• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin

[09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#7
28.04.2025, 12:28  ✶  
Czasami do szczęścia wystarczyło, że kochali cię ci maluczcy, najbiedniejsi. Nie szukało się wśród nich sojuszników, ale widowni. Bo było dokładnie tak jak sądził Maddox - wszystko było teatrzykiem.
Zarzucano mu to całkiem często. To, że gdy przyjdzie czas, pewnie pierwszy rzuci się do pomocy idiotom w płaszczach i maskach, w imię wzniosłych idei. Śmiał się. Bogowie, jakże on się wtedy śmiał. Ocierał łzy rozbawienia, krztusił się nimi.  A potem pytał “Naprawdę myślisz, że Lord Voldemort i jego banda kładzie chuja na takich jak ja?"
Nie. Typ zbierał sobie armię z rozpuszczonych czystokrwistych paniczyków; tych wszystkich urażonych dupków, których jedna czy druga kuzynka się puściła z mugolem i teraz musiał ją wypalić z drzewa genealogicznego. Baldwin ich znał - wszyscy byli ciosani z jednego kawałka drewna. Idealni papierowi chłopcy bez krztyny charakteru, z ulizanymi na żel włoskami, wykrochmalonymi koszulami, garniturkami w kancik i lakierowanych trzewikach.
Tacy jak oni nie schodzili na cuchnący Nokturn. To była wojna ludzi bogatych i znudzonych życiem.
- Śmierciożercy marzą o nowym porządku.- cedził Armand Malfoy z ironią w głosie, która sugerowała, że nowy porządek niczym nie różnił się od starego - są jedynie rekwizytami chaosu, marionetkami w podrzędnej tragedii, recytującymi cudze manifesty. Zbyt ograniczonymi, by pojąć bezmiar bluźnierstwa, jakie popełniają. Zbyt tchórzliwymi, by przyjąć śmierć bez kłamstwa o wielkości, jaka ich po tej śmierci czeka. Gdyby chociaż klękali przed obliczem chaosu, który sieją – westchnął, wyraźnie obrzydzony. – Ale nie. Oni padają na kolana przed kolejnym samozwańczym lordem, klękając w skamlańczym akcie poddaństwa. Jak to jest – wyszeptał – we własnych marzeniach być zawsze sługą, a nigdy panem?
Każda jedna prawda głoszona przez Orfeusza zapadała w pamięć jego syna, który zdawał się nie dostrzegać że klęcząc przed Ojcem, nie różni się specjalnie od tymi, których uczono go nienawidzić.

Czy Greyback naprawdę sądził, że jego pieprzona rodzina była lepsza?
Może była. Nie zastanawiał się nad tym nigdy.
To musiało być miłe żyć według określonych zasad. Wiedzieć, że wszystko czym jesteś zostało przez kogoś zaplanowane i wyegzekwowane, a ty nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia. Wiedzieć, że dla ojca jesteś tylko kolejną maszynką do zabijania, bo Bogowie w swojej litości dali ci określoną paczkę genów. Jak to wyglądało w Sforze? Wpierw rozszarpywano indywidualizm, niszczono to co mogło zostać potraktowane jako odstępstwo od normy, od wyników oczekiwanych przez właściciela hodowli. A potem, wpajano, że to wszystko czyni Cię częścią kolektywu. Grupy. Rodziny.
Wdrukowane pod powieki zasady - Szczekaj na zawołanie, gryź na zawołanie, morduj na zawołanie. Jak coś co jest zwykłym interesem miałoby sprawiać przyjemność?
Ale Orfeuszowe dzieci nie miały tego luksusu. Bo miłość Armanda Malfoy’a nie była przewidywalna. Była nagrodą za życie przy boku człowieka, który w gruncie rzeczy gardził pieniędzmi równie mocno co ludźmi. I rzeczywiście- czasem byłoby miło wiedzieć, że jest się dla ojca wartym chociaż pierdolonego knuta. Może to nie byłoby dużo, ale przynajmniej nie byłoby się zupełnie bezwartościowym.
Dzielili jego krew, jego nazwisko, jego spierdolenie. A jeśli czegoś nie lubił robić Armand Malfoy - to się dzielić czymkolwiek co należało do niego. Więc upiorna artystyczna trupa egzystowała sobie dalej, przypominając światu, że życie to coś więcej niż tylko brudne biznesy i walka o przetrwanie. Życie było Sztuką. Ich bóg był Sztuką. Czasem podniosłą, a czasem tak żałośnie przyziemną jak naga brygadzistka odziana tylko w paskudne żółto-czarne policyjne taśmy wdzięcząca się do każdego gościa Eurydyki.

- To za to płacą?!- Odparował natychmiast, kręcąc głową jakby całe życie pozwalał się dymać za frajer. Oczywiście, że błaznował, że cwaniakował, że dopierdalał każdy kolejny teatralny geścik i za bogów nie wiedział kiedy zamknąć mordę. Bo taki już był. I nie stała za tym żadna większa filozofia. Nie za wszystkimi chujami stoi wielka, tragiczna historia. Niektórzy się po prostu nimi rodzą.
Maddox chciał zobaczyć Sztukę. I zobaczył co chciał, więc, gdy tylko padło suche “wystarczy” Baldwin natychmiast Bones’a puścił. Wkurwiony, bo nie zdążył próbować po raz kolejny przedostać się do jego otępiałego mózgu. Ale wyjątkowo grzeczny.
Przyglądał się jak Greyback kończy robotę, z każdą sekundą coraz bardziej znużony. Oblizał z tego wszystkiego palce z krwi bumowca, wygrzebał spod połamanych paznokci krwawy brud.
- Zadowolony jesteś z siebie? Z tego?- Zapytał uczciwie, kompletnie ignorując i dziwaczny nie-komplement i pytanie. Zamiast tego machnął wolną ręką w stronę nieruchomego bumiarza. Zabił go jak zwykłe zwierzę. Bez finezji. Bez polotu. Bezmyślnie.
Całkiem niedawno Baldwin podsłuchał rozmowę jakiś dwóch trzpiotek, które dyskutowały czy lepiej wpaść w lesie na wyjątkowo agresywnego garboroga czy czarodzieja. Podsłuchał, a potem zaczął myśleć. No właśnie, człowiek siedzi w barze, pije coś, co jeszcze godzinę temu miało być whisky, a teraz przypomina brudną wodę z kanału i zamiast myśleć o ważnych sprawach, łapie się na tym, że rozbiera idiotyczną wymianę zdań na czynniki pierwsze.
Bo zwierzę jest tylko zwierzęciem i nie zna niczego innego. Bo najgorsze co może zrobić zwierzę to cię zabić. Nie zna upokorzenia - nie potrafi czerpać z niego przyjemności.  Nie szepnie ci do ucha, że powinieneś się więcej uśmiechać, a nosząc takie szaty prosisz się o kłopoty. Zwierz nie westchnie “oj wiesz jacy są chłopcy!”
Oczywiście, że ich lęk był śmieszny. Bawił go, bo zakładał, że są interesujące. Jakby każda przeciętna panna, która zapodziała się w jakimś lesie była warta tyle zachodu, co rozprucie własnej reputacji jednym szybkim numerkiem między drzewami.
Ale czasem prawda była szalenie ponura - nikt nie chciał ich krzywdzić, bo nikt nie chciał ich w ogóle. Ale to nie miało znaczenia, mechanizm pozostawał w ich głowach ten sam.
Pamiętał, że spojrzał wtedy w  swoje odbicie w brudnym lustrze. Twarz jak mapa starych błędów, przeorana zmęczeniem i alkoholowym otępieniem. Oczy, które widziały za dużo i nauczyły się nie widzieć nic. Łatwiej było uchodzić w życiu za ślepego, małostkowego idiotę niż odkrywać wszystkie karty w pierwszej rundzie. Gdyby spotkały go w lesie, pewnie też wolałyby garboroga. I cholera, wcale im się nie dziwił.
A potem zamówił jednej z nich drinka tylko po to, żeby obserwować jak twarz drugiej pokrywa się rumieńcem złości i zazdrości. Ostatecznie każda i tak wybierała czarodzieja, licząc, że ten jeden okaże się “inny”.

Już miał ochotę parsknąć, że może i się kurwi, ale z całuskami to niech sobie Greyback zaczeka do drugiej randki, ale zanim genialna myśl pokonała krótki odcinek między mózgiem, a gębą, to dostał z dyńki.
I to tak, że mu kurwa zadzwoniło w uszach, jakby Maddox przyjebał w pusty kociołek. Zobaczył wszystkie gwiazdy i konstelacje przed oczami. A że w międzyczasie Baldwin zadarł lekko głowę, żeby się wilkołakowi lepiej przyjrzeć to cios trafił dokładnie tam gdzie miał. W całkiem zgrabny nosek pana Malfoy’a.
Wpierw jęknął z bólu. Potem wolną ręką odnalazł po omacku ścianę, Oparł się o nią, tak na wszelki wypadek jakby miało go odciąć na dłużej niż dwie, trzy sekundy.
- No żesz kurwa jebana twoja… Co do chuja?! Ja pierdolę, budź budź baranków ci się zechciało!?- No debil. No kurwa debil z psim ogonkiem. Z braćmi o równie twardych czaszkach niech się tak napierdala, a nie z nim. Co to miało być? Jakiś wilkołaczy zwyczaj? Ojciec go czule napierdalał i tak zostało syneczkowi?
Nie zamierzał mu oddawać. Głównie dlatego, że nie miał szans, ale też dlatego, że zostanie męczennikiem kręciło go wiele bardziej niż udział w ulicznej bójce. A może dlatego, że gdyby znaleźli jego trupa cuchnącego na kilometr mokrym, wilkołaczym futrem to pożary byłyby tylko początkiem? Drgnął z chorego podekscytowania, że Greyback mógłby mu zrobić dokładnie to co mu polecił. Pozwól mu się wykrwawić jak jagnię ofiarne. Zanieś na próg Necronomiconu, by mógł pomazać krwią syna pierworodnego próg, chroniąc dom przed kolejną plagą.
- NA INNE KURWA PŁYNY USTROJOWE TEŻ MASZ OCHOTĘ?! - Warknął boleśnie zamiast tego, zaciskając palce na nasadzie nosa. I jak zwykle zabrzmiało to bardziej żałośnie niż groźnie. Chyba nigdy nie miało groźnie zabrzmieć.
Nos złamany jak nic, w dodatku zaczął sinieć i puchnąć. Każdy najdrobniejszy ruch powodował kolejną falę bólu i nieprzyjemne chrobotanie poturbowanych kości. Z trudem łapał oddech. Zemdliło go. W głowie wirowało tak, że jak już wpadł plecami na ścianę to nie ryzykował jeszcze ruszenia się stąd. A mimo to docisnął do ust butelkę, w dwóch zachłannych łykach opróżniając jej zawartość do końca. Jakoś musiał się znieczulić.
Cisnął butelką gdzieś tam w stronę martwego brygadzisty.

Czy niechcący trafił Bones’a?
Rzut TakNie 1d2 - 2
Nie


Oddychał chrapliwie, łykając swoją własną krew razem z każdym kolejnym haustem powietrza. Przesunął językiem po zębach, ale te o dziwo trzymały się wszystkie nie gorzej niż wcześniej. A może powinien mu jeszcze podziękować za pieprzone alibi? Biedny, czystokrwisty dzieciak znalazł się w złym miejscu i czasie, napadnięty przez jakiegoś szemranego typa. Co prawda z aurorami nie gadał, ale Lorraine była czasem równie pierdolnięta co mundurowi. A jej spowiadał się znacznie częściej.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (4621), Maddox Greyback (3197)




Wiadomości w tym wątku
[09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 25.03.2025, 09:49
RE: [09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Maddox Greyback - 30.03.2025, 04:18
RE: [09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 04.04.2025, 14:31
RE: [09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Maddox Greyback - 15.04.2025, 12:24
RE: [09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 15.04.2025, 16:44
RE: [09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Maddox Greyback - 27.04.2025, 21:47
RE: [09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 28.04.2025, 12:28
RE: [09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Maddox Greyback - 22.05.2025, 16:05
RE: [09.09.] To be or not to be - what-fucking-ever | Maddox & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 02.06.2025, 09:12

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa