28.04.2025, 15:55 ✶
To było jak zły żart losu, który postawił nas naprzeciwko siebie, a mimo to, rozmowa potoczyła się tak lekko, jakbyśmy nawet nie musieli się starać czy wysilać, by się dogadać. Przyglądałem się jej przez chwilę, zastanawiając się, czy to, co czuję, to tylko efekt zaskoczenia, czy może coś więcej. Nie spodziewałem się jej tutaj, mimo że już od jakiegoś czasu miałem świadomość, z kim miałem do czynienia tamtej nocy - wiedziałem, że to ona, ta sama Prudence Bletchley, drugie imię Madison, którą znałem jeszcze z dawnych czasów... Tyle tylko, że dziś była inna, bardziej pewna siebie, znacznie bardziej wyrazista. A może to moje spojrzenie na nią znowu się zmieniło...?
Nie przewidziałem, że spotkamy się tak szybko - tym bardziej nie, że wylądujemy sam na sam w tym miejscu, w takim momencie, i że rozmowa potoczy się tak lekko, tak jakbyśmy nigdy nie mieli żadnych zawiłych relacji. Prue stała naprzeciwko mnie, wciąż pyskata, choć może odrobinę bardziej dojrzała, niż kiedyś. Kąciki ust miała lekko uniesione, z tą doskonale znaną mi dumą, ale jej spojrzenie, chociaż pełne wyzwania, zdawało się też ukrywać coś innego, coś nieuchwytnego.
I znowu - ta jej pyskata nuta, jakby nie wiedziała, że nie lubię, gdy ktoś mi mówi, co mam robić. Zawsze tak miała - próbowała narzucić swoje zdanie, jakby to ona decydowała, co jest właściwe. A ja, chociaż starszy niż przed laty, wcale nie byłem bardziej spokojny - wciąż czułem, że taka jej pyskata odwaga działa na mnie jak płachta na byka. Z tym, że w trochę inny sposób - bardziej tak, jak na samym początku naszych relacji, nie pod koniec szkoły. W tej chwili, mimo wszystko, czułem, że ta rozmowa stała się czymś więcej niż tylko wymianą słów - to była jakaś gra, polegająca na tym, by utrzymać balans między tym, co wypowiadaliśmy, a tym, co pozostawało niewypowiedziane. Prowokowała mnie do gadania, odgryzania się, ale niekoniecznie w złośliwy sposób. Zamilkłem na moment, unosząc wymownie brwi, dając jej do zrozumienia, że nie zamierzam tego tak zostawić. Przebiegłem wzrokiem po jej twarzy, obserwując, jak jej oczy błyszczą lekko.
Tyle, że czy można mówić o lekkości, kiedy na ten widok oddech mi się przyspieszał, a wzrok sam uciekał na jej usta? Nie, nie dało się tego nazwać lekkością - jej spojrzenie było równie intensywne, co moje własne. To była pełna napięcia wymiana spojrzeń, które mówiły więcej niż słowa. Milczałem przez moment, patrząc na nią wyzywająco, jakby wytykając jej, że nie ma pojęcia, z kim tak naprawdę rozmawia, bo przecież już wcześniej ustaliliśmy, że patrzyła na mnie przez pryzmat tego, kim jestem - nie zamierzałem się od tego odcinać, to był nasz wspólny wniosek, a ona przyznała mi rację. Wręcz przeciwnie - chciałem to wyraźnie zaznaczyć, pokazać, że jestem świadomy tej rzeczy, którą sama sobie wmawiała, próbując mnie sprowadzić do jakiegoś schematu.
- No, popatsz, chyba jednak mogę, skolo to lobię... Posa tym, nie jesztem tylko tym, co widaś na pielwszy szut oka. - Przez chwilę milczałem, patrząc na nią z lekkim, wyzywającym uśmiechem, który nie chciał zniknąć z mojej twarzy. Nie kłóciliśmy się jednak już tak jak dawniej, tylko przekomarzaliśmy. Wzrok uciekał mi na jej usta, choć starałem się to ukryć, bo wiedziałem, że ona to zauważa, a zdecydowanie nie chciałem, by było jeszcze dziwniej. - Wies, Plue, nie musis zakszywiaś szeszywistości, bo jusz dawno ustaliliśmy, sze patszysz na mnie pszez plysmat tego wsystkiego, co było, i nie wątpię, sze tego, kim jesztem telas, tesz. - Bez pardonu znowu wytyknąłem jej klasizm, bo przecież już ustaliliśmy, że patrzyła na mnie przez pryzmat mojego pochodzenia, majątku i całej otoczki... I to nie była tylko ona, niemal wszyscy tak robili - w jedną albo w drugą stronę.
- Nie uwaszasz, sze mosze powinnaś byś wobes mnie tlochę łaskawsa, skolo nie było mnie tu przes piętnaście lat? Wiem, wiem - moje niepszygotowanie, nic mnie nie usplawiedliwia, ale skolo obiesuję, sze się poplawię, doceń to, jeśliś łaskawa. - Uśmiechnąłem się do niej, chociaż w głębi duszy czułem, że ta lekkość, którą próbowałem zachować, jest tylko maską, za którą kryje się coś więcej - jakaś fascynacja, którą oboje staraliśmy się ukryć, choć w głębi siebie wiedzieliśmy, że to nie jest takie proste.
- Nie lubię iść po linii opolu, popszeczka musi byś wysoko. Oszywiście, jeśli chces, mogę szię tesz wycofaś, by nie zlobiś s siebie głupka. - Zamilknąłem na chwilę, unosząc wyżej brwi w jeszcze jednym geście, który mówił więcej niż słowa. Zrobiłem to wymownie, tak jakbym chciał, żeby zrozumiała, iż nie zamierzam się dać sprowadzić do roli tego, który musi się tłumaczyć z czegokolwiek - nawet z wymyślonych zarzutów o brak gotowości do czegoś, czego nie powinno między nami być. Przeczesałem palcami włosy, czując jak napięcie między nami powoli, lecz nieubłaganie, znowu narasta.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że kobieta nagle porówna mnie do baby mojego przyjaciela. Nie byłem na to przygotowany, trochę się zaskoczyłem i nie do końca panowałem nad swoim żachnięciem się. Mimo to, nie czułem się z tym głupio. Gdy usłyszałem kolejne słowa Prudence, wziąłem głęboki oddech i spróbowałem się lekko uśmiechnąć, bo to pytanie, które mi zadała, było tak absurdalnie głupie, że nawet mnie odrobinę rozbawiło. Na pewno trochę rozluźniło atmosferę.
- O to, to jusz powinnaś pytaś Loise'a, nie mnie, ale patsząs na to, jaki ostatnio chosił wkulwiony, balso moszliwe, sze Geldi świesi mu nocami nie tym, czym powinna... - Po tych całkiem luźnych słowach zamilkłem, odwracając wzrok na chwilę, pozwalając, by napięcie nieco opadło. - A tak w ogóle, nie maltw szię, wybaszę ci tę małą inwektywę, jeśli obiecas, sze następnym laaem nie będzies tak besczelnie oceniaś ksiąski po okładse. - Uśmiechnąłem się pod nosem, unosząc kącik ust, posyłając jej spojrzenie, które miało chyba wyrażać coś więcej niż zwykłą uprzejmość - sam już się w tym trochę gubiłem.
- Nie ma ofisjalnego zakasu, oszywiście. - Odparłem cicho, z lekkim uśmiechem, który miał podkreślić, że właśnie to jest w tym wszystkim najzabawniejsze - tak samo nikt nam nie powiedział, żebyśmy się nie spotykali sam na sam, ale chyba oboje czuliśmy, że w takiej sytuacji lepiej byłoby nie musieć wyjaśniać, czemu pijemy przed dziewiątą rano, a potem wybieramy się na wycieczki, skoro tak bardzo się nie lubimy... - Ale wies, lepiej byłoby, gdybyśmy nie muszieli szię tłumaczyś s tego, co lobimy albo czego nie lobimy. Posa tym, wymykanie szię jeszt balsiej eksytujące, plawda? - Przerwałem na chwilę, zerkając na nią spod brwi, jakby oczekując, że zaraz coś powie. Milczałem jeszcze przez moment, czując, jak napięcie między nami rośnie, bo trudno byłoby nie zauważyć, że to był jakiś pokraczny rodzaj flirtu, chociaż starałem się to ukryć za maską swobodnej rozmowy. To był moment, kiedy wszystko mogło się zmienić - te pozornie lekkie słowa zdecydowanie mogły się przerodzić w coś poważniejszego, choć oboje tego nie planowaliśmy.
- Wies, sze potlafię byś na tyle zmotywowany, by osiągnąś załoszony cel? - Zamknąłem własne usta, jakby na znak, że nie zamierzam już nic więcej dodawać, i spojrzałem na nią jeszcze raz, z tym samym intensywnym spojrzeniem. Wiedziałem, że to, co zaczęliśmy, nie jest tylko zwykłą rozmową - to była gra, którą oboje rozgrywaliśmy od dawna, chociaż teraz wydawało się, że nabiera nowego, bardziej nieprzewidywalnego wymiaru.
Wciąż stałem w niezbyt wygodnym pochyleniu - nie oparłem się na motocyklu, by nie zbliżyć się za mocno, skoro teoretycznie trzymałem się na dystans, nawet jeśli to nie był to dystans, na jaki liczyłem w głębi duszy. Zamiast tego usiłowałem kontrolować sytuację w inny sposób, ale dosyć trudno byłoby powiedzieć, że mi to wychodziło - jasne - maszyna stała stabilnie, ale to była jedyna stabilność, jaką mieliśmy, i naprawdę trudno byłoby powiedzieć inaczej. Wpatrywałem się w usta Prue, nie myśląc już o tym, jak to wygląda z zewnątrz, bo w momencie, kiedy moje spojrzenie zatrzymało się na jej wargach, a ona wykonała ten pozornie nic nie znaczący gest, poczułem, jak gorąco rozlewa się po moim ciele. Nie potrafiłem odwrócić wzroku od jej ust, od tego małego, naturalnego przygryzienia dolnej wargi, które niby tak dobrze znałem u kobiet, ale teraz wywołało we mnie dreszcz, jakby prąd przepłynął przez moje ciało. To był taki drobny gest, a jednak w mojej głowie wywołał nagłą pustkę. Nie był to efekt alkoholu, tego byłem pewien, on tylko podsycał to odczuwalne napięcie, ten wir w głowie. Nie, to było coś innego - czego nie potrafiłem nazwać, ale czułem to na poziomie, który przekraczał racjonalne myślenie. Wiedziałem, że jestem trzeźwy, więc teoretycznie nadal potrafię zachować kontrolę, ale ta kontrola była jak cienka lina rozwieszona u skraju przepaści, pół metra nad ziemią, jakby była prowizoryczną barierką, bardzo łatwą do przeoczenia, jeszcze łatwiejszą do pokonania, gdy chciało się skoczyć... A to zdecydowanie byłby skok w przepaść - niby mógłby to być jeden pocałunek, ale w głębi wiedziałem, że to byłoby zbyt mało - to byłby pierwszy krok, ale nie ostatni.
Czułem, jak pulsuje mi w skroniach, a serce zaczyna bić zupełnie inaczej, niż do tej pory. Jej spojrzenie, jeszcze przed chwilą tak zwyczajne, nagle zaczęło mnie paraliżować. Byliśmy dorośli, starsi, więcej wiedzący o świecie i o sobie samych, ale to był moment, w którym wszystko, czego się nauczyłem, co wypracowałem sobie przez ostatnie lata, jakby odchodziło na bok. Wiedziałem, że to nie jest odpowiednia droga i powinniśmy się od siebie odsunąć, a mimo to czułem, jak moje ciało samo zaczyna się do niej zbliżać. Jej usta, zaczepnie przygryzione w niewypowiedzianym wyzwaniu, zdawały się być tak blisko, że mógłbym je dosłownie pocałować jednym ruchem. Ale czy to byłoby właściwe? Czy w tej chwili, z tym dreszczem przebiegającym po plecach i z tym gorącym uczuciem w głowie, nie zrobiłbym czegoś, czego będę żałować? Oboje będziemy...? Wiedziałem, że to może być kolejną najgłupszą decyzją w moim życiu, zdecydowaną topką debilizmu, zważywszy na okoliczności, ale nie potrafiłem się od niej odsunąć. Czułem, jak impuls we mnie rośnie, a tłumione pragnienie zaczyna wybuchać, mimo że jeszcze jakoś się hamowałem. Pierwszy raz od lat odczuwałem taki dylemat - czy postąpić zgodnie z własnym pragnieniem, czy jednak odsunąć się, zachować zimną krew, pozostać na stopie przyjacielskiej, bo tak byłoby łatwiej.
Patrzyłem na nią, a w mojej - o ironio, zarazem bardzo pustej - głowie kłębiły się myśli, które próbowałem zepchnąć na bok. Serce biło mi szybciej, oddech stał się ciężki, a w głowie wciąż powracało to jedno, nieodparte pragnienie. Patrzyłem na jej usta, czując na sobie spojrzenie, które nie pozwalało mi odwrócić wzroku. Nie chciałem się odsuwać, wycofywać się, ale jednocześnie miałem wrażenie, że to, co czuję, jest silniejsze od mojej woli, od zdrowego rozsądku, od wszystkiego, co próbowałem sobie wmówić jeszcze chwilę temu... I to było niepokojące, zupełnie nie pasowało do moich założeń - mieszało, komplikowało coś, co nie powinno być skomplikowane, bo nie powinno się wydarzyć. Wiedziałem, że to nie był żaden zbieg okoliczności - nie była to tylko iluzja, którą można rozproszyć, odwracając wzrok. To było coś głębszego, co budziło się od nowa, bo przecież już kiedyś się pojawiło, dawno, dawno temu, w innym miejscu, innym czasie, innym życiu. Tylko ona i ja, i ta atmosfera, tak gęsta, że można by w niej zawiesić nóż, chociaż tym razem nie wynikało to z nienawiści, lecz z czegoś innego, bardziej skomplikowanego, i dużo bardziej niekontrolowanego.
Chociaż próbowałem zmobilizować się do tego, by się od niej odsunąć, bo wiedziałem, że to byłaby odpowiedzialna decyzja, to i tak nie potrafiłem zrobić tego - to coś, co zaczęło się od tamtego pierwszego pocałunku, w tamtej chaotycznej chwili, wracało do mnie z podwójną siłą. Wreszcie zamknąłem oczy na chwilę, by się opanować, ale zaraz potem, kiedy znów je otworzyłem, dostrzegłem, że chuja to dało... Wystarczyło mrugnięcie oka, bym spostrzegł, że jej spojrzenie w dalszym ciągu było pełne tej samej intensywności, którą czułem we własnym ciele - nic się nie zmieniło. Reakcje Prudence nie były ukryte - widziałem, jak jej oddech przyspiesza, oczy rozświetlają się tym samym iskrami, które czułem w sobie... Jakbyśmy oboje byli na granicy czegoś, co nie miało nazwy, bo nie mieściło się w żadnych ramach, ani schematach... To nie przyjaźń - chujowo byłoby dalej upierać się, że przyjaciele zachowują się w ten sposób. To nie było jednostronne pragnienie, i to mnie najbardziej paraliżowało - bo gdyby tak było, łatwiej byłoby się od niej odsunąć, udawać, że nic się nie dzieje... Ale nie, to było coś więcej. Wpatrywałem się w nią, tak intensywnie, że chyba sam nie zdawałem sobie sprawy, kiedy zacząłem to robić... To - trudno byłoby to nazwać czymś innym, niż pożeraniem wzrokiem. Nie chodziło już jednak o to, jak to wyglądało, bo to było oczywiste, nawet nie próbowałem tego ukryć - za każdym razem, gdy odrobinę się poruszała, czułem, jak coś we mnie też drga, a gorąco, które wzbierało we mnie od środka, wrze - przepełnia mnie i nie pozwala mi odwrócić wzroku. Kurwa, wiedziałem, że to nie alkohol, bo znałem swoje możliwości.
Byliśmy dorośli, starsi, i najwyraźniej naprawdę niekoniecznie - tego też się nie dało ukryć - nie do końca odpowiedzialni za swoje zachowanie, bo gdyby tak było, odsunąłbym się... Odwróciłbym się od niej, nabrałbym dystansu, odciąłbym się od tego wszystkiego, co się między nami działo... Nie zrobiłem tego - wciąż stałem blisko, niby przytrzymując ją na motocyklu, by nie spadła, ale tak naprawdę nie musiałem tego robić, bo siedziała na nim bardzo stabilnie. Pochylałem się nad nią, patrząc tak długo, aż w końcu prawie zapomniałem, jak się oddycha.
Chciałem pociągnąć ją za wargę, zamknąć jej usta, nie pozwolić, by odwróciła wzrok, ani żeby się wycofała. Nie chciałem już dłużej ukrywać tego, co czuję - stałem tam, wpatrzony w jej usta, czując, jak każda sekunda przybliża mnie do decyzji, której unikałem. Powietrze między nami było tak gęste, że niemal można by w nim zawiesić nóż. Patrzyła na mnie, a ja nie chciałem uciekać od tego spojrzenia, nawet jeśli wiedziałem, że to głęboko coś zmienia. Silna wola słabła... To nie była tylko reakcja, to był manifest, jakbyśmy oboje zdawali sobie sprawę z tego, co nadchodzi, chociaż jeszcze nie do końca o tym mówiliśmy. Choć, czy musieliśmy cokolwiek mówić - to było wyraźne w oczach, w drganiu mięśni, w tym, jak się na mnie patrzyła, jak ja patrzyłem na nią. Zatrzymałem się w tym momencie, zamierając w niezbyt wygodnej pozycji, bo nie mogłem już dłużej powstrzymywać tego napięcia, ale nie miałem pojęcia, co z nim zrobić. Wiedziałem, że to nie jest zwykłe „pragnienie chwili” - to było coś, co się rozkręcało i mogłoby zmienić wszystko, nawet jeśli tylko na kilka dni. Próbowałem się opanować, ale moje myśli zaczęły odchodzić w stronę niebezpiecznego impulsu, który podpowiadał: „Nie odchodź. Zrób to.” Coraz bardziej nie mogłem się powstrzymać, i chociaż rozum mówił mi, że powinniśmy się odsunąć, ja wiedziałem, iż nie potrafię już tak postąpić, nie czując się przy tym, jakbym robił coś wbrew sobie. Wszystko we mnie krzyczało, żeby to zrobić - po prostu zaryzykować i dać się ponieść temu momentowi. Chciałem ją pocałować - cholernie mocno chciałem - tak, by nie było odwrotu. Chciałem być tym, który pociągnie ją za wargę, zamknie jej usta, ale tym razem nie na chwilę, nie na odczepne, lecz na dłużej.
Kurwa, nie chciałem tego zjebać, nie chciałem tego zniszczyć, nie chciałem, żeby wszystko poszło na marne... Nie chciałem się wycofać, choć wiedziałem, że powinniśmy, bo to było złe pod naprawdę wieloma względami - praktycznie zakazane w tym układzie, poza tym skrajnie głupie. To nie był czas ani miejsce na takie rzeczy, a jednak – kiedy na nią patrzyłem, czułem, jak wszystko wokół się rozmywa, jakby świat zwolnił, żebyśmy mieli czas na ten jeden, niepowtarzalny moment.
Jeszcze kilka chwil temu wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą, to teraz - nie, nic nie było już pod kontrolą. Zanim zdążyłem się powstrzymać, nachyliłem się jeszcze niżej, podniosłem dłoń, odgarniając jej włosy z szyi, czując pod palcami miękkość skóry, ciepło, które promieniowało przez ich czubki. Odsunąłem je delikatnie, bez wahania, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, i cicho mruknąłem wprost do jej ucha:
- Pamiętasz, sze szię pszyjaśnimy? - Słowa uciekły mi z ust, brzmiały lekko i swobodnie, ale jednocześnie z nutą przypomnienia, chociaż sam nie byłem pewien, czy to był głos rozsądku, czy raczej wezwanie do działania, a jeśli to drugie, to dla kogo... Jednak zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, półświadomie przesunąłem kciukiem dłoni po brzegu jej uda, po jej jeansach. Nie był to gest przypadkowy, chociaż może wyglądał tak na pierwszy rzut oka - to była próba, wyzwanie, sygnał - wiedziałem, że to może wszystko dodatkowo skomplikować. Z drugiej strony, czy nie było już trochę za późno na myślenie o tym, co mogło komplikować sytuację, skoro moment, w którym się znajdowaliśmy, nie pozwalał już na dyskretny odwrót?
W tym momencie moje usta były tak blisko jej skóry, że czułem jej ciepło i zapach - perfum, szamponu, medycznej sterylności, czegoś jeszcze - tego wszystkiego, co tworzyło jej unikalny aromat. Wciągnąłem głęboki oddech, czując, jak moje ciało samoczynnie się napina - jednocześnie wszystkie myśli, jakie jeszcze chwilę temu przelatywały przez moją skołowaną głowę, coraz bardziej się rozmywały. W dalszym ciągu stabilizowałem motocykl, żeby się nie wywrócił, ale to był tylko pretekst, bo w tej chwili niespecjalnie myślałem już o tym, żeby zabierać ją na przejażdżkę w teren. Myślałem tylko o niej, o tym, jak jej usta, jej wargi, mogłyby smakować bez posmaku dymu, gdybyśmy się pocałowali, już bez żadnych zahamowań. Moje ramiona, które jeszcze chwilę temu podtrzymywały ją na motocyklu, teraz napięły się jeszcze mocniej. Czułem się skołowany, postępując zupełnie impulsywnie, bez zastanowienia, podświadomie wiedząc, że to co robię, jest bardziej instynktowne niż planowane, ale mając to już zupełnie gdzieś. Przyciągnąłem ją bliżej, nie z troski o sprzęt, który mógłby się zachybotać i wywrócić, a z potrzeby, by poczuć ją w swoich ramionach - być blisko niej, mieć ją przy sobie.
- Przebacz, Pludence, ale to chyba jednak koniec naszej pszyjaśni. - Wiedziałem, że ten krótkotrwały lont kiedyś mnie doprowadzi do grobu, ale teraz, bezmyślnie, jeszcze bardziej zbliżyłem usta do jej ucha, pociągając zębami za jego płatek, a potem pocałowałem ją w szyję. Ta chwila, kiedy po raz pierwszy się całowaliśmy, jeszcze jako obcy sobie ludzie, wybudziła we mnie coś, co teraz zaczęło odżywać na nowo. Zaczepki zaczepkami, ale w tym momencie naprawdę czułem się jak chłopak, który nie potrafi się oprzeć pokusie - ktoś, kto od dawna czekał na ten moment, chociaż sam nie zdawał sobie z tego sprawy. To było coś głębszego, coś, co nie dawało mi spokoju od chwili, gdy stanęliśmy blisko siebie w tej jasnej przestrzeni i pierwszy raz spojrzeliśmy na siebie tak, jakbyśmy chcieli więcej. To zbyt wiele, żeby to zignorować - zbyt wiele, żeby udawać, że nic się nie dzieje.
Nie przewidziałem, że spotkamy się tak szybko - tym bardziej nie, że wylądujemy sam na sam w tym miejscu, w takim momencie, i że rozmowa potoczy się tak lekko, tak jakbyśmy nigdy nie mieli żadnych zawiłych relacji. Prue stała naprzeciwko mnie, wciąż pyskata, choć może odrobinę bardziej dojrzała, niż kiedyś. Kąciki ust miała lekko uniesione, z tą doskonale znaną mi dumą, ale jej spojrzenie, chociaż pełne wyzwania, zdawało się też ukrywać coś innego, coś nieuchwytnego.
I znowu - ta jej pyskata nuta, jakby nie wiedziała, że nie lubię, gdy ktoś mi mówi, co mam robić. Zawsze tak miała - próbowała narzucić swoje zdanie, jakby to ona decydowała, co jest właściwe. A ja, chociaż starszy niż przed laty, wcale nie byłem bardziej spokojny - wciąż czułem, że taka jej pyskata odwaga działa na mnie jak płachta na byka. Z tym, że w trochę inny sposób - bardziej tak, jak na samym początku naszych relacji, nie pod koniec szkoły. W tej chwili, mimo wszystko, czułem, że ta rozmowa stała się czymś więcej niż tylko wymianą słów - to była jakaś gra, polegająca na tym, by utrzymać balans między tym, co wypowiadaliśmy, a tym, co pozostawało niewypowiedziane. Prowokowała mnie do gadania, odgryzania się, ale niekoniecznie w złośliwy sposób. Zamilkłem na moment, unosząc wymownie brwi, dając jej do zrozumienia, że nie zamierzam tego tak zostawić. Przebiegłem wzrokiem po jej twarzy, obserwując, jak jej oczy błyszczą lekko.
Tyle, że czy można mówić o lekkości, kiedy na ten widok oddech mi się przyspieszał, a wzrok sam uciekał na jej usta? Nie, nie dało się tego nazwać lekkością - jej spojrzenie było równie intensywne, co moje własne. To była pełna napięcia wymiana spojrzeń, które mówiły więcej niż słowa. Milczałem przez moment, patrząc na nią wyzywająco, jakby wytykając jej, że nie ma pojęcia, z kim tak naprawdę rozmawia, bo przecież już wcześniej ustaliliśmy, że patrzyła na mnie przez pryzmat tego, kim jestem - nie zamierzałem się od tego odcinać, to był nasz wspólny wniosek, a ona przyznała mi rację. Wręcz przeciwnie - chciałem to wyraźnie zaznaczyć, pokazać, że jestem świadomy tej rzeczy, którą sama sobie wmawiała, próbując mnie sprowadzić do jakiegoś schematu.
- No, popatsz, chyba jednak mogę, skolo to lobię... Posa tym, nie jesztem tylko tym, co widaś na pielwszy szut oka. - Przez chwilę milczałem, patrząc na nią z lekkim, wyzywającym uśmiechem, który nie chciał zniknąć z mojej twarzy. Nie kłóciliśmy się jednak już tak jak dawniej, tylko przekomarzaliśmy. Wzrok uciekał mi na jej usta, choć starałem się to ukryć, bo wiedziałem, że ona to zauważa, a zdecydowanie nie chciałem, by było jeszcze dziwniej. - Wies, Plue, nie musis zakszywiaś szeszywistości, bo jusz dawno ustaliliśmy, sze patszysz na mnie pszez plysmat tego wsystkiego, co było, i nie wątpię, sze tego, kim jesztem telas, tesz. - Bez pardonu znowu wytyknąłem jej klasizm, bo przecież już ustaliliśmy, że patrzyła na mnie przez pryzmat mojego pochodzenia, majątku i całej otoczki... I to nie była tylko ona, niemal wszyscy tak robili - w jedną albo w drugą stronę.
- Nie uwaszasz, sze mosze powinnaś byś wobes mnie tlochę łaskawsa, skolo nie było mnie tu przes piętnaście lat? Wiem, wiem - moje niepszygotowanie, nic mnie nie usplawiedliwia, ale skolo obiesuję, sze się poplawię, doceń to, jeśliś łaskawa. - Uśmiechnąłem się do niej, chociaż w głębi duszy czułem, że ta lekkość, którą próbowałem zachować, jest tylko maską, za którą kryje się coś więcej - jakaś fascynacja, którą oboje staraliśmy się ukryć, choć w głębi siebie wiedzieliśmy, że to nie jest takie proste.
- Nie lubię iść po linii opolu, popszeczka musi byś wysoko. Oszywiście, jeśli chces, mogę szię tesz wycofaś, by nie zlobiś s siebie głupka. - Zamilknąłem na chwilę, unosząc wyżej brwi w jeszcze jednym geście, który mówił więcej niż słowa. Zrobiłem to wymownie, tak jakbym chciał, żeby zrozumiała, iż nie zamierzam się dać sprowadzić do roli tego, który musi się tłumaczyć z czegokolwiek - nawet z wymyślonych zarzutów o brak gotowości do czegoś, czego nie powinno między nami być. Przeczesałem palcami włosy, czując jak napięcie między nami powoli, lecz nieubłaganie, znowu narasta.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że kobieta nagle porówna mnie do baby mojego przyjaciela. Nie byłem na to przygotowany, trochę się zaskoczyłem i nie do końca panowałem nad swoim żachnięciem się. Mimo to, nie czułem się z tym głupio. Gdy usłyszałem kolejne słowa Prudence, wziąłem głęboki oddech i spróbowałem się lekko uśmiechnąć, bo to pytanie, które mi zadała, było tak absurdalnie głupie, że nawet mnie odrobinę rozbawiło. Na pewno trochę rozluźniło atmosferę.
- O to, to jusz powinnaś pytaś Loise'a, nie mnie, ale patsząs na to, jaki ostatnio chosił wkulwiony, balso moszliwe, sze Geldi świesi mu nocami nie tym, czym powinna... - Po tych całkiem luźnych słowach zamilkłem, odwracając wzrok na chwilę, pozwalając, by napięcie nieco opadło. - A tak w ogóle, nie maltw szię, wybaszę ci tę małą inwektywę, jeśli obiecas, sze następnym laaem nie będzies tak besczelnie oceniaś ksiąski po okładse. - Uśmiechnąłem się pod nosem, unosząc kącik ust, posyłając jej spojrzenie, które miało chyba wyrażać coś więcej niż zwykłą uprzejmość - sam już się w tym trochę gubiłem.
- Nie ma ofisjalnego zakasu, oszywiście. - Odparłem cicho, z lekkim uśmiechem, który miał podkreślić, że właśnie to jest w tym wszystkim najzabawniejsze - tak samo nikt nam nie powiedział, żebyśmy się nie spotykali sam na sam, ale chyba oboje czuliśmy, że w takiej sytuacji lepiej byłoby nie musieć wyjaśniać, czemu pijemy przed dziewiątą rano, a potem wybieramy się na wycieczki, skoro tak bardzo się nie lubimy... - Ale wies, lepiej byłoby, gdybyśmy nie muszieli szię tłumaczyś s tego, co lobimy albo czego nie lobimy. Posa tym, wymykanie szię jeszt balsiej eksytujące, plawda? - Przerwałem na chwilę, zerkając na nią spod brwi, jakby oczekując, że zaraz coś powie. Milczałem jeszcze przez moment, czując, jak napięcie między nami rośnie, bo trudno byłoby nie zauważyć, że to był jakiś pokraczny rodzaj flirtu, chociaż starałem się to ukryć za maską swobodnej rozmowy. To był moment, kiedy wszystko mogło się zmienić - te pozornie lekkie słowa zdecydowanie mogły się przerodzić w coś poważniejszego, choć oboje tego nie planowaliśmy.
- Wies, sze potlafię byś na tyle zmotywowany, by osiągnąś załoszony cel? - Zamknąłem własne usta, jakby na znak, że nie zamierzam już nic więcej dodawać, i spojrzałem na nią jeszcze raz, z tym samym intensywnym spojrzeniem. Wiedziałem, że to, co zaczęliśmy, nie jest tylko zwykłą rozmową - to była gra, którą oboje rozgrywaliśmy od dawna, chociaż teraz wydawało się, że nabiera nowego, bardziej nieprzewidywalnego wymiaru.
Wciąż stałem w niezbyt wygodnym pochyleniu - nie oparłem się na motocyklu, by nie zbliżyć się za mocno, skoro teoretycznie trzymałem się na dystans, nawet jeśli to nie był to dystans, na jaki liczyłem w głębi duszy. Zamiast tego usiłowałem kontrolować sytuację w inny sposób, ale dosyć trudno byłoby powiedzieć, że mi to wychodziło - jasne - maszyna stała stabilnie, ale to była jedyna stabilność, jaką mieliśmy, i naprawdę trudno byłoby powiedzieć inaczej. Wpatrywałem się w usta Prue, nie myśląc już o tym, jak to wygląda z zewnątrz, bo w momencie, kiedy moje spojrzenie zatrzymało się na jej wargach, a ona wykonała ten pozornie nic nie znaczący gest, poczułem, jak gorąco rozlewa się po moim ciele. Nie potrafiłem odwrócić wzroku od jej ust, od tego małego, naturalnego przygryzienia dolnej wargi, które niby tak dobrze znałem u kobiet, ale teraz wywołało we mnie dreszcz, jakby prąd przepłynął przez moje ciało. To był taki drobny gest, a jednak w mojej głowie wywołał nagłą pustkę. Nie był to efekt alkoholu, tego byłem pewien, on tylko podsycał to odczuwalne napięcie, ten wir w głowie. Nie, to było coś innego - czego nie potrafiłem nazwać, ale czułem to na poziomie, który przekraczał racjonalne myślenie. Wiedziałem, że jestem trzeźwy, więc teoretycznie nadal potrafię zachować kontrolę, ale ta kontrola była jak cienka lina rozwieszona u skraju przepaści, pół metra nad ziemią, jakby była prowizoryczną barierką, bardzo łatwą do przeoczenia, jeszcze łatwiejszą do pokonania, gdy chciało się skoczyć... A to zdecydowanie byłby skok w przepaść - niby mógłby to być jeden pocałunek, ale w głębi wiedziałem, że to byłoby zbyt mało - to byłby pierwszy krok, ale nie ostatni.
Czułem, jak pulsuje mi w skroniach, a serce zaczyna bić zupełnie inaczej, niż do tej pory. Jej spojrzenie, jeszcze przed chwilą tak zwyczajne, nagle zaczęło mnie paraliżować. Byliśmy dorośli, starsi, więcej wiedzący o świecie i o sobie samych, ale to był moment, w którym wszystko, czego się nauczyłem, co wypracowałem sobie przez ostatnie lata, jakby odchodziło na bok. Wiedziałem, że to nie jest odpowiednia droga i powinniśmy się od siebie odsunąć, a mimo to czułem, jak moje ciało samo zaczyna się do niej zbliżać. Jej usta, zaczepnie przygryzione w niewypowiedzianym wyzwaniu, zdawały się być tak blisko, że mógłbym je dosłownie pocałować jednym ruchem. Ale czy to byłoby właściwe? Czy w tej chwili, z tym dreszczem przebiegającym po plecach i z tym gorącym uczuciem w głowie, nie zrobiłbym czegoś, czego będę żałować? Oboje będziemy...? Wiedziałem, że to może być kolejną najgłupszą decyzją w moim życiu, zdecydowaną topką debilizmu, zważywszy na okoliczności, ale nie potrafiłem się od niej odsunąć. Czułem, jak impuls we mnie rośnie, a tłumione pragnienie zaczyna wybuchać, mimo że jeszcze jakoś się hamowałem. Pierwszy raz od lat odczuwałem taki dylemat - czy postąpić zgodnie z własnym pragnieniem, czy jednak odsunąć się, zachować zimną krew, pozostać na stopie przyjacielskiej, bo tak byłoby łatwiej.
Patrzyłem na nią, a w mojej - o ironio, zarazem bardzo pustej - głowie kłębiły się myśli, które próbowałem zepchnąć na bok. Serce biło mi szybciej, oddech stał się ciężki, a w głowie wciąż powracało to jedno, nieodparte pragnienie. Patrzyłem na jej usta, czując na sobie spojrzenie, które nie pozwalało mi odwrócić wzroku. Nie chciałem się odsuwać, wycofywać się, ale jednocześnie miałem wrażenie, że to, co czuję, jest silniejsze od mojej woli, od zdrowego rozsądku, od wszystkiego, co próbowałem sobie wmówić jeszcze chwilę temu... I to było niepokojące, zupełnie nie pasowało do moich założeń - mieszało, komplikowało coś, co nie powinno być skomplikowane, bo nie powinno się wydarzyć. Wiedziałem, że to nie był żaden zbieg okoliczności - nie była to tylko iluzja, którą można rozproszyć, odwracając wzrok. To było coś głębszego, co budziło się od nowa, bo przecież już kiedyś się pojawiło, dawno, dawno temu, w innym miejscu, innym czasie, innym życiu. Tylko ona i ja, i ta atmosfera, tak gęsta, że można by w niej zawiesić nóż, chociaż tym razem nie wynikało to z nienawiści, lecz z czegoś innego, bardziej skomplikowanego, i dużo bardziej niekontrolowanego.
Chociaż próbowałem zmobilizować się do tego, by się od niej odsunąć, bo wiedziałem, że to byłaby odpowiedzialna decyzja, to i tak nie potrafiłem zrobić tego - to coś, co zaczęło się od tamtego pierwszego pocałunku, w tamtej chaotycznej chwili, wracało do mnie z podwójną siłą. Wreszcie zamknąłem oczy na chwilę, by się opanować, ale zaraz potem, kiedy znów je otworzyłem, dostrzegłem, że chuja to dało... Wystarczyło mrugnięcie oka, bym spostrzegł, że jej spojrzenie w dalszym ciągu było pełne tej samej intensywności, którą czułem we własnym ciele - nic się nie zmieniło. Reakcje Prudence nie były ukryte - widziałem, jak jej oddech przyspiesza, oczy rozświetlają się tym samym iskrami, które czułem w sobie... Jakbyśmy oboje byli na granicy czegoś, co nie miało nazwy, bo nie mieściło się w żadnych ramach, ani schematach... To nie przyjaźń - chujowo byłoby dalej upierać się, że przyjaciele zachowują się w ten sposób. To nie było jednostronne pragnienie, i to mnie najbardziej paraliżowało - bo gdyby tak było, łatwiej byłoby się od niej odsunąć, udawać, że nic się nie dzieje... Ale nie, to było coś więcej. Wpatrywałem się w nią, tak intensywnie, że chyba sam nie zdawałem sobie sprawy, kiedy zacząłem to robić... To - trudno byłoby to nazwać czymś innym, niż pożeraniem wzrokiem. Nie chodziło już jednak o to, jak to wyglądało, bo to było oczywiste, nawet nie próbowałem tego ukryć - za każdym razem, gdy odrobinę się poruszała, czułem, jak coś we mnie też drga, a gorąco, które wzbierało we mnie od środka, wrze - przepełnia mnie i nie pozwala mi odwrócić wzroku. Kurwa, wiedziałem, że to nie alkohol, bo znałem swoje możliwości.
Byliśmy dorośli, starsi, i najwyraźniej naprawdę niekoniecznie - tego też się nie dało ukryć - nie do końca odpowiedzialni za swoje zachowanie, bo gdyby tak było, odsunąłbym się... Odwróciłbym się od niej, nabrałbym dystansu, odciąłbym się od tego wszystkiego, co się między nami działo... Nie zrobiłem tego - wciąż stałem blisko, niby przytrzymując ją na motocyklu, by nie spadła, ale tak naprawdę nie musiałem tego robić, bo siedziała na nim bardzo stabilnie. Pochylałem się nad nią, patrząc tak długo, aż w końcu prawie zapomniałem, jak się oddycha.
Chciałem pociągnąć ją za wargę, zamknąć jej usta, nie pozwolić, by odwróciła wzrok, ani żeby się wycofała. Nie chciałem już dłużej ukrywać tego, co czuję - stałem tam, wpatrzony w jej usta, czując, jak każda sekunda przybliża mnie do decyzji, której unikałem. Powietrze między nami było tak gęste, że niemal można by w nim zawiesić nóż. Patrzyła na mnie, a ja nie chciałem uciekać od tego spojrzenia, nawet jeśli wiedziałem, że to głęboko coś zmienia. Silna wola słabła... To nie była tylko reakcja, to był manifest, jakbyśmy oboje zdawali sobie sprawę z tego, co nadchodzi, chociaż jeszcze nie do końca o tym mówiliśmy. Choć, czy musieliśmy cokolwiek mówić - to było wyraźne w oczach, w drganiu mięśni, w tym, jak się na mnie patrzyła, jak ja patrzyłem na nią. Zatrzymałem się w tym momencie, zamierając w niezbyt wygodnej pozycji, bo nie mogłem już dłużej powstrzymywać tego napięcia, ale nie miałem pojęcia, co z nim zrobić. Wiedziałem, że to nie jest zwykłe „pragnienie chwili” - to było coś, co się rozkręcało i mogłoby zmienić wszystko, nawet jeśli tylko na kilka dni. Próbowałem się opanować, ale moje myśli zaczęły odchodzić w stronę niebezpiecznego impulsu, który podpowiadał: „Nie odchodź. Zrób to.” Coraz bardziej nie mogłem się powstrzymać, i chociaż rozum mówił mi, że powinniśmy się odsunąć, ja wiedziałem, iż nie potrafię już tak postąpić, nie czując się przy tym, jakbym robił coś wbrew sobie. Wszystko we mnie krzyczało, żeby to zrobić - po prostu zaryzykować i dać się ponieść temu momentowi. Chciałem ją pocałować - cholernie mocno chciałem - tak, by nie było odwrotu. Chciałem być tym, który pociągnie ją za wargę, zamknie jej usta, ale tym razem nie na chwilę, nie na odczepne, lecz na dłużej.
Kurwa, nie chciałem tego zjebać, nie chciałem tego zniszczyć, nie chciałem, żeby wszystko poszło na marne... Nie chciałem się wycofać, choć wiedziałem, że powinniśmy, bo to było złe pod naprawdę wieloma względami - praktycznie zakazane w tym układzie, poza tym skrajnie głupie. To nie był czas ani miejsce na takie rzeczy, a jednak – kiedy na nią patrzyłem, czułem, jak wszystko wokół się rozmywa, jakby świat zwolnił, żebyśmy mieli czas na ten jeden, niepowtarzalny moment.
Jeszcze kilka chwil temu wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą, to teraz - nie, nic nie było już pod kontrolą. Zanim zdążyłem się powstrzymać, nachyliłem się jeszcze niżej, podniosłem dłoń, odgarniając jej włosy z szyi, czując pod palcami miękkość skóry, ciepło, które promieniowało przez ich czubki. Odsunąłem je delikatnie, bez wahania, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, i cicho mruknąłem wprost do jej ucha:
- Pamiętasz, sze szię pszyjaśnimy? - Słowa uciekły mi z ust, brzmiały lekko i swobodnie, ale jednocześnie z nutą przypomnienia, chociaż sam nie byłem pewien, czy to był głos rozsądku, czy raczej wezwanie do działania, a jeśli to drugie, to dla kogo... Jednak zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, półświadomie przesunąłem kciukiem dłoni po brzegu jej uda, po jej jeansach. Nie był to gest przypadkowy, chociaż może wyglądał tak na pierwszy rzut oka - to była próba, wyzwanie, sygnał - wiedziałem, że to może wszystko dodatkowo skomplikować. Z drugiej strony, czy nie było już trochę za późno na myślenie o tym, co mogło komplikować sytuację, skoro moment, w którym się znajdowaliśmy, nie pozwalał już na dyskretny odwrót?
W tym momencie moje usta były tak blisko jej skóry, że czułem jej ciepło i zapach - perfum, szamponu, medycznej sterylności, czegoś jeszcze - tego wszystkiego, co tworzyło jej unikalny aromat. Wciągnąłem głęboki oddech, czując, jak moje ciało samoczynnie się napina - jednocześnie wszystkie myśli, jakie jeszcze chwilę temu przelatywały przez moją skołowaną głowę, coraz bardziej się rozmywały. W dalszym ciągu stabilizowałem motocykl, żeby się nie wywrócił, ale to był tylko pretekst, bo w tej chwili niespecjalnie myślałem już o tym, żeby zabierać ją na przejażdżkę w teren. Myślałem tylko o niej, o tym, jak jej usta, jej wargi, mogłyby smakować bez posmaku dymu, gdybyśmy się pocałowali, już bez żadnych zahamowań. Moje ramiona, które jeszcze chwilę temu podtrzymywały ją na motocyklu, teraz napięły się jeszcze mocniej. Czułem się skołowany, postępując zupełnie impulsywnie, bez zastanowienia, podświadomie wiedząc, że to co robię, jest bardziej instynktowne niż planowane, ale mając to już zupełnie gdzieś. Przyciągnąłem ją bliżej, nie z troski o sprzęt, który mógłby się zachybotać i wywrócić, a z potrzeby, by poczuć ją w swoich ramionach - być blisko niej, mieć ją przy sobie.
- Przebacz, Pludence, ale to chyba jednak koniec naszej pszyjaśni. - Wiedziałem, że ten krótkotrwały lont kiedyś mnie doprowadzi do grobu, ale teraz, bezmyślnie, jeszcze bardziej zbliżyłem usta do jej ucha, pociągając zębami za jego płatek, a potem pocałowałem ją w szyję. Ta chwila, kiedy po raz pierwszy się całowaliśmy, jeszcze jako obcy sobie ludzie, wybudziła we mnie coś, co teraz zaczęło odżywać na nowo. Zaczepki zaczepkami, ale w tym momencie naprawdę czułem się jak chłopak, który nie potrafi się oprzeć pokusie - ktoś, kto od dawna czekał na ten moment, chociaż sam nie zdawał sobie z tego sprawy. To było coś głębszego, coś, co nie dawało mi spokoju od chwili, gdy stanęliśmy blisko siebie w tej jasnej przestrzeni i pierwszy raz spojrzeliśmy na siebie tak, jakbyśmy chcieli więcej. To zbyt wiele, żeby to zignorować - zbyt wiele, żeby udawać, że nic się nie dzieje.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)