wybór - to, że jednak nie zamierzała brać tego wina, i nie, nie zamierzałem jej oceniać. Nie z moją własną butelką mocnego alkoholu w ręce - i to drugą. - Szkocka czy amelykańska? Ilanskiej nie usnają w tym domu. - Poinformowałem, zamiast samemu wybrać, bo nie dało się zaprzeczyć, że sprawiało mi to satysfakcję - wybór był duży, więc skoro już zaczęła go dokonywać, to wypadało, by zrobiła to od początku do końca. Zastanowiłem się przez moment, czy to nie jest właśnie ten moment, kiedy powinniśmy coś zmienić, gdzieś się ruszyć, pójść dalej - czy może zostawić to wszystko tak, jak jest, bo przecież w tym wszystkim była jakaś nuta spontaniczności, nie potrzebowaliśmy nic więcej, niekoniecznie. Spojrzałem na nią, a potem wyciągnąłem rękę po flaszkę, która leżała na półce, i lekkim tonem zapytałem:
- No, i skolo jusz przechosimy na mocniejsze alkohole, to walto byłoby pomyśleś, czy nadal chces tu siedzieś, czy mosze chces trochę balsiej zaszaleś i wskoczyś w jakieś fajniejsze, mniej ciemne i zatęchłe miejse, gdzie mosna szię tlochę balsiej rozluśniś? - Nie wiedziałem, co ona na to, ale czułem, że to pytanie może zmienić wszystko albo nic - możliwe, że tak dobrze nam się gadało, bo było ciemno, i to właśnie w tym tkwił cały urok tej chwili... Właśnie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)