Dobrze wiedział w jakim celu wychodził tej nocy z czeluści podziemia. Podobnie jak inne monstra jego typu szukał krwi i zemsty. Krwawej zemsty. Rewanżu na wszystkich, którzy do tej pory nadepnęli na jego odcisk. Udało mu się dokonać zemsty na brygadziście za węszenie tam, gdzie nie powinien. Za to, że wciskał swój psi pysk tam, gdzie nie powinien. Psy współpracowały z glinami, ale wilków ludzie od zawsze się bali. I już Maddoxa w tym pysk, żeby pozostało tak jak najdłużej. Wilki powinni się trzymać razem, w Sforze, bo polegać mogły wyłącznie na sobie. Powinny trzymać się na uboczu z daleka od innych, z daleka od ludzi. Jedyne czego nie powinny wilki to bać się wolności.
Po nieco męczącej, ale właściwie nieco zabawnej pogawędce z platynową pchełką Malfoyów miał w planie do wyrównania jeszcze jeden rachunek. I tutaj sprawa nie była tak prosta jak przy zamordowaniu mundurowego detektywa. Miał ochotę zajrzeć do Rejwachu. Nie było go tam od ostatniej przepychanki z Aseną, a przecież odgrażał się, że jeszcze wróci. Ale tym razem nie chciał rozmawiać z nią, ale z jej szefem. I tutaj pojawiał się pewny konflikt interesów. Bo z jednej strony chciał uświadomić tego kapelusznika jak wielkim zagrożeniem jest dla niego trzymanie pod swoim dachem czegoś co nie należy do niego. Z drugiej zaś ponoć miał pomóc Faya, kiedy ta miała kłopoty po incydencie w Kniei. Pomógł jej, kiedy jej klątwa wymknęła się jej spod kontroli, czyli wtedy kiedy hybryda potrzebowała pomocy najbardziej, a kiedy prawnie nikt nigdy nie ma odwagi tego zrobić. Nie miał pojęcia, dlaczego facet to zrobił, ale skoro zadbał o jego dziewczynę, to Maddox miał w pewien sposób dług wdzięczności u niego. Nie do końca było mu to w smak, ale bezpieczeństwo Feye było ważniejsze niż porachunki na mieście. W każdym razie należał się dla szefa Rejwachu wpierdol i podziękowania. W jakiej kolejności? To zamierzał ustalić sobie już na miejscu.
Matka tylko wie, jak mogłoby się to skończyć, zwłaszcza w noc rozliczeń, kiedy hamulce puszczały niemal każdemu. Unikał głównych ulic, przemieszczał się głównie zaułkami i bocznymi alejkami, aby unikać zbiorowisk ludzi. Wrzaski nie robiły już na nim wrażenia, raczej odbierał to jako krótki sygnał, że w pobliżu coś może się dziać. Zauważył grupę przebiegających osób, być może przed czymś uciekali, a może kogoś gonili. I najpewniej miałby to gdzieś, gdyby nie fakt, że jeden z nich uderzył kobietę. Zdecydowanie miałby to w dupie, że jakaś laska teraz pada na bruk, gdyby nie to, że rozpoznał ją jako Rosie. I tutaj już nie mógł przejść obojętnie. Obcy dla obcych, ale swojski dla swoich. Momentalnie zboczył z obranego kursu i zaczął biec w kierunku napastników jego przyjaciółki.
- Mną tak szarpnij ty chuju! Zawołał groźnie już w odległości kilku metrów. Zmarszczył brwi, a usta same mu się rozchyliły ze złości. W przypływie złości już mimowolnie zaczął szczerzyć zębiska w zwierzęcym odruchu, gotowy do bójki. Popychać drobne blondynki na ulicy to mógł byle gnój bez szkoły, ale takiego rosłego gnoja bez szkoły już o wiele ciężej zepchnąć ze swojej drogi, co?
charyzma, grożę napastnikom Ruzi
Sukces!