• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence

[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#28
26.04.2025, 00:33  ✶  
Siedziałem z nią w tej piwnicy, rozluźniony, choć jeszcze nie do końca. Rozmawialiśmy jak dorośli ludzie, nie dzieciaki z Hogwartu, i to było dziwne, ale jednocześnie logiczne i bardzo naturalne - nie było wymuszone, przychodziło mi bardzo naturalnie, Prudence chyba też, chociaż w jej przypadku nigdy nie mogłem być pewny. Próbowałem widzieć jakieś schematy w jej zachowaniu, przewidywać reakcje, często wiedziałem, czego się po niej spodziewać, ale równie często się myliłem. Zaskoczyło mnie, że z taką łatwością udało nam się odnowić kontakt, tak po latach. Teraz, jako dorośli, z bagażem doświadczeń, nagle potrafiliśmy się zrozumieć, i to mnie zaskoczyło najbardziej.
- Jak doble wino. - Odmruknąłem w nieprzemyślanym odruchu, ale mimo tego, nie zamierzałem cofać moich słów - zamiast tego uniosłem kącik ust, posyłając spojrzenie w kierunku Prudence. To też było odruchowe, bo w tym półmroku niespecjalnie się widzieliśmy, lecz i tak puściłem do niej oko, ot, to było dla mnie bardzo naturalne zachowanie. Nic nas nie łączyło, ale była naprawdę atrakcyjną kobietą, czas był dla niej nie tylko łaskawy, lecz także zdecydowanie działał na jej korzyść, więc nie kłamałem. Nie musiałem - każdy głupi by to widział, na pewno dostawała na pęczki takich komentarzy, więc jeden więcej nie robił różnicy, ale przynajmniej był miły. Ja starałem się być miły - w imię tych nowych, lepszych „my” - przyjaciele, znajomi, ktoś taki - jeszcze byliśmy na etapie ustalania łatki dla naszej relacji, nawet jeśli nie miała szans potrwać zbyt długo. - Uwaszaj, czego sobie szyszysz, bo jesce w wieku tszydziestu tszech lat pieldolnie ci blokada na maszynie losujasej. Jeden koleś tak miał, był tak pszewidująsy, sze okasało szię, sze istotnie - jeszt jasnowidzem... W dosyś chujowym momensie, walto dodaś. Jak nim pieldolnęło o ścianę, to pszes tydzień zastanawialiśmy szię, czy ta jego wisja dotyszyła zagloszenia szycia... - Przytoczyłem tę historię tak zupełnie znikąd, bez większego powodu i celu, trochę, żeby rozluźnić atmosferę, nawet jeśli była dosyć... Czarna. Tym bardziej, że nigdy nie zweryfikowaliśmy prawdy, bo po tygodniu wyzionął ducha, wcześniej się nie budząc - wolałem tego nie dodawać, ale cóż - takie życie. W tej branży nie było wiele miejsca dla osób ze specjalnymi zdolnościami, które kontrolowały swoich właścicieli, a nie na odwrót.
- Zastanowię szię, czy to coś, co mosna tak łatwo wybaczyś, m'kay? Daj mi tlochę czasu, jesce szię losmówimy. - Teraz to ja sam nie wiedziałem, czy grożę, czy obiecuję - chyba to było coś pomiędzy, nie dało się jednak nie zauważyć, że te słowa zabrzmiały bardzo lekko, krył się w nich ten sam uśmiech, co na mojej twarzy. - Nie zachęsasz mnie tym do zamknięcia szię, wies? - W istocie - tym bardziej chciałem wiedzieć, co będzie dalej i jakie sztuczki miała w zanadrzu. Tym bardziej, że nie do końca mogłem zdusić w sobie to poczucie liczenia na ten jeden, konkretny obrót spraw - nawet, jeśli to było głupie, niewskazane i niezbyt prawdopodobne, to kto broni porozmyślać, jakby to było... Już od pierwszych słów, które wymieniłem z nią, poczułem, jak coś się odświeża - jakby powietrze w piwnicy nagle stało się mniej ciężkie, a stare wspomnienia zaczęły wracać do mnie z nową świeżością. Nie spodziewałem się, że po tylu latach, po tym wszystkim, co się wydarzyło, uda nam się tak dobrze dogadać. Czułem, że ta rozmowa ma sens - a powrót do przeszłości, chociaż skomplikowanej, może pozwolić nam spojrzeć na siebie z dystansem i zrozumieniem.
Dopiero słysząc słowa Prudence, uświadomiłem sobie, że według dokumentów faktycznie zbliżam się do czterdziestki. To była dziwna myśl, bo jeszcze niedawno wydawało mi się, że czas płynie wolno - mam jeszcze tyle lat przed sobą, a tu nagle, w tym momencie, uświadomiłem sobie, że realnie tak naprawdę też jestem już na prostej drodze do czwórki z przodu... I chociaż to nie była jakaś przerażająca refleksja, to i tak zasiała we mnie nutę zadumy, której nie potrafiłem do końca wyjaśnić. Może to przez to, że mój mentor, który był dla mnie jak mieszanka brata, dziada i ojca, miał około pięćdziesiątki - nawet jeśli wyglądał na dużo starszego, tak właściwie, to dopiero po jego zgonie uświadomiłem sobie, że nie miał wielu więcej lat - gdy zginął. To porównanie jakoś nie dawało mi spokoju - czułem, że jeszcze nie do końca się zestarzałem, choć przecież czas odcisnął na mnie swoje piętno, nie mogłem pochwalić się żadnym wielkim, życiowym osiągnięciem, poza przeżyciem, a lata leciały... A tu rzeczywiście... Prudence miała rację. Uśmiechnąłem się pod nosem, próbując ukryć tę refleksję za żartem, jak zwykle maskując powagę sytuacji i próbując rozluźnić atmosferę. To była moja naturalna reakcja, bo przecież nie chciałem, żeby wyczuła, że coś jest nie tak. W głębi duszy wiedziałem, że muszę się trochę oderwać od tego myślenia, bo zaraz poczułbym się jeszcze bardziej poważny i zamyślony.
- Widaś po mnie? - Wyparowałem, zniżając głos do tego znaczącego, porozumiewawczego tonu, jakim pyta się kolegów, jarając kolejnego pokracznie zwiniętego blanta z majeranku. - W wieku piętnastu, no, cztelnastu z hakiem, lat to była adekwatna, logiszna lósznisa, by móc lobiś dolosłe szecy. - Wyjaśniłem pokrótce, by nie wnikać dokładniej w to, co wtedy robiliśmy - mogła się tego domyślić, była w końcu inteligentna. Nie musiałem mówić, jakie to rzeczy, bo ona i tak miała załapać, na pewno. Wiedziałem, że rozumie, bo jest najmądrzejszą osobą, jaką znam - i to mocne stwierdzenie nie brało się z niczego. Była tą, która zawsze potrafiła wyczuć więcej, niż się mówiło na głos - nawet jeśli była przebrzydłą odwrotną klasistką, jak ustaliliśmy, i zupełnie mnie nie próbowała zrozumieć, bo byłem za bardzo za - i na pewno nie potrzebowała wiele, by zrozumieć, że to nie była tożsamość, która towarzyszy mi od kilku lat czy od zniknięcia. Benjy Fenwick był kimś dużo starszym, niż niecałe czternaście lat, nawet jeśli od czternastu lat towarzyszył mi na stałe, był mną, a ja nim.
Cztery lata... To była ta idealna liczba - granica, którą wtedy uznawaliśmy za oczywistą, bo to było coś, co pozwalało na wszystko, co dorosłe. Nie miałem problemu z tym, żeby uchodzić za kogoś starszego, bo już w wieku dwunastu lat byłem bardzo wyrośniętym młokosem. Przestałem rosnąć na krótko po Hogwarcie, osiągając imponujący wynik, chociaż dopiero w podróży stałem się tym, kim teraz byłem - wcześniej należałem do tych średnio rozbudowanych mięśniowo, raczej stosunkowo szczupłych, ale długich dzieciaków. To była jeszcze jedna różnica, jaką miałem z pochowaną wersją mnie. Tą, która nigdy nie miała wstać z grobu - pewnie coś go zeżarło w Australii, albo... Cokolwiek, tak właściwie, cokolwiek się z nim stało, ja od dawna nim nie byłem. Pytanie, które usłyszałem od Prue, skwitowałem zaskoczonym prychnięciem. Podwójne urodziny? Dobre sobie - nawet pojedyńcze to za dużo. Niby mógłbym świętować kolejny rok chodzenia po tym świecie - to, że nic tak naprawdę mnie nie zeżarło, ale czy chciałbym tego? Niekoniecznie. Nigdy nie lubiłem mieć urodzin...
- Lubię zlobiś sobie wolne w obie okasje, szeby szię najebaś i zobaczyś, co będzie dalej, zazwyczaj zlobiś coś niezbyt inteligentnego, to szię chyba liczy jako świętowanie? - Spytałem, starając się zachować lekko ironiczny wydźwięk słów i wcisnąć trochę niepowagi w coś, co dla Bletchey mogło być przykre albo sprawiające, że zaczęłaby mi współczuć - zdecydowanie tego nie chciałem. Nie po to rozmawialiśmy, żeby było między nami ciężko. - Mosze mas lasję, mosze nie. Jeszt dosyś uniwelsalne, wies, a to wygodne, gdy współplasujesz mięsynalodowo. - Wzruszyłem ramionami, nigdy w to nie wnikałem - to nie tak, że kiedykolwiek czułem się związany z moim drugim imieniem, dlatego chciałem zachować tę tożsamość - prawda była dużo mniej nostalgiczna, nie miała w sobie za pens romantyzmu ani melancholii. Chodziło o kwestie praktyczne - nie mieliśmy zbyt wiele czasu, korzystaliśmy z tego, co pod ręką, a załatwianie tylko jednego sfałszowanego kompletu dokumentów było prostsze i mniej ryzykowne, niż dwóch. Ja wziąłem więc te, które już miałem i jakoś tak zostało - wolałem nie ufać nikomu, poza Corio, pod tym względem. Nie szukałem nikogo w Stanach, ani nigdzie indziej, żeby stworzył dla mnie nową tożsamość.
- Ta, jaszne, nie byłaś odwaszna... - Prychnięcie samo poprzedziło moje słowa, wyrywając mnie z zamyślenia, gdy usłyszałem ten bullshit - przecież oboje wiedzieliśmy, że mi pyskowała, potrafiła się odgryzać, umiała dać mi w pięty, szczególnie że tylko tam sięgała - i to się nie zmieniło. - W moim świecie? Nie chcesz wiesieś... Stalałem szię, m'kay? Lepiej było, szebyś dostała od znanego zła, nisz od jakiejś pisdy, czy małego, zakompleksionego kutasa. - Skwitowałem ze wzruszeniem ramionami. Zamknąłem oczy na moment, czując, jak alkohol zaczyna działać coraz bardziej, ale jeszcze nie na tyle, żeby stracić głowę. Nie, nie zamierzałem wyliczać tych momentów, bo to nie o to chodziło. Chciałem tylko, żeby wiedziała - mimo tego, co się działo, pomimo tej naszej wzajemnej wrogości, nie byłem takim zupełnie najgorszym przypadkiem. Jasne - byłem dla niej kolejną plagą egipską, to na pewno, lecz nie tą najgroźniejszą, miałem swoje granice, nawet jeśli przekraczałem te jej. Nie byłem tym mściwym, żądnym krwi wrogiem, za którego mogła mnie uważać, a przynajmniej nie przez większość czasu, nawet już po tym, jak zaczęła naprawdę mnie drażnić. W sumie, mimo że byłem chamski, grubiański, obscesowy i grubiański, to w tym wszystkim była logika. Logika, którą znałem tylko ja. Na przykład, kiedy na korytarzu, zamiast jakiejś grubszej awantury, mogłem naszą krótką, ale intensywną kłótnią, zapewnić jej spokój od tych bardziej okrutnych uczniów, którzy mieli zły humor i chcieli nie tylko ją zdenerwować, ale wyżyć się na niej na różne sposoby - w tym czasami również fizyczne - raczej nie zastanawiając się zbyt długo, po prostu to robiłem.
- Wies, jakby nie patsześ, ten „najwięksy kutas, jakiego wisiał świat” nie jeszt snowu asz taką obelgą... - Stłumiłem brecht - mogła się tego spodziewać, rzecz jasna, oczywista oczywistość, że niedokładnie przemyślała swoje słowa - albo wręcz przeciwnie i znowu chciała mnie sprowokować... Wszystko było możliwe, gdy się było Prudence Madison Bletchley, prawda...? - To pewnie pszes tę zbloję, pszyłbisa doskonale sklywa toszsamoś. - Podsunąłem, jakby zwątpiła w to, że potrafię przybierać różne maski - zdecydowanie mógłbym mieć i jakąś rycerską wersję, gdybym tylko chciał. Tyle tylko, że nie chciałem - zamiast paradować na białym koniu, wolałem pomagać jej na swój sposób. Najwyraźniej tak incognito, że w ogóle tego nie zauważyła. Cóż, było już po ptakach... Nawet tych największych kutasach, bo jednak sam się sprzedałem, że chyba nigdy nim tak do końca nie byłem - nie całkiem, momentami naprawdę chciałem dobrze... Ale dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane - życie wielokrotnie mi to udowodniło.
- Tszech. - Odruchowo ją poprawiłem, jakby to miało jakieś znaczenie, czy to pięć, czy trzy lata - dwa lata różnicy nie były niczym szczególnie zmieniającym efekt końcowy, ale skoro rozmawialiśmy tak szczerze i bez oporów, to... - Po tszech latach, i tak, to było dosyś mosne. - Chyba nie miałem problemu, żeby jej to powiedzieć, tym bardziej, że ona nie kryła się z informacjami o jej narzeczonym - dwa dni temu przedstawiliśmy sobie najważniejsze fakty, fragmenty swojej miłosnej historii, więc mimowolne dotarcie do liczb, a właściwie to cyfr, i dat nie było niczym szczególnym. Sam nie do końca kontrolowałem to, w jaki sposób przeszliśmy na wyciąganie poważniejszych tematów i sytuacji z przeszłości, bo to, co było - minęło. Już mnie nie dotyczyło. Nie oczekiwałem współczucia - wręcz przeciwnie - to mnie zmieszało, trochę zniesmaczyło, więc pokręciłem głową tak wyraźnie, by to zauważyła. Jednocześnie odezwałem się i rzuciłem jej spojrzenie, które miało być wystarczająco zimne, by nawet w mroku je odczuła i zrozumiała, że nie zamierzam się nad sobą użalać. Mój ton głosu też był raczej twardy i zdecydowany, trochę prześmiewczy.
- To jeszteś jedyna. - Skwitowałem, bo skoro było jej przykro, to mogło jej być przykro - mi zdecydowanie nie było. Ja to wszystko przeżyłem, zostawiłem za sobą i to, że o tym mówiłem, nie świadczyło o niczym więcej, jak o tym, iż potrafię z tym żyć. - Wies, szycie, jak to szycie. Tlochę szię zmieniło, tlochę nie. Nie było to nic małego, ale wies, czasem tszeba odejś od tego wsystkiego, znaleś swoje miejsce. - Dodałem, chcąc załagodzić wydźwięk poprzedniej wypowiedzi - tym razem już lżej. - Jak widaś, nie naszekam. - Odpowiedziałem, nie czując potrzeby do tego, by mówić o tym, że mógłbym mieć inne oczekiwania od życia i czuć satysfakcję z czegoś innego, skoro mnie to nie dotyczyło - i nie miało dotyczyć, bo kariera była tym, w co świadomie inwestuję wszystkie zasoby. Nie dom, nie rodzina - o tym już nie chciałem słyszeć. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki... Czy coś. - Nie pitol. - Próbowałem rozluźnić atmosferę, bo przecież nie było sensu się przejmować. Mimo wszystko, czułem, że ta rozmowa jeszcze się nie kończy, i jeszcze wiele możemy sobie powiedzieć, zanim wszystko zniknie w tej ciemnej piwnicze, nie opuszczając tych ścian, bo wyciąganie tego na wierzch nie ma sensu. Natomiast, po prawdzie, słuchanie pierdolenia motywacyjnego o tym, jak może zmienić się moje życie - to nie było coś, co chciałem robić. Zmieniłem temat - najwyraźniej trafiając w coś, o czym, tak dla odmiany, to Prudence nie chciała słyszeć.
- A sojuszników jusz tak. - Przypomniałem, chociaż to było raczej jasne - nie, nie sugerowałem, że Prue potrzebuje opiekunek, tylko, że powinna świadomie korzystać z zasobów społecznych, jakie jej się trafiły. Tak, nawet z Romulusa... - Czym ci podpadł? - Zadałem bardzo oczywiste pytanie, parskając, i znowu poważniejąc. - Nie jesteszcie szadną se stlon... No, właśnie, Plue. - Nie musiałem nic więcej dodawać, bo to prawda stara, jak świat - to, co pośrodku, jest niczyje. Jasne - mugolaki i czystokrwiści mieli łagodniejsze spojrzenie na osoby półkrwi, niż na siebie nawzajem, ale to pozostawała grupa niczyja. Ani tu, ani tu - a więc również problematyczna, jak każda szara strefa... Nawet niewidoczna, wzbudzała myślenie.
- Nie? - Podsumowałem ją tym jednym słowem, które nawet nie było pytaniem, mocno kręcąc głową i nawet nie próbując kryć rozbawienia. - Tak jakby, gdybyś jakimś cudem tego nie zauwaszyła, mam bes mała dwa metly, a ty... Ile? Metl pięsiesiąt? - No, tak, możliwe, że trochę przesadzałem, ale nie dało się ukryć, iż w moich oczach Prue doskonale oddawała istotę powiedzenia: „To mały krok dla człowieka, ale dla karła normalny.” Po prawdzie mówiąc - była z tym całkiem urocza, tak naprawdę od zawsze, tak jakby wersja miniaturowa, chociaż zdecydowanie nadrabiająca mózgownicą i charakterem.
Nie spodziewałem się tego, gdy spostrzegłem ją wyłaniającą się z ciemności, że nagle odnowiona znajomość, po tylu latach, wywoła coś we mnie - dziwny, ukradkowy uśmiech i ciepło, które próbowałem ukryć za maską rozluźnienia. Tak, jeszcze nie byłem do końca pijany, ale czułem, że to zaraz się zmieni... Już było trochę inaczej, niż wtedy, kiedy z niedopitkiem bourbonu w dłoni, zacząłem rozmawiać z Prudence, jakbyśmy byli jak starzy znajomi, a nie dwójka ludzi, którzy kiedyś się znali, a potem rozeszli na różne drogi. Nagle, jakby zniknęła ta przepaść - różnic w podejściu, zamierzchłych niesnasek, no i bez wątpienia czasu, który minął, odkąd się widzieliśmy przed laty - jakbyśmy nie mieli za sobą wielu lat różnych doświadczeń, które nas oddzielały. Dwie osoby w tym samym momencie, w tym samym miejscu - rozmawiające na niskim poziomie, ale tylko dlatego, że tak im to pasuje. Dobrze się czułem, gdy z nią rozmawiałem, bo okazało się, że mimo wszystko - pomimo tego, co się wydarzyło, i jak było między nami, wciąż potrafimy się dogadać. To było zaskakujące, bo nie spodziewałem się tego, gdy zaczynaliśmy rozmowę - takiego naturalnego przepływu słów, takiego porozumienia, jakbyśmy nigdy nie byli sobie nieprzychylni, tylko zawsze się po prostu droczyli... I chociaż w głębi duszy czułem, że coś jest inaczej, coś się zmieniło, to na powierzchni, na pierwszy plan wyszła ta nasza luźna, przyjacielska aura.
- No, a mosze powinnaś... - Stwierdziłem, podsuwając kobiecie oczywistą oczywistość - wbrew pozorom, dużo osób, które przeżywają traumatyczne przeżycia i bliskie spotkania ze śmiercią, później zaczyna inaczej podchodzić do życia. Robią różne mniej albo bardzo szalone rzeczy - to nie byłoby dziwne, gdyby spróbowała. Oczywiście, że... Tak, zamierzałem to powiedzieć. - Na smętasz jusz szię wybielałaś, Pludence, plawie sama tam tlafiłaś, pszeszyłaś od chuja golsze szeszy i ty mi mówis, sze szię jescze czegoś boisz...? - Nie przeczę, że próbowałem ją tym podpuścić, całkiem celowo stawiając sprawę w ten sposób, ale chyba była na to zbyt trzeźwa... I za sztywna. Tak, to też mogłem jej zasugerować, wręcz na to czekałem. Szczególnie, że ona też mi nie darowała swoich zaczepnych komentarzy - była w nie wyjątkowo hojna, rzucając kilka haczyków, których nie pochwyciłem, bo zamiast tego zacisnąłem usta, mocno kręcąc głową i powstrzymując rozbawienie. Mogła mi naprzemiennie zadawać pytania i prawić niezbyt udane komplementy - niczego nie łapałem, byłem na to chyba za trzeźwy. Musiała spróbować w innej chwili, może w zupełnie innej sytuacji - kto wie... Wreszcie wstałem - chwytając się nie baitów, a butelek z regału.
- Twoje kubki smakowe nie mogą byś balsiej pszeszalte od moich, a moje czują lósznisę, wies... - No tak, w sumie, to był jej wybór, a ja byłem tylko kimś, kto miał jej podać wybrany alkohol - to oznaczało mniej więcej tyle, że dopóki nie dała mi jasnej odpowiedzi, mogłem tylko stać i patrzyć się to na jej zarys w półmroku, to na półkę z butelkami, zastanawiając się, co dalej - czy nadal chcemy siedzieć tutaj, czy może już czas się spakować i spadać gdzieś, gdzie będzie fajniej. - Gadas, jakbym co najmniej cię tu tszymał siłą, a pszeciesz ploponowałem, sze cię odplowasę. - Przewróciłem oczami, sięgając po tę jej szkocką, jednocześnie kątem oka widząc, jak kobieta wstaje, więc nieco przyspieszyłem ruchy - tak, by w razie czego móc jej podać rękę, bo było ciemno. Na szczęście to nie było konieczne. Nie musiała mi mówić, że potrzebowaliśmy tego więcej - tu także przewróciłem oczami, kręcąc głową - nie byłem amatorem. - Bieszemy se cztely... - Dwie były moje, jedna jej i jedna na zapas - całe szczęście, miałem w spodniach całkiem głębokie kieszenie, by wsadzić sobie w nie po jednej butelce, jedną łapiąc w garść, a ostatnią wyciągając ku Prudence. - Tszymaj. - Oznajmiłem. - Jesztem cool człowiekiem, oczywiście, sze zabielam cię w doble miejsce... Tylko daj mi wolną lękę, szeby jakoś nam to poszło. - Poleciłem, wyciągając swoją ku niej, bo tak było najłatwiej przejść przez wszystkie konieczne korytarze piwnicy. Na lampę nie mieliśmy miejsca, ale to miała być prosta droga.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (31324), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (29750)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 13:43
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Pan Losu - 19.04.2025, 13:43
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.04.2025, 15:34
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 18:10
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.04.2025, 21:32
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.04.2025, 23:53
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.04.2025, 02:20
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 03:18
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.04.2025, 18:59
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.04.2025, 20:37
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.04.2025, 00:41
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.04.2025, 05:55
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.04.2025, 18:18
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.04.2025, 20:20
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.04.2025, 17:28
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.04.2025, 20:22
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.04.2025, 23:04
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 00:33
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.04.2025, 13:52
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 15:58
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.04.2025, 20:17
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.04.2025, 21:51
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.04.2025, 10:57
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.04.2025, 20:03
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.04.2025, 16:57
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.04.2025, 00:33
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.04.2025, 02:18

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa