26.04.2025, 23:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.04.2025, 23:09 przez Benjy Fenwick.)
To była przestrzeń, którą kiedyś, lata temu mieliśmy na wyłączność, miejsce, gdzie można było schować się przed światem i układać plany. Obecnie meble i większe przedmioty zostały przykryte narzutami, a na wieszakach i półkach poupychane były różne drobiazgi. Ursula prawie tu nie zaglądała, co było dla nas dobre - mieliśmy swoje rzeczy, nasze skarby i odpadki, które przez lata stworzyły niepowtarzalną zbieraninę wszystkiego i niczego, śmieci dla niektórych, cenne zdobycze dla innych - ale teraz poskutkowało tym, że wszystko pokryło się kurzem, najwyraźniej nikt tu nie zaglądał za często, co nie było dziwne - żaden z nas nie był już nastolatkiem, mieliśmy swoje życia i własne przestrzenie - no, przynajmniej w teorii.
Przyglądałem się Prudence uważnie, wpatrując się w jej twarz, aż do momentu, gdy zdałem sobie sprawę, że mimo dużej przestrzeni pomieszczenia, zatrzymaliśmy się tak blisko siebie, iż moje oczy dostrzegały naprawdę dużo. Nie było to zamierzone, po prostu tak wyszło - stałem tak blisko, że dostrzegałem każdy szczegół jej twarzy. Jej rysy, linie policzkowe, cienie pod oczami, drobne zmarszczki wokół nich - wszystko to nabrało ostrości w tym słabym, chłodnym świetle mglistego poranka. Przypatrywałem się jej, nieświadomy, jak blisko się znajdujemy, aż nagle nasze spojrzenia się skrzyżowały. Odwróciłem wzrok, mimochodem przesuwając nim w dół - w kierunku jej ust, a potem za plecy kobiety, żeby nie zawiesić się na jej wargach. Nie mogłem nic poradzić na to, że przypomniałem sobie ich smak, ich miękkość, i od razu poczułem, jak w głowie pojawia się myśl, którą spróbowałem stłumić - o tym, że może między nami coś zaczęło się zmieniać, niekoniecznie w tym zupełnie niewinnie przyjaznym kierunku, chociaż wiedziałem, że w rzeczywistości to niemożliwe, i z pewnością nie powinniśmy z tego robić żadnej wielkiej sprawy. Nawet pod lekkim wpływem, bo już co nieco wypiłem, to była raczej kwestia chłodnej kalkulacji, nie emocji - w momencie, w którym dotarło do nas, że się znamy i kim tak naprawdę jesteśmy, moje szanse z jakichś 30% spadły poniżej 0%, teraz były na solidnym minusie, a ja nie chciałem próbować tego zmienić.
Zorientowałem się, że zbyt długo na nią patrzyłem, więc odwróciłem wzrok, chociaż w głębi w dalszym ciągu czułem, jak napięcie między nami się zagęszcza. Stałem tuż obok niej, tuż na wyciągnięcie ręki, więc mogłem dostrzec, że jej twarz wyrażała coś więcej niż tylko chłodne skupienie - nie umknęło mojej uwadze, że wydawała się lekko speszona, chociaż próbowała to ukryć. Zauważyłem, że jej policzki lekko się zarumieniły, lecz nie wyciągnąłem z tego zbyt wielu mylnych wniosków. To nie był żaden sygnał, nie miałem zamiaru doszukiwać się w tym żadnych niepotrzebnych podtekstów - tak, nawet jeśli nie dało się ukryć, że dwa dni temu się ze sobą całowaliśmy. Nawet nie zamierzałem udawać, że nie doszło do tej sytuacji, tym bardziej, iż niczego nie żałowałem. Dyskretnie rzuciłem wzrokiem na jej usta, przypominając sobie ich truskawkowy smak, i na włosy, w których właśnie dostrzegłem pajęczynę. Oczywiście, zaraz odwróciłem wzrok, bo wiedziałem, że to nie jest miejsce na takie myśli, nawet widząc jej rumiane policzki proszące się o muśnięcie palcami przy okazji zabierania pająka z jej głowy. Szybko uznałem te zarumienienie za efekt chłodnego powietrza i wilgoci, nic więcej - nie chciałem wywoływać zbędnych domysłów, bo tak było najlepiej. To musiało być kwestia temperatury, bo przecież przez dłuższy czas byliśmy w chłodnej piwnicy, a teraz weszliśmy do tego nieco cieplejszego pomieszczenia. Nie zamierzałem nad tym się rozwodzić, chociaż w głębi duszy czułem, że to napięcie ma podłoże czegoś innego, bardziej osobistego. A jednak wiedziałem też, że Prudence nigdy nie była tym typem dziewczyny, którą można by łatwo do siebie przekonać albo, tym bardziej, wywołać w niej jakiekolwiek zainteresowanie. Już sobie nawet ustaliliśmy, pod wpływem tamtej dziwnej szczerości i przypływu gadulstwa, że przez wiele lat szkolnych usiłowałem to bezskutecznie zrobić, a ona rzekomo nawet tego nie zauważyła. Nadal uważałem, że nagina fakty i nie powiedziała mi całej prawdy, bo przecież zawsze była inteligentna i spostrzegawcza - taka nagła ślepota w żadnym razie do niej nie pasowała, no, ale...
Czułem, jak moje serce bije szybciej, choć próbowałem zachować spokój. To wrażenie, że między nami unosi się coś więcej, było tylko złudzeniem, które szybko miało się rozwiać. Prudence nie była mną - jako mną, nie nieznajomym - zainteresowana, a ja doskonale to wiedziałem. Poza tym, nawet gdyby nie było tego powiązania, to nie miałem w zwyczaju podbijać dziewczyn, które były poza moją aktualną ligą. Takie osoby zazwyczaj oczekowały czegoś więcej, a to nie był ten rodzaj relacji, na jaki mógłbym sobie pozwolić, szczególnie, że niedługo wyjeżdżałem. To wykluczało jakiekolwiek dalsze podboje, tym bardziej, że nie chciałem komplikować spraw, bo dodatkowo - do tych poprzednich kwestii - to była siostra bliźniaczka Eliasa, mojego przyjaciela, a ja sam nie miałem zamiaru wywoływać konfliktu, który mógłby się skończyć poważniejszymi konsekwencjami. Elias by się o tym dowiedział i chyba pierwszy raz w życiu naprawdę by się na mnie odpalił - w swoim zakładzie szklarskim mógł mieć nawet gilotynę...
W międzyczasie, by rozproszyć swoją uwagę, sięgnąłem do jej włosów i delikatnie wyciągnąłem pająka, który się tam zadomowił, opowiadając jej zapożyczoną historię z latynoamerykańskich wierzeń - nie, to nie była moja teoria, tylko coś, co połapałem podczas wielu zleceń w krajach Ameryki Łacińskiej. Prudence bez wahania wyciągnęła rękę, żeby go wziąć, więc bez słowa przekazałem jej go, lekko trącając go w odwłok, żeby przeszedł na jej dłoń.
- Pająki to doszkonali powielnisy. - Rzuciłem, patrząc na jej dłoń z pająkiem. - Szą niemal tak doble, jak sczuly, chociasz jeszli miałbym wybielaś, s kim najbaldziej bym szię zaziomkował, to chyba byłby to kluk. Mądly, szplytny, zawse wie, gdzie jeszt coś waltosiowego... - Zakończyłem swoją wypowiedź, odwracając się na chwilę, by spojrzeć na plandekę, którą zaraz miałem ściągnąć, a potem na buty Prue, kręcąc głową na jej pytania.
Nie mogłem się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, bo wiedziałem, że to, co nosi, jest stylowe, ale zupełnie niepraktyczne. Nie dziwiło mnie to, bo sama była wyrafinowana, elegancka i pod każdym względem wielkomiejska - raczej trzymała się znajomych chodników Londynu i korytarzy ministerstwa, a potem jednej czy dwóch kawiarni, jakiegoś spożywczaka, własnego mieszkania i domu rodziców... Raczej niewiele więcej - miałem prawie niezmąconą pewność, że nie za bardzo chodziła po wiejskich terenach, pewnie niespecjalnie ciągnęło ją do lasów, czy w góry. Możliwe, że źle ją oceniałem, ale przeczucie mówiło mi, żeby wziąć motocykl, zamiast wędrować, bo inaczej szybko musielibyśmy zawrócić. Zwłaszcza, że raczej nie mogliśmy przemknąć się do jej pokoju, by mogła założyć inne buty. Spojrzałem na nie z rozbawieniem.
- No, skolo mamy byś sczeszy, to musę pszyznaś jedno - te buciki szą balszo ładne, abszolutnie, ale supełnie nieplaktyszne do jakiejkolwiek wyplawy. - Oczywiście, nie mogłem powstrzymać się od zezowania na swoje ciężkie, wojskowe buty, które na pewno nie wyglądały tak elegancko, ale były niezawodne. Odwróciłem się na chwilę, próbując zlokalizować tablicę z kluczykami, żeby je stamtąd wziąć, i zacząłem dzielić się z Prudence planem naszego wypadu poza teren letniego domu. Nie powiedziałem jej wszystkiego, bo wiedziałem, że niektóre rzeczy lepiej trzymać w ukryciu, żeby ich nie zepsuć. Zaraz przeszliśmy do precyzowania tego, co zamierzałem jej powiedzieć na starcie - szło nam to całkiem gładko. Mimo to, gdy usłyszałem jej odpowiedź, odwróciłem wzrok i wzruszyłem ramionami, trochę zażenowany.
- No, to nic takiego. - Powiedziałem cicho, próbując ukryć, że tym razem to ja sam się czerwienię - całe szczęście miałem mocną, meksykańską opaleniznę, to mnie trochę ratowało. Po tych słowach zamilkłem na chwilę, odwracając się i ruszając w kierunku pudeł pod ścianą, aby znaleźć jakąś kurtkę, która ochroniłaby ją przed chłodem. Kątem oka obserwowałem, jak Prudence kieruje się w stronę okna, jej sylwetka przesuwała się powoli, i nie mogłem się powstrzymać od komentarza.
- Pamiętaj o najwaszniejszym i o tym, sze to działa jak szyszenie ulosinowe, nigdy go nikomu nie wyjawiaj, pszekasujesz mu je tlwale. - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, próbując brzmieć poważnie, chociaż w moim głosie czuć było nutę humoru. Wróciłem do przetrząsania pudła z rzeczami, wreszcie wyciągnąwszy stamtąd skórzaną kurtkę - przykurzoną, a jakże, ale poza tym naprawdę dobrą, jeszcze z tych naprawdę drogich, najlepszej jakości. Uniosłem ją w górę, wskazując na nią kobiecie, żeby dać jej znać, że akcja została zakończona powodzeniem.
- Haley-Davidson, losznik pięśdziesiąty. - Wypowiedziałem to z dumą, posyłając jej szeroki, bajerancki uśmiech, błyszcząc zębami i obracając kluczyki na palcu niczym prawdziwy wyjadacz. Kiwnąłem głową w kierunku dużego kształtu, który był schowany pod plandeką, po czym znów się odezwałem, tym razem wskazując na niego, z entuzjazmem w głosie. - Na dodatek lata. Najlepszy plesent, jaki kiedykolwiek doształem. - Pochwaliłem się, a poniekąd też ciotkę. Wiedziałem, że jeszcze muszę znaleźć kanistry z paliwem, żeby nie okazało się, że zostaniemy z pustym bakiem, ale to zostawiłem na później. W głowie miałem już plan, gdzie szukać, ale na razie nie spieszyło mi się. Teraz skupiałem się na Prudence, na jej twarzy i sylwetce, na każdym szczególe, który mogłem dostrzec na tle okna, do którego podeszła. Posłałem jej jeszcze raz szeroki uśmiech, licząc, że to doda kobiecie trochę tego samego zapału, który ja miałem, a potem ruszyłem w stronę motocykla, gotowy do dalszych działań.
- No i plosę... - Powiedziałem z satysfakcją, patrząc na to stare, ale jakże stylowe cacko - chwilowo wciąż przykryte, jednak już niedługo. - Jeszt i mój skalb... - Bez dalszego, zbędnego słowa podszedłem do plandeki i jednym szybkim, pewnym ruchem - jakby to był trik magiczny na mugolskim pokazie sztuczek - ściągnąłem ją z motocykla, odsłaniając to maleństwo.
Przyglądałem się Prudence uważnie, wpatrując się w jej twarz, aż do momentu, gdy zdałem sobie sprawę, że mimo dużej przestrzeni pomieszczenia, zatrzymaliśmy się tak blisko siebie, iż moje oczy dostrzegały naprawdę dużo. Nie było to zamierzone, po prostu tak wyszło - stałem tak blisko, że dostrzegałem każdy szczegół jej twarzy. Jej rysy, linie policzkowe, cienie pod oczami, drobne zmarszczki wokół nich - wszystko to nabrało ostrości w tym słabym, chłodnym świetle mglistego poranka. Przypatrywałem się jej, nieświadomy, jak blisko się znajdujemy, aż nagle nasze spojrzenia się skrzyżowały. Odwróciłem wzrok, mimochodem przesuwając nim w dół - w kierunku jej ust, a potem za plecy kobiety, żeby nie zawiesić się na jej wargach. Nie mogłem nic poradzić na to, że przypomniałem sobie ich smak, ich miękkość, i od razu poczułem, jak w głowie pojawia się myśl, którą spróbowałem stłumić - o tym, że może między nami coś zaczęło się zmieniać, niekoniecznie w tym zupełnie niewinnie przyjaznym kierunku, chociaż wiedziałem, że w rzeczywistości to niemożliwe, i z pewnością nie powinniśmy z tego robić żadnej wielkiej sprawy. Nawet pod lekkim wpływem, bo już co nieco wypiłem, to była raczej kwestia chłodnej kalkulacji, nie emocji - w momencie, w którym dotarło do nas, że się znamy i kim tak naprawdę jesteśmy, moje szanse z jakichś 30% spadły poniżej 0%, teraz były na solidnym minusie, a ja nie chciałem próbować tego zmienić.
Zorientowałem się, że zbyt długo na nią patrzyłem, więc odwróciłem wzrok, chociaż w głębi w dalszym ciągu czułem, jak napięcie między nami się zagęszcza. Stałem tuż obok niej, tuż na wyciągnięcie ręki, więc mogłem dostrzec, że jej twarz wyrażała coś więcej niż tylko chłodne skupienie - nie umknęło mojej uwadze, że wydawała się lekko speszona, chociaż próbowała to ukryć. Zauważyłem, że jej policzki lekko się zarumieniły, lecz nie wyciągnąłem z tego zbyt wielu mylnych wniosków. To nie był żaden sygnał, nie miałem zamiaru doszukiwać się w tym żadnych niepotrzebnych podtekstów - tak, nawet jeśli nie dało się ukryć, że dwa dni temu się ze sobą całowaliśmy. Nawet nie zamierzałem udawać, że nie doszło do tej sytuacji, tym bardziej, iż niczego nie żałowałem. Dyskretnie rzuciłem wzrokiem na jej usta, przypominając sobie ich truskawkowy smak, i na włosy, w których właśnie dostrzegłem pajęczynę. Oczywiście, zaraz odwróciłem wzrok, bo wiedziałem, że to nie jest miejsce na takie myśli, nawet widząc jej rumiane policzki proszące się o muśnięcie palcami przy okazji zabierania pająka z jej głowy. Szybko uznałem te zarumienienie za efekt chłodnego powietrza i wilgoci, nic więcej - nie chciałem wywoływać zbędnych domysłów, bo tak było najlepiej. To musiało być kwestia temperatury, bo przecież przez dłuższy czas byliśmy w chłodnej piwnicy, a teraz weszliśmy do tego nieco cieplejszego pomieszczenia. Nie zamierzałem nad tym się rozwodzić, chociaż w głębi duszy czułem, że to napięcie ma podłoże czegoś innego, bardziej osobistego. A jednak wiedziałem też, że Prudence nigdy nie była tym typem dziewczyny, którą można by łatwo do siebie przekonać albo, tym bardziej, wywołać w niej jakiekolwiek zainteresowanie. Już sobie nawet ustaliliśmy, pod wpływem tamtej dziwnej szczerości i przypływu gadulstwa, że przez wiele lat szkolnych usiłowałem to bezskutecznie zrobić, a ona rzekomo nawet tego nie zauważyła. Nadal uważałem, że nagina fakty i nie powiedziała mi całej prawdy, bo przecież zawsze była inteligentna i spostrzegawcza - taka nagła ślepota w żadnym razie do niej nie pasowała, no, ale...
Czułem, jak moje serce bije szybciej, choć próbowałem zachować spokój. To wrażenie, że między nami unosi się coś więcej, było tylko złudzeniem, które szybko miało się rozwiać. Prudence nie była mną - jako mną, nie nieznajomym - zainteresowana, a ja doskonale to wiedziałem. Poza tym, nawet gdyby nie było tego powiązania, to nie miałem w zwyczaju podbijać dziewczyn, które były poza moją aktualną ligą. Takie osoby zazwyczaj oczekowały czegoś więcej, a to nie był ten rodzaj relacji, na jaki mógłbym sobie pozwolić, szczególnie, że niedługo wyjeżdżałem. To wykluczało jakiekolwiek dalsze podboje, tym bardziej, że nie chciałem komplikować spraw, bo dodatkowo - do tych poprzednich kwestii - to była siostra bliźniaczka Eliasa, mojego przyjaciela, a ja sam nie miałem zamiaru wywoływać konfliktu, który mógłby się skończyć poważniejszymi konsekwencjami. Elias by się o tym dowiedział i chyba pierwszy raz w życiu naprawdę by się na mnie odpalił - w swoim zakładzie szklarskim mógł mieć nawet gilotynę...
W międzyczasie, by rozproszyć swoją uwagę, sięgnąłem do jej włosów i delikatnie wyciągnąłem pająka, który się tam zadomowił, opowiadając jej zapożyczoną historię z latynoamerykańskich wierzeń - nie, to nie była moja teoria, tylko coś, co połapałem podczas wielu zleceń w krajach Ameryki Łacińskiej. Prudence bez wahania wyciągnęła rękę, żeby go wziąć, więc bez słowa przekazałem jej go, lekko trącając go w odwłok, żeby przeszedł na jej dłoń.
- Pająki to doszkonali powielnisy. - Rzuciłem, patrząc na jej dłoń z pająkiem. - Szą niemal tak doble, jak sczuly, chociasz jeszli miałbym wybielaś, s kim najbaldziej bym szię zaziomkował, to chyba byłby to kluk. Mądly, szplytny, zawse wie, gdzie jeszt coś waltosiowego... - Zakończyłem swoją wypowiedź, odwracając się na chwilę, by spojrzeć na plandekę, którą zaraz miałem ściągnąć, a potem na buty Prue, kręcąc głową na jej pytania.
Nie mogłem się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, bo wiedziałem, że to, co nosi, jest stylowe, ale zupełnie niepraktyczne. Nie dziwiło mnie to, bo sama była wyrafinowana, elegancka i pod każdym względem wielkomiejska - raczej trzymała się znajomych chodników Londynu i korytarzy ministerstwa, a potem jednej czy dwóch kawiarni, jakiegoś spożywczaka, własnego mieszkania i domu rodziców... Raczej niewiele więcej - miałem prawie niezmąconą pewność, że nie za bardzo chodziła po wiejskich terenach, pewnie niespecjalnie ciągnęło ją do lasów, czy w góry. Możliwe, że źle ją oceniałem, ale przeczucie mówiło mi, żeby wziąć motocykl, zamiast wędrować, bo inaczej szybko musielibyśmy zawrócić. Zwłaszcza, że raczej nie mogliśmy przemknąć się do jej pokoju, by mogła założyć inne buty. Spojrzałem na nie z rozbawieniem.
- No, skolo mamy byś sczeszy, to musę pszyznaś jedno - te buciki szą balszo ładne, abszolutnie, ale supełnie nieplaktyszne do jakiejkolwiek wyplawy. - Oczywiście, nie mogłem powstrzymać się od zezowania na swoje ciężkie, wojskowe buty, które na pewno nie wyglądały tak elegancko, ale były niezawodne. Odwróciłem się na chwilę, próbując zlokalizować tablicę z kluczykami, żeby je stamtąd wziąć, i zacząłem dzielić się z Prudence planem naszego wypadu poza teren letniego domu. Nie powiedziałem jej wszystkiego, bo wiedziałem, że niektóre rzeczy lepiej trzymać w ukryciu, żeby ich nie zepsuć. Zaraz przeszliśmy do precyzowania tego, co zamierzałem jej powiedzieć na starcie - szło nam to całkiem gładko. Mimo to, gdy usłyszałem jej odpowiedź, odwróciłem wzrok i wzruszyłem ramionami, trochę zażenowany.
- No, to nic takiego. - Powiedziałem cicho, próbując ukryć, że tym razem to ja sam się czerwienię - całe szczęście miałem mocną, meksykańską opaleniznę, to mnie trochę ratowało. Po tych słowach zamilkłem na chwilę, odwracając się i ruszając w kierunku pudeł pod ścianą, aby znaleźć jakąś kurtkę, która ochroniłaby ją przed chłodem. Kątem oka obserwowałem, jak Prudence kieruje się w stronę okna, jej sylwetka przesuwała się powoli, i nie mogłem się powstrzymać od komentarza.
- Pamiętaj o najwaszniejszym i o tym, sze to działa jak szyszenie ulosinowe, nigdy go nikomu nie wyjawiaj, pszekasujesz mu je tlwale. - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, próbując brzmieć poważnie, chociaż w moim głosie czuć było nutę humoru. Wróciłem do przetrząsania pudła z rzeczami, wreszcie wyciągnąwszy stamtąd skórzaną kurtkę - przykurzoną, a jakże, ale poza tym naprawdę dobrą, jeszcze z tych naprawdę drogich, najlepszej jakości. Uniosłem ją w górę, wskazując na nią kobiecie, żeby dać jej znać, że akcja została zakończona powodzeniem.
- Haley-Davidson, losznik pięśdziesiąty. - Wypowiedziałem to z dumą, posyłając jej szeroki, bajerancki uśmiech, błyszcząc zębami i obracając kluczyki na palcu niczym prawdziwy wyjadacz. Kiwnąłem głową w kierunku dużego kształtu, który był schowany pod plandeką, po czym znów się odezwałem, tym razem wskazując na niego, z entuzjazmem w głosie. - Na dodatek lata. Najlepszy plesent, jaki kiedykolwiek doształem. - Pochwaliłem się, a poniekąd też ciotkę. Wiedziałem, że jeszcze muszę znaleźć kanistry z paliwem, żeby nie okazało się, że zostaniemy z pustym bakiem, ale to zostawiłem na później. W głowie miałem już plan, gdzie szukać, ale na razie nie spieszyło mi się. Teraz skupiałem się na Prudence, na jej twarzy i sylwetce, na każdym szczególe, który mogłem dostrzec na tle okna, do którego podeszła. Posłałem jej jeszcze raz szeroki uśmiech, licząc, że to doda kobiecie trochę tego samego zapału, który ja miałem, a potem ruszyłem w stronę motocykla, gotowy do dalszych działań.
- No i plosę... - Powiedziałem z satysfakcją, patrząc na to stare, ale jakże stylowe cacko - chwilowo wciąż przykryte, jednak już niedługo. - Jeszt i mój skalb... - Bez dalszego, zbędnego słowa podszedłem do plandeki i jednym szybkim, pewnym ruchem - jakby to był trik magiczny na mugolskim pokazie sztuczek - ściągnąłem ją z motocykla, odsłaniając to maleństwo.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)