28.04.2025, 18:34 ✶
Wchodząc zdecydowanie w trakcie prowadzonej rozmowy, mógł tylko domyślać się odnośnie tego, nad czym dyskutowali pozostali. Nie było to jednak specjalnie trudne, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich wszyscy się tu znaleźli. Londyn płonął. Stojąc w oknie mieszkania na ostatnim piętrze (nie licząc strychu, który przez skosy trudno było w ogóle tym piętrem nazwać; no, przynajmniej, gdy miało się więcej niż metr siedemdziesiąt) nie mógł nie zauważyć, że skala pożarów była cholernie duża. Nienaturalnie, śmiertelnie poważna.
Nie miał zielonego pojęcia, w jaki sposób to wyglądało w pozostałych częściach Londynu, bo razem z Geraldine ani na chwilę nie opuścili magicznej części miasta, ale łuna ognia rozciągała się po niebie praktycznie po horyzont. Jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. Nawet w najgorszych koszmarach (a ostatnio miewał ich wyjątkowo wiele i to bardzo szczegółowych) nie wyobrażał sobie, że może stać się uczestnikiem podobnych wydarzeń. Nawet wiedząc to, co wiedział i zdając sobie sprawę z nieustannego rozwoju konfliktu.
To mogło być czarnowidztwo, mogło być to przeczucie, szósty zmysł, interpretacja wyciągnięta na podstawie wniosków z dupy... ...wiele różnych rzeczy, ale ani przez chwilę nie wątpił bowiem, że to, co się dzieje ma jakiś związek z działaniami popleczników Voldemorta. To nie mogło być przypadkowe. Niewielkie zaprószenie, które zostało przegapione i nieoczekiwanie wyrwało się z pod kontroli zanim ktoś je ugasił, w ogóle nie wchodziło w grę. To nie było też zwyczajne podpalenie. Nawet synchroniczne, podłożone w kilku miejscach.
Ogień rozprzestrzeniał się zbyt szybko, sięgał za daleko. Zaledwie w przeciągu kilku chwil wszystko pogrążyło się w chaosie. Do tego ten popiół sypiący się z nieba. Ciemne, gęste, nienaturalnie szare chmury. Duszący pył wdzierający się nawet pod materiał osłaniający twarz.
Rzeczywiście. Pozostanie tutaj dłużej niż to było konieczne było nie tylko niewskazane, ale także zupełnie idiotyczne. Tyle tylko, że wyrwanie się z miasta, zanim upewnili się odnośnie bezpieczeństwa bliskich, nie było czymś, na co chcieli sobie pozwolić. Ani on, ani Geraldine. Wbrew pozorom, gdy chodziło o najbliższych, Ambroise miał naprawdę restrykcyjny kodeks moralny. W tym i prawdopodobnie tylko w tym jednym przypadku, nie licząc szpitala i podejścia do pacjentów.
Tu zresztą w dalszym ciągu był w kropce. Może o tym nie mówił. Jak do tej pory nie poruszył z Yaxleyówną tego tematu, bo mieli inne sprawy na głowie, ale wewnątrz usiłował wyklarować sobie jakiś plan działania. Nie powinien być bowiem obojętny na to, co musiało dziać się w Mungu.
Wbrew wszystkim ale, jakie miał do zarządu szpitala i podejmowanych tam decyzji, to było dla niego naprawdę istotne miejsce. Zdawał sobie sprawę z tego, że w tym momencie musiał tam panować zupełny chaos i każde ręce były na wagę złota. Tyle tylko, że musiał określać priorytety. Najpierw bezpieczeństwo najbliższych, później cała reszta.
Cholernie dobrze było usłyszeć, że osoby, do których się wybierali, były bezpieczne. Kiwnął zatem głową w kierunku Geraldine, jednak nie skomentował odpowiedzi, jaką od niej otrzymał, zamiast tego powstrzymując napad kaszlu. Ta przeklęta noc dopiero co się zaczęła a już odcisnęła na nim swoje piętno. Ucieczka przed agresywnym motłochem (co było całkiem trafnym określeniem, choć Roise go nie słyszał, dołączając później) zdecydowanie nadszarpnęła jego siły.
Cierpliwość także. Może dlatego zadał aż tak chaotyczne, nie do końca właściwie sformułowane pytanie. Nie miał pojęcia, że nie trafi ono do właściwego odbiorcy. W życiu nie założyłby, że Benjy nie miał bladego pojęcia, komu pomaga.
- No, Prudence - odpowiedział w pierwszej chwili, niemal wchodząc Eliasowi w dalszą część wypowiedzi.
Nie przez to, że nie chciał wysłuchać przyjaciela. Przez to, że zupełnie nie spodziewał się rozwinięcia odpowiedzi, bo to nie Bletchley był adresatem pytania. Choć teoretycznie to, że akurat on postanowił na nie odpowiedzieć, nie powinno być niczym dziwnym ani szczególnie niezrozumiałym. W końcu był bratem dziewczyny. Jednak ten monolog wciąż wzbudził w Greengrassie coś na kształt głębokiej wewnętrznej ochoty, by westchnąć.
Niestety nie mógł tego zrobić dostatecznie ciężko i wymownie, bo pojemność jego płuc zdawała się być nienaturalnie ograniczona. Drapało go w gardle, powstrzymywał przy tym kaszel, więc ostatecznie darował sobie ten rodzaj ekspresyjności, wysłuchując wszystkiego, co Elias miał do powiedzenia i dopiero wtedy ponownie formułując bardziej właściwą wypowiedź.
- Benjy z nią był, stąd to pytanie - tak, to było już chyba dużo jaśniejsze nakreślenie sytuacji.
Nie wydawało mu się zatem, by musiał dodawać coś więcej, tym razem bardziej otwarcie kierując wzrok na plecy Rookwooda. Oczekiwał, że po wywołaniu z imienia, ten wreszcie przestanie być cichociemny i wypowie się na temat tego, gdzie stracił swoją zgubę. Zapewne musiał gdzieś odstawić Prudence, bo raczej zdecydowanie by jej nie porzucił, skoro trudził się nosić ją na swoich plecach.
Czy było to Ministerstwo, czy jakakolwiek inna lokalizacja, Roise potrzebował tylko wiedzieć, że Prue była względnie bezpieczna. Bowiem w obliczu tego kataklizmu trudno byłoby powiedzieć, że ktokolwiek był tak naprawdę.
Słysząc dalszą wypowiedź przyjaciela dotyczącą spierdalania z miasta, Greengrass niemal automatycznie kiwnął głową, odpowiadając na spojrzenie Fenwicka, choć zaledwie kilka chwil później jego wzrok przeniósł się na Astarotha. Później zaś na Geraldine. To ona chyba powinna być tą, która to powie, prawda?
Nie miał zielonego pojęcia, w jaki sposób to wyglądało w pozostałych częściach Londynu, bo razem z Geraldine ani na chwilę nie opuścili magicznej części miasta, ale łuna ognia rozciągała się po niebie praktycznie po horyzont. Jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. Nawet w najgorszych koszmarach (a ostatnio miewał ich wyjątkowo wiele i to bardzo szczegółowych) nie wyobrażał sobie, że może stać się uczestnikiem podobnych wydarzeń. Nawet wiedząc to, co wiedział i zdając sobie sprawę z nieustannego rozwoju konfliktu.
To mogło być czarnowidztwo, mogło być to przeczucie, szósty zmysł, interpretacja wyciągnięta na podstawie wniosków z dupy... ...wiele różnych rzeczy, ale ani przez chwilę nie wątpił bowiem, że to, co się dzieje ma jakiś związek z działaniami popleczników Voldemorta. To nie mogło być przypadkowe. Niewielkie zaprószenie, które zostało przegapione i nieoczekiwanie wyrwało się z pod kontroli zanim ktoś je ugasił, w ogóle nie wchodziło w grę. To nie było też zwyczajne podpalenie. Nawet synchroniczne, podłożone w kilku miejscach.
Ogień rozprzestrzeniał się zbyt szybko, sięgał za daleko. Zaledwie w przeciągu kilku chwil wszystko pogrążyło się w chaosie. Do tego ten popiół sypiący się z nieba. Ciemne, gęste, nienaturalnie szare chmury. Duszący pył wdzierający się nawet pod materiał osłaniający twarz.
Rzeczywiście. Pozostanie tutaj dłużej niż to było konieczne było nie tylko niewskazane, ale także zupełnie idiotyczne. Tyle tylko, że wyrwanie się z miasta, zanim upewnili się odnośnie bezpieczeństwa bliskich, nie było czymś, na co chcieli sobie pozwolić. Ani on, ani Geraldine. Wbrew pozorom, gdy chodziło o najbliższych, Ambroise miał naprawdę restrykcyjny kodeks moralny. W tym i prawdopodobnie tylko w tym jednym przypadku, nie licząc szpitala i podejścia do pacjentów.
Tu zresztą w dalszym ciągu był w kropce. Może o tym nie mówił. Jak do tej pory nie poruszył z Yaxleyówną tego tematu, bo mieli inne sprawy na głowie, ale wewnątrz usiłował wyklarować sobie jakiś plan działania. Nie powinien być bowiem obojętny na to, co musiało dziać się w Mungu.
Wbrew wszystkim ale, jakie miał do zarządu szpitala i podejmowanych tam decyzji, to było dla niego naprawdę istotne miejsce. Zdawał sobie sprawę z tego, że w tym momencie musiał tam panować zupełny chaos i każde ręce były na wagę złota. Tyle tylko, że musiał określać priorytety. Najpierw bezpieczeństwo najbliższych, później cała reszta.
Cholernie dobrze było usłyszeć, że osoby, do których się wybierali, były bezpieczne. Kiwnął zatem głową w kierunku Geraldine, jednak nie skomentował odpowiedzi, jaką od niej otrzymał, zamiast tego powstrzymując napad kaszlu. Ta przeklęta noc dopiero co się zaczęła a już odcisnęła na nim swoje piętno. Ucieczka przed agresywnym motłochem (co było całkiem trafnym określeniem, choć Roise go nie słyszał, dołączając później) zdecydowanie nadszarpnęła jego siły.
Cierpliwość także. Może dlatego zadał aż tak chaotyczne, nie do końca właściwie sformułowane pytanie. Nie miał pojęcia, że nie trafi ono do właściwego odbiorcy. W życiu nie założyłby, że Benjy nie miał bladego pojęcia, komu pomaga.
- No, Prudence - odpowiedział w pierwszej chwili, niemal wchodząc Eliasowi w dalszą część wypowiedzi.
Nie przez to, że nie chciał wysłuchać przyjaciela. Przez to, że zupełnie nie spodziewał się rozwinięcia odpowiedzi, bo to nie Bletchley był adresatem pytania. Choć teoretycznie to, że akurat on postanowił na nie odpowiedzieć, nie powinno być niczym dziwnym ani szczególnie niezrozumiałym. W końcu był bratem dziewczyny. Jednak ten monolog wciąż wzbudził w Greengrassie coś na kształt głębokiej wewnętrznej ochoty, by westchnąć.
Niestety nie mógł tego zrobić dostatecznie ciężko i wymownie, bo pojemność jego płuc zdawała się być nienaturalnie ograniczona. Drapało go w gardle, powstrzymywał przy tym kaszel, więc ostatecznie darował sobie ten rodzaj ekspresyjności, wysłuchując wszystkiego, co Elias miał do powiedzenia i dopiero wtedy ponownie formułując bardziej właściwą wypowiedź.
- Benjy z nią był, stąd to pytanie - tak, to było już chyba dużo jaśniejsze nakreślenie sytuacji.
Nie wydawało mu się zatem, by musiał dodawać coś więcej, tym razem bardziej otwarcie kierując wzrok na plecy Rookwooda. Oczekiwał, że po wywołaniu z imienia, ten wreszcie przestanie być cichociemny i wypowie się na temat tego, gdzie stracił swoją zgubę. Zapewne musiał gdzieś odstawić Prudence, bo raczej zdecydowanie by jej nie porzucił, skoro trudził się nosić ją na swoich plecach.
Czy było to Ministerstwo, czy jakakolwiek inna lokalizacja, Roise potrzebował tylko wiedzieć, że Prue była względnie bezpieczna. Bowiem w obliczu tego kataklizmu trudno byłoby powiedzieć, że ktokolwiek był tak naprawdę.
Słysząc dalszą wypowiedź przyjaciela dotyczącą spierdalania z miasta, Greengrass niemal automatycznie kiwnął głową, odpowiadając na spojrzenie Fenwicka, choć zaledwie kilka chwil później jego wzrok przeniósł się na Astarotha. Później zaś na Geraldine. To ona chyba powinna być tą, która to powie, prawda?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down