29.04.2025, 14:34 ✶
Nawet nie słuchałem tego, co mówił Elias. Po co miałbym słuchać? Nie obchodziło mnie to, tak naprawdę mnie to nie obchodziło, co nie było żadnym zaskoczeniem. Przecież niemal każdy tutaj zdawał się być świadomy, że nie darzyłem Prudence sympatią, zresztą od dawna i zdecydowanie z wzajemnością. Nie komentowałem tego, nie mówiłem, że to nie czas na te tematy, bo miałem w sobie trochę empatii - wiedziałem, że mowa o kimś bliskim dla przynajmniej jednej, a może nawet dwóch osób z naszego otoczenia - no, dla Eliasa na pewno, a i chyba też dla Ambroise’a, skoro pytał o Prue, co było dziwne, ale no ok, coś musiało się zmienić - ale dla mnie… To po prostu był ktoś, z kim nie łączyły mnie dobre relacje.
Zostałem z tyłu, powstrzymując tupanie nogą i rozważając, jaka jest najlepsza droga z miasta, gdy nagle usłyszałem moje imię. Nie spodziewałem się, że to pytanie skierowane jest akurat do mnie. Instynktownie przeniosłem wzrok na Ambroise’a, próbując przetrawić tę niespodziewaną informację, chociaż praktycznie od razu poczułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w głowę - skołowany, nic nie rozumiejący, jakby dopiero miało do mnie dotrzeć, że zaraz zemdleję, bo dostałem cios w potylicę. Ostatnie sekundy przed tragedią...
Na zewnątrz nie pokazałem niczego, co zdradziłoby moje zaskoczenie, lecz w głowie zaczęły kłębić mi się myśli - szczególnie te obrazy i fakty, które zaczęły powoli układać się w spójną całość. Jasne, nie dałem tego po sobie poznać, ale w środku byłem zupełnie zbity z tropu. Wcześniej słyszałem coś o ministerstwie, w wypowiedzi Eliasa, teraz jakby mnie oświeciło i zacząłem intuicyjnie łączyć kropki - dostrzegałem powiązania, które do tej pory były ukryte albo nie do końca jasne. Tak, jakby puzzle same zaczęły wskakiwać na miejsce w układance. Chociażby to, że miałem wrażenie, że ta kobieta to ktoś, kto był dla mnie znajomy, chociaż nie potrafiłem od razu przypisać tego do konkretnych wspomnień. Wcześniej, kilka dni temu, podczas tej akcji z kotem w zaułku, kiedy miałem okazję przyjrzeć się jej lepiej, też wydawała mi się do kogoś podobna.
Starałem się zachować spokój, chociaż w tym momencie mój żołądek zrobił fikołka, podczas gdy umysł próbował znaleźć logiczne wyjaśnienie tego wszystkiego. Próbowałem się opanować, mrugając dwukrotnie, jakby to miało mi pomóc zresetować myśli, ale to było na nic.
W tym momencie wszystko było już jasne. Wypaliłem w myślach: „O chuj, o kurwa, serio?” - poprzedzone i uzupełnione o wiele innych, niecenzuralnych określeń. Nie mogłem tego wykrztusić, nie wyrzuciłem z siebie tego na głos, bo wiedziałem, że to byłoby zbyt głupie, bezpośrednio wskazywałoby na to, że nie miałem pojęcia, co odwaliłem, gdy to odstawiałem. Szczególnie przy tym, co się stało na koniec naszej rozmowy przed ministerstwem. Zamiast tego, poczekałem, aż emocje opadną, próbując poukładać myśli.
W końcu odpowiedziałem normalnie, chociaż z ciężkim oddechem:
- Zoształa sgalnięta pszes placowników, plóbujących opanowaś tłum przed gmachem. Jusz jeszt w plasy, co oznacza, sze plawdopodobnie jeszt najbespieszniejsza s nas wsystkich. - To chyba było najważniejsze w tym momencie - że jest pod opieką, już jest w miejscu, gdzie jest względnie bezpieczna, na pewno nie stoi w sercu pożaru w jakiejś kamienicy. - Ma szię stamtąd nie luszaś. - Dodałem, bo mi to obiecała - raczej nie miałem podstaw, by kwestionować to, czy jest na tyle inteligentna, żeby nie wracać na ulicę.
Milczałem przez chwilę, gdy reszta ustalała, co dalej. Nie odzywałem się, bo moje myśli były zbyt chaotyczne, bym mógł znaleźć jakieś sensowne słowa. Próbowałem ogarnąć wszystko, co właśnie się wydarzyło, i zrozumieć, co to oznacza, starając się opanować cały ten natłok wrażeń, który kłębił się we mnie. Czekałem, aż reszta się zdecyduje. Wiedziałem, że czas nie jest po naszej stronie, a każda sekunda może przeważyć szalę na jedną lub drugą stronę, ale nie zamierzałem nikogo pospieszać - jeszcze.
Gdy Gerda zaczęła się rządzić, próbując przejąć kontrolę nad sytuacją, przeniosłem wzrok na Astarotha - spojrzałem na niego wymownie, chociaż nie powiedziałem nic na głos. Wzruszyłem ramionami, dając mu do zrozumienia, że nie mam jakiejkolwiek kontroli nad tym, co się teraz dzieje, i że jedyne, co możemy zrobić, to się zbierać i iść dalej.
W końcu, już bez zbędnych słów, powiedziałem:
- Wobes tego, chyba musimy szię zbielaś. Nie ma na co czekaś, lepiej lusyś, zanim bęsie za póśno. - To było jedyne, co mogłem dodać, choć w głębi duszy czułem, że opuszczenie Londynu to dopiero początek przeprawy - nie miałem złudzeń, że jeszcze wszystko się wyjaśni, cel, sens tego, co się stało, i raczej będzie to dużo bardziej druzgocące niż ktokolwiek mógłby zakładać - ale na razie musieliśmy działać szybko.
Od tego momentu, wszystko zależało od tego, jak szybko uda nam się opuścić płonące miasto i jak skutecznie zorganizujemy dalsze kroki. Wiedziałem, że czas nie jest po naszej stronie - musimy działać natychmiast, bo każda minuta zwłoki to wystawianie się na śmiertelne zagrożenie, które może nadejść w każdej chwili. Kamienica jeszcze stała, ale to nie było bezpiecznie schronienie.
Zostałem z tyłu, powstrzymując tupanie nogą i rozważając, jaka jest najlepsza droga z miasta, gdy nagle usłyszałem moje imię. Nie spodziewałem się, że to pytanie skierowane jest akurat do mnie. Instynktownie przeniosłem wzrok na Ambroise’a, próbując przetrawić tę niespodziewaną informację, chociaż praktycznie od razu poczułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w głowę - skołowany, nic nie rozumiejący, jakby dopiero miało do mnie dotrzeć, że zaraz zemdleję, bo dostałem cios w potylicę. Ostatnie sekundy przed tragedią...
Na zewnątrz nie pokazałem niczego, co zdradziłoby moje zaskoczenie, lecz w głowie zaczęły kłębić mi się myśli - szczególnie te obrazy i fakty, które zaczęły powoli układać się w spójną całość. Jasne, nie dałem tego po sobie poznać, ale w środku byłem zupełnie zbity z tropu. Wcześniej słyszałem coś o ministerstwie, w wypowiedzi Eliasa, teraz jakby mnie oświeciło i zacząłem intuicyjnie łączyć kropki - dostrzegałem powiązania, które do tej pory były ukryte albo nie do końca jasne. Tak, jakby puzzle same zaczęły wskakiwać na miejsce w układance. Chociażby to, że miałem wrażenie, że ta kobieta to ktoś, kto był dla mnie znajomy, chociaż nie potrafiłem od razu przypisać tego do konkretnych wspomnień. Wcześniej, kilka dni temu, podczas tej akcji z kotem w zaułku, kiedy miałem okazję przyjrzeć się jej lepiej, też wydawała mi się do kogoś podobna.
Starałem się zachować spokój, chociaż w tym momencie mój żołądek zrobił fikołka, podczas gdy umysł próbował znaleźć logiczne wyjaśnienie tego wszystkiego. Próbowałem się opanować, mrugając dwukrotnie, jakby to miało mi pomóc zresetować myśli, ale to było na nic.
W tym momencie wszystko było już jasne. Wypaliłem w myślach: „O chuj, o kurwa, serio?” - poprzedzone i uzupełnione o wiele innych, niecenzuralnych określeń. Nie mogłem tego wykrztusić, nie wyrzuciłem z siebie tego na głos, bo wiedziałem, że to byłoby zbyt głupie, bezpośrednio wskazywałoby na to, że nie miałem pojęcia, co odwaliłem, gdy to odstawiałem. Szczególnie przy tym, co się stało na koniec naszej rozmowy przed ministerstwem. Zamiast tego, poczekałem, aż emocje opadną, próbując poukładać myśli.
W końcu odpowiedziałem normalnie, chociaż z ciężkim oddechem:
- Zoształa sgalnięta pszes placowników, plóbujących opanowaś tłum przed gmachem. Jusz jeszt w plasy, co oznacza, sze plawdopodobnie jeszt najbespieszniejsza s nas wsystkich. - To chyba było najważniejsze w tym momencie - że jest pod opieką, już jest w miejscu, gdzie jest względnie bezpieczna, na pewno nie stoi w sercu pożaru w jakiejś kamienicy. - Ma szię stamtąd nie luszaś. - Dodałem, bo mi to obiecała - raczej nie miałem podstaw, by kwestionować to, czy jest na tyle inteligentna, żeby nie wracać na ulicę.
Milczałem przez chwilę, gdy reszta ustalała, co dalej. Nie odzywałem się, bo moje myśli były zbyt chaotyczne, bym mógł znaleźć jakieś sensowne słowa. Próbowałem ogarnąć wszystko, co właśnie się wydarzyło, i zrozumieć, co to oznacza, starając się opanować cały ten natłok wrażeń, który kłębił się we mnie. Czekałem, aż reszta się zdecyduje. Wiedziałem, że czas nie jest po naszej stronie, a każda sekunda może przeważyć szalę na jedną lub drugą stronę, ale nie zamierzałem nikogo pospieszać - jeszcze.
Gdy Gerda zaczęła się rządzić, próbując przejąć kontrolę nad sytuacją, przeniosłem wzrok na Astarotha - spojrzałem na niego wymownie, chociaż nie powiedziałem nic na głos. Wzruszyłem ramionami, dając mu do zrozumienia, że nie mam jakiejkolwiek kontroli nad tym, co się teraz dzieje, i że jedyne, co możemy zrobić, to się zbierać i iść dalej.
W końcu, już bez zbędnych słów, powiedziałem:
- Wobes tego, chyba musimy szię zbielaś. Nie ma na co czekaś, lepiej lusyś, zanim bęsie za póśno. - To było jedyne, co mogłem dodać, choć w głębi duszy czułem, że opuszczenie Londynu to dopiero początek przeprawy - nie miałem złudzeń, że jeszcze wszystko się wyjaśni, cel, sens tego, co się stało, i raczej będzie to dużo bardziej druzgocące niż ktokolwiek mógłby zakładać - ale na razie musieliśmy działać szybko.
Od tego momentu, wszystko zależało od tego, jak szybko uda nam się opuścić płonące miasto i jak skutecznie zorganizujemy dalsze kroki. Wiedziałem, że czas nie jest po naszej stronie - musimy działać natychmiast, bo każda minuta zwłoki to wystawianie się na śmiertelne zagrożenie, które może nadejść w każdej chwili. Kamienica jeszcze stała, ale to nie było bezpiecznie schronienie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)