30.04.2025, 01:13 ✶
Lyssę w gruncie rzeczy bolało, że prezentowała się w ten sposób. Że dla niektórych była rozkapryszoną, rozemocjonowaną dziewczyną, ale gdzieś po drodze przekonała samą siebie, że skoro już miało tak być to powinna wyglądać, jakby wcale tego nie żałowała. Emocje jednak nie zawsze chciały się jej poddawać i trzymać na wodzy, bo były wynikiem wszystkiego, co do niej napływało. Widziała, słyszała i czuła zbyt wiele, a świat był taki ogromny. Umysł pakował do oporu w siebie każdy detal i najmniejszą głupotę, gotując się od ilości posiadanych informacji. Ile można było dokładać do czegoś energii, zanim ze złączeń zacznie syczeć para, a całe naczynie spróbuje się rozpaść?
Chciała być grzeczna i ułożona. Chciała być damą, która zawsze wiedziała jak powinna się zachować i co powiedzieć. Udawało się jej to na tyle, na ile mogła, ale wszystko czego było za dużo wreszcie rozrywało ją od środka. Wstydziła się tego i nawet w tym momencie spąsowiała nieco, patrząc na wróżbitę spod zmarszczonych w niezadowoleniu brew, chociaż tę reakcję można było zrzucić właśnie na to - na złość i fanaberie rozpieszczonej pannicy. I dobrze.
Wciągnęła powietrze z oburzeniem, widząc jego reakcję. Nienawidziła go - bo widziała jak silna nić wiązała go z jej ojcem, ale z drugiej strony zwyczajnie lubiła, bo przecież Peregrinus wcale nie był kimś złym. Nie. W gruncie rzeczy był dobrym i opiekuńczym człowiekiem i gdyby nie fakt że skryte w niej dziecko konkurowało z nim o uwagę Vakela, to pewnie skończyłby w podobny sposób jak dużo mężczyzn w jej otoczeniu - zadurzyłaby się w nim.
- To że ja tasowałam nie ma nic do rzeczy. To nie poker, żebym liczyła karty - fuknęła złośliwie, krzywiąc się przy tym i zerkając na Cassandrę, ale jakoś tak z rozpędu, jakby przypomniała sobie o jej obecności tylko dlatego, że spojrzał na nią Trelawney. Cóż, trochę tak było, bo pani Dolohov siedziała głęboko w swoim własnym świecie, od dłuższej chwili patrząc się jak przygłupia w przestrzeń. Może była to cena za napisanie średniej jakości podręcznika do szkoły.
- Oh, no oczywiście - prychnęła znowu, kołysząc głową z przedrzeźniającą manierą. - Ale niech będzie. Cassandro, potasujesz nam karty?
Chciała być grzeczna i ułożona. Chciała być damą, która zawsze wiedziała jak powinna się zachować i co powiedzieć. Udawało się jej to na tyle, na ile mogła, ale wszystko czego było za dużo wreszcie rozrywało ją od środka. Wstydziła się tego i nawet w tym momencie spąsowiała nieco, patrząc na wróżbitę spod zmarszczonych w niezadowoleniu brew, chociaż tę reakcję można było zrzucić właśnie na to - na złość i fanaberie rozpieszczonej pannicy. I dobrze.
Wciągnęła powietrze z oburzeniem, widząc jego reakcję. Nienawidziła go - bo widziała jak silna nić wiązała go z jej ojcem, ale z drugiej strony zwyczajnie lubiła, bo przecież Peregrinus wcale nie był kimś złym. Nie. W gruncie rzeczy był dobrym i opiekuńczym człowiekiem i gdyby nie fakt że skryte w niej dziecko konkurowało z nim o uwagę Vakela, to pewnie skończyłby w podobny sposób jak dużo mężczyzn w jej otoczeniu - zadurzyłaby się w nim.
- To że ja tasowałam nie ma nic do rzeczy. To nie poker, żebym liczyła karty - fuknęła złośliwie, krzywiąc się przy tym i zerkając na Cassandrę, ale jakoś tak z rozpędu, jakby przypomniała sobie o jej obecności tylko dlatego, że spojrzał na nią Trelawney. Cóż, trochę tak było, bo pani Dolohov siedziała głęboko w swoim własnym świecie, od dłuższej chwili patrząc się jak przygłupia w przestrzeń. Może była to cena za napisanie średniej jakości podręcznika do szkoły.
- Oh, no oczywiście - prychnęła znowu, kołysząc głową z przedrzeźniającą manierą. - Ale niech będzie. Cassandro, potasujesz nam karty?