05.02.2023, 19:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2023, 19:50 przez Cody Brandon.)
Wypijał jej krew jak dzikie zwierzę. Nie liczyło się nic oprócz następnego świeżego łyku. Z każdym kolejnym przełknięciem jego ciało odżywało, nabierało temperatury, miękkości a nerwy stawały się czulsze na dotyk, bodźce i emocje. Ta ulga była niesamowita. Przestało go tak suszyć z pragnienia, coraz bardziej przypominał aparycją normalnego człowieka. Gdyby nie wbijał się zębami w jej szyję to mogliby uchodzić za parę napalonych kochanków. Jakże było to dalekie od prawdy…
Nie słyszał już jej słów. Nie szamotała się więc mógł poświęcić całą uwagę na zaspokajaniu pragnienia, a te było dosyć solidne. Krew paczkowana cuchnęła chemią a ta Aveliny pachniała ziołami, sadzą, ogniem. Nie ma porównania w doznaniach. Cienkim strumień krwi spłynął po jego brodzie a trzymana Avelina słabła. Robiła się coraz cięższa. To nie samokontrola pomogła mu otrzeźwieć tylko krople potu, które spłynęły po jej szyi wprost do jego ust. Rozpoznał ten smak… płaczu. Zbyt gwałtownie się od niej oderwał kiedy dopadło go przerażenie.
- O kurwa, o nie.- usłyszał swój upojony krwią głos. Był od niej brudny, usta, broda, zęby a nawet policzek. Nie umiał pić tak, aby się nie pobrudzić. Trzymał ją i patrzył z przerażeniem na jej zamknięte oczy i rozpalone czoło.
- Co ja zrobiłem. Avelina, obudź się. Kurwa, czemu, nie, nie, nie.- poklepał ją po policzku, dotknął gorącego czoła, zgarnął włosy z jej twarzy. Był niezwykle odżywiony, pełen energii, mocy, sił tak jak nigdy dotąd. Gdyby był zwykłym człowiekiem to czułby się jak po długim wypoczynkowym śnie, pysznym posiłku, słodkim deserze… Nachylił się nad nią i nasłuchiwał jej oddechu. Jaka ulga, że ona żyje. Z wykrzywioną z bólu twarzą - bo nigdy jego ciało nie wytworzy już łez - zakrył jej szyję, jakby to miało ją uleczyć. Nie wiedział co z nią zrobić. Nie mógł jej tu zostawić. Nigdy w życiu nie zostawi nikogo w zaułku na pewną śmierć bo sam od tego zginął. Musi jej pomóc ale nie tu, gdzie ktoś mógłby ich zobaczyć. Nie pójdzie z nią do szpitala bo gdy go zobaczą to wezwą Brennę i spełni groźbę i odetnie mu głowę. Do tego Avelina wiedziała jak się on nazywa… nie, musi ją zabrać w bezpieczne miejsce, poczekać aż się obudzi i zmusić do rozmowy. Może zawoła Alice? Nie, nie może. Musi zrobić to sam… nie, a może William? Może wymazałby jej pamięć…? W jego oczach był bardzo potężny, mógłby to zrobić. Zrozumiałby.
Z takimi myślami zacisnął mocno oczy i przyłożył czoło do jej głowy, wyduszając z gardła przeprosiny, których nie słyszała. Wyciągnął różdżkę i skierował na nią jej kraniec. Nałożył na nią czar odpychający światło, aby gdy będzie szedł zaułkami nie rzuciła się w oczy. Gdyby był żywy, jego kanaliki łzowe miałyby dużo pracy. Był jednak martwy więc tylko zacisnął brudne od krwi zęby i wziął ją na ręce. Ruszył biegiem bo była lekka i drobna. Zanim dotarł do swojego domu był środek nocy.
Nie słyszał już jej słów. Nie szamotała się więc mógł poświęcić całą uwagę na zaspokajaniu pragnienia, a te było dosyć solidne. Krew paczkowana cuchnęła chemią a ta Aveliny pachniała ziołami, sadzą, ogniem. Nie ma porównania w doznaniach. Cienkim strumień krwi spłynął po jego brodzie a trzymana Avelina słabła. Robiła się coraz cięższa. To nie samokontrola pomogła mu otrzeźwieć tylko krople potu, które spłynęły po jej szyi wprost do jego ust. Rozpoznał ten smak… płaczu. Zbyt gwałtownie się od niej oderwał kiedy dopadło go przerażenie.
- O kurwa, o nie.- usłyszał swój upojony krwią głos. Był od niej brudny, usta, broda, zęby a nawet policzek. Nie umiał pić tak, aby się nie pobrudzić. Trzymał ją i patrzył z przerażeniem na jej zamknięte oczy i rozpalone czoło.
- Co ja zrobiłem. Avelina, obudź się. Kurwa, czemu, nie, nie, nie.- poklepał ją po policzku, dotknął gorącego czoła, zgarnął włosy z jej twarzy. Był niezwykle odżywiony, pełen energii, mocy, sił tak jak nigdy dotąd. Gdyby był zwykłym człowiekiem to czułby się jak po długim wypoczynkowym śnie, pysznym posiłku, słodkim deserze… Nachylił się nad nią i nasłuchiwał jej oddechu. Jaka ulga, że ona żyje. Z wykrzywioną z bólu twarzą - bo nigdy jego ciało nie wytworzy już łez - zakrył jej szyję, jakby to miało ją uleczyć. Nie wiedział co z nią zrobić. Nie mógł jej tu zostawić. Nigdy w życiu nie zostawi nikogo w zaułku na pewną śmierć bo sam od tego zginął. Musi jej pomóc ale nie tu, gdzie ktoś mógłby ich zobaczyć. Nie pójdzie z nią do szpitala bo gdy go zobaczą to wezwą Brennę i spełni groźbę i odetnie mu głowę. Do tego Avelina wiedziała jak się on nazywa… nie, musi ją zabrać w bezpieczne miejsce, poczekać aż się obudzi i zmusić do rozmowy. Może zawoła Alice? Nie, nie może. Musi zrobić to sam… nie, a może William? Może wymazałby jej pamięć…? W jego oczach był bardzo potężny, mógłby to zrobić. Zrozumiałby.
Z takimi myślami zacisnął mocno oczy i przyłożył czoło do jej głowy, wyduszając z gardła przeprosiny, których nie słyszała. Wyciągnął różdżkę i skierował na nią jej kraniec. Nałożył na nią czar odpychający światło, aby gdy będzie szedł zaułkami nie rzuciła się w oczy. Gdyby był żywy, jego kanaliki łzowe miałyby dużo pracy. Był jednak martwy więc tylko zacisnął brudne od krwi zęby i wziął ją na ręce. Ruszył biegiem bo była lekka i drobna. Zanim dotarł do swojego domu był środek nocy.
Koniec sesji