27.04.2025, 22:48 ✶
Uniosłem wysoko brwi, czując się rozbawiony tym komentarzem. Zacisnąłem lekko usta, próbując ukryć rozbawienie, które mnie ogarnęło. Wiedziałem, że Prudence z pewnością zauważyła moje niedopatrzenie, ale nie zamierzałem się tym przejmować, bo w sumie mi o to chodziło.
- Mas mnie, nic szię nie zmieniłem, nadal jesztem tym samym bogatym, nieodpowiedzialnym dupkiem, tylko udaję biedaka dla jaj. - Spojrzałem na nią z lekkim błyskiem w oczach, czekając na jej reakcję - jednocześnie czułem, że to, co się między nami dzieje, jest jak gra, w której oboje dobrze się odnajdujemy, więc granice dobrego wychowania są tylko po to, by je czasem przekraczać. Mogłem jechać i po sobie, i po niej - nijak nie miało nas to skrzywdzić, a wręcz mnie bawiło, ją chyba trochę też.
Właśnie dlatego ją lubiłem - za tę jej niezależność, za to, że nie dawała się łatwo złapać w moje sidła, choćby nie wiem, jak się starałem. Jednak w tym momencie czułem, że muszę zachować pewną ograniczoną formę swobody, by nie przekroczyć granicy, której jeszcze nie do końca rozgryzłem. Podchodzenie do niej z lekkim żartem było chyba najlepszym sposobem, by utrzymać to nietypowe dla nas napięcie pod kontrolą. Szczególnie, że ona robiła to samo. Uniosłem lekko brwi, czując się rozbawiony tym komentarzem, bo Prue była naprawdę wprawna w odbijaniu lekko sugestywnych zaczepek - robiła to znacznie szybciej, niż w czasach, gdy się znaliśmy.
- Własiwie to tak, Pludence, jeszteś pielwsą dziewszyną, któlą tu po klyjomu zaplowasiłem. Niestety, pszez to zupełnie szię nie pszygotowałem. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, rzucając jeszcze jednym żartem, który miał ją zbić z tropu, bo mogłoby się wydawać, że to powinna być jaskinia do przyciągania laseczek - otóż nie. Nigdy tego nie robiłem w taki sposób, zresztą, wbrew pozorom, w czasach szkolnych, gdy byłem jeszcze na stałe w Wielkiej Brytanii, wcale nie byłem aż takim babiarzem - raczej sprawiałem wrażenie, niż sypiałem, z kim popadnie.
Czekałem na jej reakcję - niby wiedziałem, że jest bardzo mocnym przeciwnikiem, ale nie aż tak, jak się okazywała, choć z drugiej strony, czy tak naprawdę można ją było nazwać przeciwnikiem? No, nie do końca. To było to, co najbardziej w niej polubiłem podczas tych dwóch poprzednich interakcji - ta jej nieustająca równowaga między wyzwaniem a fascynacją, jaką we mnie wywoływała. Nie chciałem myśleć o tym, że poniekąd właśnie lekko przekraczamy granicę między uszczypliwością a flirtem, więc zamiast się na tym skupiać, odpowiedziałem jej z nonszalanckim uśmiechem, który miał wyrazić moje przeprosiny, choć tak naprawdę nie czułem się z tym specjalnie winny.
- No tak, pewnie wolałabyś świese lytualne. Poplawię się, obiesuję. - Przygryzłem lekko dolną wargę, odwracając wzrok na chwilę, by ukryć uśmiech, chociaż zaraz potem spojrzałem na nią z neutralnym wyrazem twarzy, bo niby wiedziałem, że to wszystko to tylko żart, ale w głębi zależało mi, by nie przekraczać pewnych granic. Zbyt łatwo byłoby zacząć prowokować ją spojrzeniem przy tym, co zaraz padło z moich ust. - Jak das mi szansę, następnym lasem zawczasu pszygotuję coś balsiej odpowiedniego... Mosze świese, mosze coś jescze balsiej szokująsego. Na pszykład ognisko z ofialami całopalnymi, to pewnie bęsie balsiej w twoim klimacie. Zobaczymy, coś wymyślę, szeby cię zaskoszyś. - Rzuciłem, z lekkim rozbawieniem. Wiedziałem, że to, co powiedziałem, nie było do końca poważne, ale miało w sobie odrobinę prawdy - nie przygotowałem się tak, jak powinienem, bo nie przewidziałem, że spotkanie będzie aż tak… osobiste. Przerabialiśmy naprawdę wiele tematów - skakaliśmy przez nie jak pojebani, albo po prostu jak pijani...
No właśnie - nie wierzyłem własnym uszom, kiedy Prudence zaczęła snuć tę bzdurną teorię i wyskoczyła z tym, co tak naiwnie zasugerowała. Żachnąłem się, niemalże parskając, i szybko zacisnąłem usta, jakbym chciał powstrzymać słowa, które zaraz miały się z nich nieopatrznie wydobyć. Zamrugałem parokrotnie, jak gdybym samym tym gestem mógł powiedzieć: „Nie, no, kurwa, chyba się przesłyszałem”. Po chwili westchnąłem ciężko, wracając do niej wzrokiem - spojrzałem na nią karcącym spojrzeniem i wziąłem głęboki oddech. Uniosłem brwi, patrząc na nią karcąco, a potem, z poczuciem, że nie da się tego przemilczeć, rzuciłem:
- Kobieta Ambloise’a? To zawodowa łowszyni... Typiala od dzieska jeszt tak przesycona nepotysmem, sze asz nim w nocy świesi. W świesie tej laleczki zlesenia szypią szię z jebanego nieba. Nie, Pludence, nie jesteszmy s podobnych światów, jeszteśmy pszesiwnymi biegunami... - Nie miałem ochoty na więcej słów, bo wszystko, co miałem powiedzieć, było już powiedziane - wspominałem o tym podczas naszej rozmowy w trakcie londyńskich pożarów. Przez chwilę patrzyłem na kobietę, zastanawiając się, czy zareaguje na to jakoś szczególnie, czy też po prostu odwróci się na pięcie i odejdzie, a może jeszcze coś powie. Wiedziałem, że jest mocno wygadana, wbrew pozorom, twardsza niż była - to zresztą było coś, co przyciągało mnie jeszcze bardziej - a moje słowa były dosyć nieoczekiwanie ostre. Nie chciałem, żeby czuła się nieswojo, ale jednocześnie nie zamierzałem się tłumaczyć.
Milczałem przez chwilę, zły na nią, na jej brak wyczucia, na tę całą absurdalną sytuację ze zmianą tematu. Ignorując resztę jej słów, skupiłem się na oknie, by nie myśleć o tym, jak bardzo mnie zawiodła - musiałem to przetrawić, bo mało co mnie tak drażniło, jak ten temat. Przez cały czas pociągałem z butelki.
Wreszcie wypiłem na tyle alkoholu, by odpuścić sobie humory - mogła nie wiedzieć, że to dla mnie aż tak drażliwe, nie zamierzałem jej za to karać milczeniem. Za to mogłem jej powiedzieć, by to ona zamilkła, ale tym razem zasugerowałem to już bardziej przyjacielsko - w ramach żartu i wrócenia do tego, co powinniśmy robić.
- Nie musis szię tak bloniś, ja tylko chciałem podkreśliś, sze nie mamy całego dnia, by stąd spieldoliś, bo im póśniej wyjsiemy, tym większa szansa, sze ktoś nas pszyłapie. - Rzuciłem z wyczuwalnym rozbawieniem, zbliżając się nieco. Wiedziałem, że Bletchley naprawdę potrafiła być zadziorna i nawet, jeśli było niełatwo ją wyprowadzić z równowagi, żeby zupełnie się odpaliła, to swego czasu właśnie to czyniło ją jeszcze bardziej atrakcyjną... W pewnym sensie czekałem na to, aż wreszcie zrobi coś naprawdę nieoczekiwanego - to były te stare przyzwyczajenia. - Pośniej nie zamieszam cię ucisaś, chyba sze tego sama naplawdę zechcesz. - Uśmiechnąłem się lekko, czując, że udało mi się ją podejść w jej własnym stylu. Wiedziałem, że pod tym wszystkim kryje się coś więcej, i choć próbowała być neutralnie rozluźniona, ja to dostrzegałem - i zamierzałem to wykorzystać. Może i nie była zbyt skłonna do słuchania poleceń, ale w tym momencie liczyło się tylko to, żebyśmy spędzili razem te chwile, niezależnie od tego, co postanowimy potem.
Z każdym wypowiadanym słowem czułem się tak, jakbym stąpał po coraz cieńszej linii, którą zaraz mogłem przekroczyć, wchodząc na jeszcze bardziej kruchy lód, po którym albo mogłem się rozpędzić gładkim ślizgiem, osiągając jeden z najbardziej imponujących wyników w spierdalaniu z friendzone, albo się na nim poślizgnąć i rozwalić sobie pusty, coraz cięższy łeb, a potem utonąć... Już tonąłem - tyle, że w oczach kobiety obok mnie. Oddychałem głęboko, niezbyt świadomie przesuwając język po suchych wargach, przełykając ślinę, czując, jak napięcie między nami rośnie. W głębi serca wiedziałem, że to był błąd - powinniśmy się odsunąć, ale coś mnie trzymało - jakiś niepokonany impuls, pragnienie, które nie dawało mi spokoju. Wszystko wokół nas zdawało się zwalniać, a ja czułem, jakby czas zatrzymał się w tym momencie, w którym nasze spojrzenia się skrzyżowały i mógłbym przysiąc, że zaiskrzyły, a ona przygryzła tę swoją dolną wargę. Kurwa mać, nie musiała tego sama robić, mógłbym ją wyręczyć...
Próbowałem się opanować, ale każda sekunda, którą spędzałem blisko niej, tylko podsycała moją niepohamowaną chęć zachowania się zupełnie niezgodnie z tym, co sobie deklarowaliśmy. Wiedziałem, że powinniśmy być tylko przyjaciółmi - to jest ta granica, której nie powinniśmy przekraczać, ale ona wyglądała tak, jakby zapraszała mnie, bym ją przekroczył.
Prudence była tak blisko, że gdybym się mocniej nachylił, to pewnie mógłbym poczuć zapach jej wyperfumowanej skóry, słodki i intensywny - na domiar złego - już czułem się tak, jakby to pragnienie wciągało mnie w spiralę, z której ciężko było uciec. Mój oddech był coraz cięższy, a serce waliło jak oszalałe, gdy przesuwałem rękę jeszcze trochę bliżej. Wiedziałem, że Elias mógłby mnie za to zabić, ale nie mogłem się powstrzymać. To była ta chwila, w której wszystko mogło się rozpaść, cały nasz kompromis mógł iść w pizdu albo - albo… albo mogliśmy sięgnąć po coś, co od dawna czaiło się w zakamarkach mojej głowy. Z każdym kolejnym oddechem czułem, jak moje myśli uciekają w tym niezbyt przyjacielskim kierunku, a pragnienie rośnie, jak ogień, który nie da się już ugasić. Przysunąłem się jeszcze bliżej, czując, jak jej ciepło prawie przenika przez moją skórę... I choć wiedziałem, że to wszystko jest niebezpieczne - może się skończyć katastrofą, to i tak nie potrafiłem się oderwać. Wpatrywałem się w nią bezwiednie, coraz bardziej zatapiając się w jej oczach, w głębi których kryło się odbicie całej mojej niekontrolowanej żądzy.
Byliśmy tak blisko, że niemal ją obejmowałem, centymetry dzieliły nasze ciała, a moje oczy wpatrywały się bezwiednie głęboko w jej spojrzenie - jednocześnie z całej siły próbowałem ukryć swoje zdrożne myśli, które już jakiś czas wcześniej uciekły w niewłaściwym kierunku, ale atmosfera między nami gęstniała, napięcie rosło z każdą sekundą. Patrzyłem na nią z góry, wpatrując się w jej oczy, które zdawały się pochłaniać mnie coraz bardziej. Wiedziałem, że oboje jesteśmy już trochę wstawieni, wypiliśmy trochę alkoholu, co sprawiało, że wszystko wydawało się mniej irracjonalne, a jednocześnie jeszcze bardziej niebezpieczne. Teraz, gdy stałem tak blisko Prudence, czułem, jak moje nerwy są na granicy wytrzymałości. Miałem krótki, bardzo krótki lont, a jej obecność zdawała się podpalać go od środka. W domu rodzinnym jeszcze jakoś się pilnowałem, w szkole mieszałem się w kłopoty, wdawałem się w impulsywne akcje, zawód, który wybrałem, tylko to potwierdzał - to wszystko ukształtowało mnie takim, jakim miałem już być pewnie do śmierci, rychłej czy nie, pewnie tej pierwszej opcji, bo do większości sytuacji podchodziłem na całkowitym spontanie.
- I... Jak? - Odezwałem się powoli, czując się rozproszony i mając wrażenie, że słychać to w moim głosie - znajdowaliśmy się tak blisko, naprawdę, naprawdę, naprawdę blisko, moje ramię powoli przesuwało się, delikatnie dotykając jej pleców, jakbym robił to próbując się upewnić, że wszystko jest w porządku... Nie było, zdecydowanie nie było - szczególnie, gdy czułem, jak jej plecy napinały się pod moim dotykiem. Powinniśmy być przyjaciółmi, mówiliśmy sobie, że tak jest, ale w głębi duszy wiedziałem, jak bardzo słodko smakują jej wargi i jak bardzo pragnę znów je poczuć. Głęboko się nad nią nachylałem, czując, jak moje serce bije mocniej, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Elias mógłby mnie ukrzyżować, uciąć mi głowę gilotyną do szyb, zupełnie się odpalić, wyciągając z ukrycia wewnętrznego psychola zarezerwowanego na takie okoliczności, ale kurwa, kurwa, kurwa - mimo to, trudno mi było ukryć, że coraz intensywniej myślałem o tym, jak bardzo mogło być warto zaryzykować.
- Mas mnie, nic szię nie zmieniłem, nadal jesztem tym samym bogatym, nieodpowiedzialnym dupkiem, tylko udaję biedaka dla jaj. - Spojrzałem na nią z lekkim błyskiem w oczach, czekając na jej reakcję - jednocześnie czułem, że to, co się między nami dzieje, jest jak gra, w której oboje dobrze się odnajdujemy, więc granice dobrego wychowania są tylko po to, by je czasem przekraczać. Mogłem jechać i po sobie, i po niej - nijak nie miało nas to skrzywdzić, a wręcz mnie bawiło, ją chyba trochę też.
Właśnie dlatego ją lubiłem - za tę jej niezależność, za to, że nie dawała się łatwo złapać w moje sidła, choćby nie wiem, jak się starałem. Jednak w tym momencie czułem, że muszę zachować pewną ograniczoną formę swobody, by nie przekroczyć granicy, której jeszcze nie do końca rozgryzłem. Podchodzenie do niej z lekkim żartem było chyba najlepszym sposobem, by utrzymać to nietypowe dla nas napięcie pod kontrolą. Szczególnie, że ona robiła to samo. Uniosłem lekko brwi, czując się rozbawiony tym komentarzem, bo Prue była naprawdę wprawna w odbijaniu lekko sugestywnych zaczepek - robiła to znacznie szybciej, niż w czasach, gdy się znaliśmy.
- Własiwie to tak, Pludence, jeszteś pielwsą dziewszyną, któlą tu po klyjomu zaplowasiłem. Niestety, pszez to zupełnie szię nie pszygotowałem. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, rzucając jeszcze jednym żartem, który miał ją zbić z tropu, bo mogłoby się wydawać, że to powinna być jaskinia do przyciągania laseczek - otóż nie. Nigdy tego nie robiłem w taki sposób, zresztą, wbrew pozorom, w czasach szkolnych, gdy byłem jeszcze na stałe w Wielkiej Brytanii, wcale nie byłem aż takim babiarzem - raczej sprawiałem wrażenie, niż sypiałem, z kim popadnie.
Czekałem na jej reakcję - niby wiedziałem, że jest bardzo mocnym przeciwnikiem, ale nie aż tak, jak się okazywała, choć z drugiej strony, czy tak naprawdę można ją było nazwać przeciwnikiem? No, nie do końca. To było to, co najbardziej w niej polubiłem podczas tych dwóch poprzednich interakcji - ta jej nieustająca równowaga między wyzwaniem a fascynacją, jaką we mnie wywoływała. Nie chciałem myśleć o tym, że poniekąd właśnie lekko przekraczamy granicę między uszczypliwością a flirtem, więc zamiast się na tym skupiać, odpowiedziałem jej z nonszalanckim uśmiechem, który miał wyrazić moje przeprosiny, choć tak naprawdę nie czułem się z tym specjalnie winny.
- No tak, pewnie wolałabyś świese lytualne. Poplawię się, obiesuję. - Przygryzłem lekko dolną wargę, odwracając wzrok na chwilę, by ukryć uśmiech, chociaż zaraz potem spojrzałem na nią z neutralnym wyrazem twarzy, bo niby wiedziałem, że to wszystko to tylko żart, ale w głębi zależało mi, by nie przekraczać pewnych granic. Zbyt łatwo byłoby zacząć prowokować ją spojrzeniem przy tym, co zaraz padło z moich ust. - Jak das mi szansę, następnym lasem zawczasu pszygotuję coś balsiej odpowiedniego... Mosze świese, mosze coś jescze balsiej szokująsego. Na pszykład ognisko z ofialami całopalnymi, to pewnie bęsie balsiej w twoim klimacie. Zobaczymy, coś wymyślę, szeby cię zaskoszyś. - Rzuciłem, z lekkim rozbawieniem. Wiedziałem, że to, co powiedziałem, nie było do końca poważne, ale miało w sobie odrobinę prawdy - nie przygotowałem się tak, jak powinienem, bo nie przewidziałem, że spotkanie będzie aż tak… osobiste. Przerabialiśmy naprawdę wiele tematów - skakaliśmy przez nie jak pojebani, albo po prostu jak pijani...
No właśnie - nie wierzyłem własnym uszom, kiedy Prudence zaczęła snuć tę bzdurną teorię i wyskoczyła z tym, co tak naiwnie zasugerowała. Żachnąłem się, niemalże parskając, i szybko zacisnąłem usta, jakbym chciał powstrzymać słowa, które zaraz miały się z nich nieopatrznie wydobyć. Zamrugałem parokrotnie, jak gdybym samym tym gestem mógł powiedzieć: „Nie, no, kurwa, chyba się przesłyszałem”. Po chwili westchnąłem ciężko, wracając do niej wzrokiem - spojrzałem na nią karcącym spojrzeniem i wziąłem głęboki oddech. Uniosłem brwi, patrząc na nią karcąco, a potem, z poczuciem, że nie da się tego przemilczeć, rzuciłem:
- Kobieta Ambloise’a? To zawodowa łowszyni... Typiala od dzieska jeszt tak przesycona nepotysmem, sze asz nim w nocy świesi. W świesie tej laleczki zlesenia szypią szię z jebanego nieba. Nie, Pludence, nie jesteszmy s podobnych światów, jeszteśmy pszesiwnymi biegunami... - Nie miałem ochoty na więcej słów, bo wszystko, co miałem powiedzieć, było już powiedziane - wspominałem o tym podczas naszej rozmowy w trakcie londyńskich pożarów. Przez chwilę patrzyłem na kobietę, zastanawiając się, czy zareaguje na to jakoś szczególnie, czy też po prostu odwróci się na pięcie i odejdzie, a może jeszcze coś powie. Wiedziałem, że jest mocno wygadana, wbrew pozorom, twardsza niż była - to zresztą było coś, co przyciągało mnie jeszcze bardziej - a moje słowa były dosyć nieoczekiwanie ostre. Nie chciałem, żeby czuła się nieswojo, ale jednocześnie nie zamierzałem się tłumaczyć.
Milczałem przez chwilę, zły na nią, na jej brak wyczucia, na tę całą absurdalną sytuację ze zmianą tematu. Ignorując resztę jej słów, skupiłem się na oknie, by nie myśleć o tym, jak bardzo mnie zawiodła - musiałem to przetrawić, bo mało co mnie tak drażniło, jak ten temat. Przez cały czas pociągałem z butelki.
Wreszcie wypiłem na tyle alkoholu, by odpuścić sobie humory - mogła nie wiedzieć, że to dla mnie aż tak drażliwe, nie zamierzałem jej za to karać milczeniem. Za to mogłem jej powiedzieć, by to ona zamilkła, ale tym razem zasugerowałem to już bardziej przyjacielsko - w ramach żartu i wrócenia do tego, co powinniśmy robić.
- Nie musis szię tak bloniś, ja tylko chciałem podkreśliś, sze nie mamy całego dnia, by stąd spieldoliś, bo im póśniej wyjsiemy, tym większa szansa, sze ktoś nas pszyłapie. - Rzuciłem z wyczuwalnym rozbawieniem, zbliżając się nieco. Wiedziałem, że Bletchley naprawdę potrafiła być zadziorna i nawet, jeśli było niełatwo ją wyprowadzić z równowagi, żeby zupełnie się odpaliła, to swego czasu właśnie to czyniło ją jeszcze bardziej atrakcyjną... W pewnym sensie czekałem na to, aż wreszcie zrobi coś naprawdę nieoczekiwanego - to były te stare przyzwyczajenia. - Pośniej nie zamieszam cię ucisaś, chyba sze tego sama naplawdę zechcesz. - Uśmiechnąłem się lekko, czując, że udało mi się ją podejść w jej własnym stylu. Wiedziałem, że pod tym wszystkim kryje się coś więcej, i choć próbowała być neutralnie rozluźniona, ja to dostrzegałem - i zamierzałem to wykorzystać. Może i nie była zbyt skłonna do słuchania poleceń, ale w tym momencie liczyło się tylko to, żebyśmy spędzili razem te chwile, niezależnie od tego, co postanowimy potem.
Z każdym wypowiadanym słowem czułem się tak, jakbym stąpał po coraz cieńszej linii, którą zaraz mogłem przekroczyć, wchodząc na jeszcze bardziej kruchy lód, po którym albo mogłem się rozpędzić gładkim ślizgiem, osiągając jeden z najbardziej imponujących wyników w spierdalaniu z friendzone, albo się na nim poślizgnąć i rozwalić sobie pusty, coraz cięższy łeb, a potem utonąć... Już tonąłem - tyle, że w oczach kobiety obok mnie. Oddychałem głęboko, niezbyt świadomie przesuwając język po suchych wargach, przełykając ślinę, czując, jak napięcie między nami rośnie. W głębi serca wiedziałem, że to był błąd - powinniśmy się odsunąć, ale coś mnie trzymało - jakiś niepokonany impuls, pragnienie, które nie dawało mi spokoju. Wszystko wokół nas zdawało się zwalniać, a ja czułem, jakby czas zatrzymał się w tym momencie, w którym nasze spojrzenia się skrzyżowały i mógłbym przysiąc, że zaiskrzyły, a ona przygryzła tę swoją dolną wargę. Kurwa mać, nie musiała tego sama robić, mógłbym ją wyręczyć...
Próbowałem się opanować, ale każda sekunda, którą spędzałem blisko niej, tylko podsycała moją niepohamowaną chęć zachowania się zupełnie niezgodnie z tym, co sobie deklarowaliśmy. Wiedziałem, że powinniśmy być tylko przyjaciółmi - to jest ta granica, której nie powinniśmy przekraczać, ale ona wyglądała tak, jakby zapraszała mnie, bym ją przekroczył.
Prudence była tak blisko, że gdybym się mocniej nachylił, to pewnie mógłbym poczuć zapach jej wyperfumowanej skóry, słodki i intensywny - na domiar złego - już czułem się tak, jakby to pragnienie wciągało mnie w spiralę, z której ciężko było uciec. Mój oddech był coraz cięższy, a serce waliło jak oszalałe, gdy przesuwałem rękę jeszcze trochę bliżej. Wiedziałem, że Elias mógłby mnie za to zabić, ale nie mogłem się powstrzymać. To była ta chwila, w której wszystko mogło się rozpaść, cały nasz kompromis mógł iść w pizdu albo - albo… albo mogliśmy sięgnąć po coś, co od dawna czaiło się w zakamarkach mojej głowy. Z każdym kolejnym oddechem czułem, jak moje myśli uciekają w tym niezbyt przyjacielskim kierunku, a pragnienie rośnie, jak ogień, który nie da się już ugasić. Przysunąłem się jeszcze bliżej, czując, jak jej ciepło prawie przenika przez moją skórę... I choć wiedziałem, że to wszystko jest niebezpieczne - może się skończyć katastrofą, to i tak nie potrafiłem się oderwać. Wpatrywałem się w nią bezwiednie, coraz bardziej zatapiając się w jej oczach, w głębi których kryło się odbicie całej mojej niekontrolowanej żądzy.
Byliśmy tak blisko, że niemal ją obejmowałem, centymetry dzieliły nasze ciała, a moje oczy wpatrywały się bezwiednie głęboko w jej spojrzenie - jednocześnie z całej siły próbowałem ukryć swoje zdrożne myśli, które już jakiś czas wcześniej uciekły w niewłaściwym kierunku, ale atmosfera między nami gęstniała, napięcie rosło z każdą sekundą. Patrzyłem na nią z góry, wpatrując się w jej oczy, które zdawały się pochłaniać mnie coraz bardziej. Wiedziałem, że oboje jesteśmy już trochę wstawieni, wypiliśmy trochę alkoholu, co sprawiało, że wszystko wydawało się mniej irracjonalne, a jednocześnie jeszcze bardziej niebezpieczne. Teraz, gdy stałem tak blisko Prudence, czułem, jak moje nerwy są na granicy wytrzymałości. Miałem krótki, bardzo krótki lont, a jej obecność zdawała się podpalać go od środka. W domu rodzinnym jeszcze jakoś się pilnowałem, w szkole mieszałem się w kłopoty, wdawałem się w impulsywne akcje, zawód, który wybrałem, tylko to potwierdzał - to wszystko ukształtowało mnie takim, jakim miałem już być pewnie do śmierci, rychłej czy nie, pewnie tej pierwszej opcji, bo do większości sytuacji podchodziłem na całkowitym spontanie.
- I... Jak? - Odezwałem się powoli, czując się rozproszony i mając wrażenie, że słychać to w moim głosie - znajdowaliśmy się tak blisko, naprawdę, naprawdę, naprawdę blisko, moje ramię powoli przesuwało się, delikatnie dotykając jej pleców, jakbym robił to próbując się upewnić, że wszystko jest w porządku... Nie było, zdecydowanie nie było - szczególnie, gdy czułem, jak jej plecy napinały się pod moim dotykiem. Powinniśmy być przyjaciółmi, mówiliśmy sobie, że tak jest, ale w głębi duszy wiedziałem, jak bardzo słodko smakują jej wargi i jak bardzo pragnę znów je poczuć. Głęboko się nad nią nachylałem, czując, jak moje serce bije mocniej, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Elias mógłby mnie ukrzyżować, uciąć mi głowę gilotyną do szyb, zupełnie się odpalić, wyciągając z ukrycia wewnętrznego psychola zarezerwowanego na takie okoliczności, ale kurwa, kurwa, kurwa - mimo to, trudno mi było ukryć, że coraz intensywniej myślałem o tym, jak bardzo mogło być warto zaryzykować.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)