Nie wydawało jej się to teraz zbyt istotne, że ich mieszkanie spłonęło. Będą się tym martwić, kiedy miasto przestanie płonąć, właściwie to zakładała, że nie tylko ich to spotkało, patrząc na to, co działo się wokół. Pożar nie gasł, wręcz przeciwnie wydawało się Ricie, że staje się coraz potężniejszy. Wolała nie skupiać się na tym, ile ludzi dzisiaj straci życia, może było to egoistyczne, ale cieszyła się, że oni są prawie w komplecie, wiedziała, że Theo jest takim wrzodem na tyłku, że nie da się tak łatwo zabić, więc raczej zakładała, że i jemu nic się nie stanie. No i jak ona - był odporny, co nieco ułatwiało przetrwanie tego wszystkiego.
- Więc nie ma sensu się tym przejmować, najważniejsze, że wam się nic nie stało. - Widziała, że jej brat był ciągle w szoku, nie dziwiła mu się wcale, bo przecież znalazł się w samym centrum tej tragedii, kiedy ona była bezpieczna w ministerstwie, to na pewno niosło ze sobą konsekwencje.
- Trzymaj się wujku, i nie daj się zabić. - Może nie powinna tego mówić, ale wiedziała, że może być różnie. Wolałaby, żeby Jonathan był z nimi wtedy miałaby pewność, że większość z ich najbliższych jest bezpieczna, ale wiedziała, że niektórych zapędów nie jest w stanie powstrzymać. Były osoby, które chciały angażować się w bezpieczeństwo innych, to było całkiem słusznym założeniem, chociaż zastanawiała się, czy w tej chwili bardziej korzystne nie byłoby nieco egoistyczne nastawienie.
- Nie zamierzam tego sprawdzać, dopóki nie będę do tego zmuszona. - Dodała jeszcze, bo póki co faktycznie wolała trzymać się z daleka od płomieni, odwzajemniła uścisk Jonathana, po czym złapała brata za rękę. Wolała mieć go przy sobie i nie zgubić, kiedy będą przemierzać tłum.
- Chodźmy. - Powiedziała jeszcze do niego, odprowadziła wzrokiem Jonathana, który poszedł w innym kierunku, najwyraźniej zmierzał w stronę Fontanny Szczęśliwego Losu.