26.04.2025, 12:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.04.2025, 12:07 przez Bard Beedle.)
Postać pisana przez graczkę Icarusa Prewetta.
Bywały w życiu momenty, kiedy to ból przejmował kontrolę. Tak silny, tak wszechogarniający, cielesny do granic możliwości, przejmował umysł, doprowadzając go do rozsypki. Człowiek kierowany nim robił rzeczy niewyobrażalne z pełną tego świadomością. Nie było możliwości zmiany. Nie było szans na poprawę. Istniało się w próżni, samotnie, bez żadnej pomocy, żadnych szans, ze świadomością, że było się tylko ludzkim śmieciem. Wtedy jednak, o krok od krawędzi klifu, pojawiał się on. Zbawca. Człowiek, który był w stanie uratować czyjąś duszę, dać jej cel.
Dla Bertranda Howella taką osobą był Czarny Pan. Przed dołączeniem do Śmierciożerców jego życie było przecież pasmem porażek, smutków i tragedii. Ojciec, brudny mugol, lał go i chlał, kiedy matka czarownica na to pozwalała, kompletnie podporządkowana. W Hogwarcie nie potrafił nawiązać żadnych znajomości, przez co był pośmiewiskiem, a po szkole, gdy nareszcie znalazł sens życia w postaci żony i małego synka, brutalny los też musiał mu ich odebrać. Został sam. Ogień pochłonął ich. Teraz nie mógł pozwolić, by pochłonął jego.
Oberwał podczas potyczki z aurorami. Nienawidził ich z całego serca. Co do jednego byli zdrajcami krwi lub szlamami, a przez to nie potrafili złapać podpalacza i zostawili Bertranda samemu sobie. Czarny Pan wyjaśnił mu defekty, jakie ci ludzie nosili. Nie mogli oni rządzić. Jak miało się brudną krew, trzeba było to odkupić własnym działaniem. Walczyć o lepszy świat aż do ostatniej kropli krwi. Poniekąd Bertrand chciał umrzeć w boju, ale zamierzał zabrać ze sobą tyle szlam, ile tylko się dało.
Pocięli go zaklęciem Diffindo. Zdążył przedtem pozbawić życia czterech BUM-owców i trzech samozwańczych cywilów. Nie wiedział ostatecznie, czyją krew miał na sobie. Broczył jednak obficie z klatki piersiowej i ramion. Trzymał dłonie na ranie, desperacko starając się zatamować krwawienie. Wiedział, które miejsca były chronione. Mieszkali tam najlepsi z czystokrwistych, żadni tam zdrajcy. Tam, gdzie się skierował, mieszkała krewna Leviathana. Bertrand miał nadzieję, że – podobniej jak jej kuzyn – służyła sprawie Śmierciożerców.
Kiedy przybył do jej mieszkania, nie było jej w środku. Bertranda przywitał jedynie kot, który nasyczał na niego, ale ze strachem usunął się mu z drogi. Pamiętał, że jego synek, Sammy, uwielbiał koty. Cieszył się, gdy tylko je widział. Po cichu Bertrand liczył, że jeszcze tej nocy zobaczy jego i Mary. Czy naprawdę chciał przeżyć? Może jedynie dlatego, że Czarny Pan tego żądał. A Bertrand miał dług, który musiał spłacić.
Nie zdołał znaleźć niczego w kuchni Rowle. Opuściły go siły, jego ręce nie były w stanie otworzyć szafki z apteczką. Osunął się na podłogę, oparł się plecami o kuchenny kredens. Już myślał, że był to koniec, że wystarczyło jedynie poczekać na tunel i światełko na jego końcu, gdy nagle do jego uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi.
Wróciła pani domu.