26.04.2025, 22:14 ✶
Vasilij siedział w altanie już od dłuższego czasu, otulony półmrokiem, niemal nieruchomy, wpatrując się niby to w konstelację gwiazd rozpościerającą się ponad ich głowami, na sklepieniu, ale w rzeczywistości w nicość — ktoś uważny by to zapewne zauważył, ale tę informację trzeba było wyciągnąć zza kostiumu. Cień różanych kolców rysował się na jego ramionach z wyhaftowanymi półksiężycami, twarz zaś miał zasłoniętą maską — lśniła w bladym świetle nocy, mlecznobiała jak porcelana, ozdobiona cienkimi, srebrnymi łodygami i drobnymi perłami układającymi się na nich niczym rosa. Największa z nich umieszczona była na środku, niemalże na czole posiadacza, zawieszona niczym trzecie oko, dodając jegomościowi aury elegancji wymieszanej ze sporą dawką mistycyzmu. Każdy detal zdradzał klasę i próżność, może również i dystans, chociaż Dolohov od zawsze starannie pielęgnował wrażenie bycia kimś osiągalnym dla mas.
Gdy usłyszał odgłos kroków, nieco się skwasił, ale bardzo szybko przybrał neutralny wyraz twarzy, nim ktokolwiek zorientuje się, że nie był wymuskanym księciem z bajki. A później — usłyszawszy głos zagadujący go z uprzejmą ciekawością — przekręcił nieco głowę, ale nie poruszył się poza tym gestem. Nie zamierzał dawać nikomu do zrozumienia, że czekał na towarzystwo. Wręcz przeciwnie.
— Dla chwili wytchnienia — odparł miękko, z czarującym półuśmiechem, który jednak nie sięgnął jego oczu. Ale przecież wszystko dało się zgonić na maskę. Ton czarodzieja nie nosił w sobie znamion chłodu sugerujących, że rozmowa nie jest tym, czego by sobie życzył — samotność w tym miejscu była jednak bardzo wymowna. Powrócił do wlepiania wzroku mapę gwiazd, której błędne układy zdawałby się odbijać nieporządek kłębiący się także w jego własnych myślach. W tej surowej przestrzeni, wśród kolców i zimnych szarości, odnalazł coś, czego nie dawały mu dotychczasowe rozmowy — nowość, świeżość. Przełom. Twórcą mechanizmów nie był, ale pasjonatem? Owszem. Udzielono mu jednak informacji, iż autor tychże nie był obecny na przyjęciu. Typowe, pomyślał od razu. Osoby najbardziej uzdolnione często pozostawały tymi, które są najmniej widoczne. Dla wielu paniczyków i arystokratów osiągnięcia takich jednostek były paskudnie nieistotne — na tyle, aby nie zaprosić ich na takież wydarzenie, a prawda była taka, iż chętniej porozmawiałby z nim, niż z organizatorem.
Przynajmniej ta altana była piękna. Piękna i surowa niczym samotność, którą wybrał świadomie. Takie osoby jak on spotykało się bez towarzystwa tylko wtedy, kiedy naprawdę tego chcieli.
— Jeśli szuka pan wskazówek, to zwykłem ich nie udzielać. — Ani nieznajomym, ani swoim współpracownikom, uczniom, studentom. — Takie sprawy cieszą najbardziej, kiedy sami je rozwiążemy. — I owszem — przybrał od razu postawę kogoś, komu niekoniecznie na poznaniu prawdy zależy. A to dlatego, że kiedy pojawiała się opcja wyścigu, w którym mógł w jakiś sposób przegrać, a ryzyko mu się nie opłacało, podchodził do sprawy z należytą temu niechęcią. — Mogę przesunąć się z papierosem, jeżeli panu przeszkadzam — dodał, poprawiając oparcie o porośniętą balustradę.
Gdy usłyszał odgłos kroków, nieco się skwasił, ale bardzo szybko przybrał neutralny wyraz twarzy, nim ktokolwiek zorientuje się, że nie był wymuskanym księciem z bajki. A później — usłyszawszy głos zagadujący go z uprzejmą ciekawością — przekręcił nieco głowę, ale nie poruszył się poza tym gestem. Nie zamierzał dawać nikomu do zrozumienia, że czekał na towarzystwo. Wręcz przeciwnie.
— Dla chwili wytchnienia — odparł miękko, z czarującym półuśmiechem, który jednak nie sięgnął jego oczu. Ale przecież wszystko dało się zgonić na maskę. Ton czarodzieja nie nosił w sobie znamion chłodu sugerujących, że rozmowa nie jest tym, czego by sobie życzył — samotność w tym miejscu była jednak bardzo wymowna. Powrócił do wlepiania wzroku mapę gwiazd, której błędne układy zdawałby się odbijać nieporządek kłębiący się także w jego własnych myślach. W tej surowej przestrzeni, wśród kolców i zimnych szarości, odnalazł coś, czego nie dawały mu dotychczasowe rozmowy — nowość, świeżość. Przełom. Twórcą mechanizmów nie był, ale pasjonatem? Owszem. Udzielono mu jednak informacji, iż autor tychże nie był obecny na przyjęciu. Typowe, pomyślał od razu. Osoby najbardziej uzdolnione często pozostawały tymi, które są najmniej widoczne. Dla wielu paniczyków i arystokratów osiągnięcia takich jednostek były paskudnie nieistotne — na tyle, aby nie zaprosić ich na takież wydarzenie, a prawda była taka, iż chętniej porozmawiałby z nim, niż z organizatorem.
Przynajmniej ta altana była piękna. Piękna i surowa niczym samotność, którą wybrał świadomie. Takie osoby jak on spotykało się bez towarzystwa tylko wtedy, kiedy naprawdę tego chcieli.
— Jeśli szuka pan wskazówek, to zwykłem ich nie udzielać. — Ani nieznajomym, ani swoim współpracownikom, uczniom, studentom. — Takie sprawy cieszą najbardziej, kiedy sami je rozwiążemy. — I owszem — przybrał od razu postawę kogoś, komu niekoniecznie na poznaniu prawdy zależy. A to dlatego, że kiedy pojawiała się opcja wyścigu, w którym mógł w jakiś sposób przegrać, a ryzyko mu się nie opłacało, podchodził do sprawy z należytą temu niechęcią. — Mogę przesunąć się z papierosem, jeżeli panu przeszkadzam — dodał, poprawiając oparcie o porośniętą balustradę.
with all due respect, which is none