30.04.2025, 09:16 ✶
Słyszał słowa wampira. Słyszał słowa Scarlett, która najwyraźniej szukała w nim jakiegoś zaprzeczenia. Ale teraz istotna była tylko koperta. Znał ten charakter pisma zbyt dobrze. Nie wierzył Delaney’owi, ale wierzył jego przeszłości. Wierzył wszystkim tym traumom przed którymi nie zdołała go uchronić wieczność. Ale co ważniejsze Baldwin Malfoy zawsze wierzył Lorraine. Cokolwiek działo się na górze - musiało być poważne.
W milczeniu wpatrywał się w buteleczkę z eliksirem. Obrócił ją w palcach, parokrotnie czytając etykietę. Ochrona przed ogniem.
Schował fiolkę wewnętrznej kieszeni szaty. Ot profilaktycznie, na przyszłość.
Nie oglądaj się za siebie.
Słowa z listu kołatały mu w głowie jak zdarta płyta. Co tam się kurwa działo?
Zaczął powoli i metodycznie… zbierać kredki Fridy do pudełka. Czuł na sobie ciężki, wkurwiony wzrok wampira.
- Malfoy, do kur…
- Wiem. - Uciął ostro. W końcu jedyną kredką na stole była ta, którą zaaferowana Frida właśnie kolorowała swoje najnowsze dzieło.- Ktoś jeszcze wie? - Wieści rozchodziły się tu szybko. Czasem zbyt szybko. Gdy Del wzruszył w odpowiedzi ramionami, Malfoy machnął różdżką w stronę gramofonu przełączając muzykę na bardziej skrzekliwą, skoczną, jednego z tych niszowych magicznych zespołów co nagrali jedną płytę i rozpłynęli się w powietrzu. Nagła zmiana zwróciła w jego stronę niemal wszystkie oczy w lokalu. Podniósł się z krzesła. Wzniósł do góry swoją pustą szklankę.
- BIERZCIE I PIJCIE Z TEGO WSZYSCY MOŚCI PANOWIE. KOLEJKA NA KOSZT EURYDYKI! DZIŚ BAWIMY SIĘ DO BIAŁEGO RANA!- Zawołał serdecznie, po czym bez mrugnięcia, nie tracąc na moment szerokiego uśmiechu, słuchając wiwatów i oburzonego skrzeku Sabriny, zniżył głos do szeptu.- Scar, wychodzimy. Teraz.- Nie chciał paniki. Nie chciał kotłującego się tłumu przy schodach i chaosu jaki się z pewnością rozpęta, gdy się w końcu wszyscy dowiedzą. Nie, kiedy miał swoje dziecko w samym środku podziemnych ścieżek.
Nie mogli tu zostać. Nie pod ziemią.
Poczekał moment, aż Mulciberówna zbierze się ze swoimi rzeczami i Fridą. Ucałował czółko dziewczynki, która wcale nie wyglądała na zadowoloną, że musi porzucić całkiem dobrą zabawę. Wydęła usteczka w podkówkę przytulając do siebie różową kredkę i niedokończony rysunek.
- Wiesz co mi Delaney właśnie powiedział, hm? - Założył jeden z blond kosmyków, który uciekł spod warkocza, za uszko ghoulki.- Że Rozalinda mu powiedziała, że strasznie za tobą tęskni i ma dla ciebie niespodziankę.
Frida może i nic nie mówiła, ale Frida nie potrzebowała słów, żeby spojrzeć na tatę z miną jasno mówiącą, że mu kompletnie nie wierzy i pieprzy jakieś bzdury. Przecież nie była dzieckiem! Ona wiedziała, że Rozalinda nic nie mówi! A jakby mówiła to mówiłaby do niej, a nie do żadnego starego pana jak Delaney. Zmusił się do szerokiego uśmiechu.
- Poważnie. Ponoć znalazła całą paczkę żuków w czekoladzie. I powiedziała mu, że są specjalnie dla ciebie! Prawda, Del?
Dziewczynka odwróciła głowę, aż niebezpiecznie skrzypnęły jej szwy trzymające szyję. Zmrużyła podejrzliwie oczy. Wampir uniósł ręce w obronnym geście czując na sobie morderczy wzrok Malfoy'a.
- Co... Yeee, tak. Tak. Yyy żuki. Tak mi powiedziała. Ta no. No.
- Rozalinda.- Dokończył za niego blondyn.
W między czasie modlił się w duchu do dowolnego bóstwa, żeby te pieprzone cukierki jeszcze były, schowane głęboko w szafce. W końcu ghoulka się rozpogodziła, pozwalając sobie zapiąć wreszcie płaszczyk pod szyją. Najwyraźniej uznała, że wampiry już tak mają, że potrafią rozmawiać z Rozalindą. Może powinna zostać wampirem? Ale czy można być wampirem bez jednego trzewiczka? Wychyliła się lekko w ramionach Scarlett. No tak. Stary pan, kolega taty, miał aż dwa buty. Nie przemyślała tego wcześniej. Ale może jeśli poprosi potwora ze studni, to jej odda buta?
Narzucił na ramiona swoją pelerynę.
Nie odwracaj się.
Parsknął pod nosem. Ani myślał się odwracać za rozbawionym tłumem, który z jednej darmowej kolejki zrobił sobie w krótkim czasie dwie, potem trzy. Skinął tylko informatorowi głową, wyprowadzając swoje panny z galerii. A potem z Podziemnych Ścieżek, wprost w szalejący po Londynie ogień.
W milczeniu wpatrywał się w buteleczkę z eliksirem. Obrócił ją w palcach, parokrotnie czytając etykietę. Ochrona przed ogniem.
Schował fiolkę wewnętrznej kieszeni szaty. Ot profilaktycznie, na przyszłość.
Nie oglądaj się za siebie.
Słowa z listu kołatały mu w głowie jak zdarta płyta. Co tam się kurwa działo?
Zaczął powoli i metodycznie… zbierać kredki Fridy do pudełka. Czuł na sobie ciężki, wkurwiony wzrok wampira.
- Malfoy, do kur…
- Wiem. - Uciął ostro. W końcu jedyną kredką na stole była ta, którą zaaferowana Frida właśnie kolorowała swoje najnowsze dzieło.- Ktoś jeszcze wie? - Wieści rozchodziły się tu szybko. Czasem zbyt szybko. Gdy Del wzruszył w odpowiedzi ramionami, Malfoy machnął różdżką w stronę gramofonu przełączając muzykę na bardziej skrzekliwą, skoczną, jednego z tych niszowych magicznych zespołów co nagrali jedną płytę i rozpłynęli się w powietrzu. Nagła zmiana zwróciła w jego stronę niemal wszystkie oczy w lokalu. Podniósł się z krzesła. Wzniósł do góry swoją pustą szklankę.
- BIERZCIE I PIJCIE Z TEGO WSZYSCY MOŚCI PANOWIE. KOLEJKA NA KOSZT EURYDYKI! DZIŚ BAWIMY SIĘ DO BIAŁEGO RANA!- Zawołał serdecznie, po czym bez mrugnięcia, nie tracąc na moment szerokiego uśmiechu, słuchając wiwatów i oburzonego skrzeku Sabriny, zniżył głos do szeptu.- Scar, wychodzimy. Teraz.- Nie chciał paniki. Nie chciał kotłującego się tłumu przy schodach i chaosu jaki się z pewnością rozpęta, gdy się w końcu wszyscy dowiedzą. Nie, kiedy miał swoje dziecko w samym środku podziemnych ścieżek.
Nie mogli tu zostać. Nie pod ziemią.
Poczekał moment, aż Mulciberówna zbierze się ze swoimi rzeczami i Fridą. Ucałował czółko dziewczynki, która wcale nie wyglądała na zadowoloną, że musi porzucić całkiem dobrą zabawę. Wydęła usteczka w podkówkę przytulając do siebie różową kredkę i niedokończony rysunek.
- Wiesz co mi Delaney właśnie powiedział, hm? - Założył jeden z blond kosmyków, który uciekł spod warkocza, za uszko ghoulki.- Że Rozalinda mu powiedziała, że strasznie za tobą tęskni i ma dla ciebie niespodziankę.
Frida może i nic nie mówiła, ale Frida nie potrzebowała słów, żeby spojrzeć na tatę z miną jasno mówiącą, że mu kompletnie nie wierzy i pieprzy jakieś bzdury. Przecież nie była dzieckiem! Ona wiedziała, że Rozalinda nic nie mówi! A jakby mówiła to mówiłaby do niej, a nie do żadnego starego pana jak Delaney. Zmusił się do szerokiego uśmiechu.
- Poważnie. Ponoć znalazła całą paczkę żuków w czekoladzie. I powiedziała mu, że są specjalnie dla ciebie! Prawda, Del?
Dziewczynka odwróciła głowę, aż niebezpiecznie skrzypnęły jej szwy trzymające szyję. Zmrużyła podejrzliwie oczy. Wampir uniósł ręce w obronnym geście czując na sobie morderczy wzrok Malfoy'a.
- Co... Yeee, tak. Tak. Yyy żuki. Tak mi powiedziała. Ta no. No.
- Rozalinda.- Dokończył za niego blondyn.
W między czasie modlił się w duchu do dowolnego bóstwa, żeby te pieprzone cukierki jeszcze były, schowane głęboko w szafce. W końcu ghoulka się rozpogodziła, pozwalając sobie zapiąć wreszcie płaszczyk pod szyją. Najwyraźniej uznała, że wampiry już tak mają, że potrafią rozmawiać z Rozalindą. Może powinna zostać wampirem? Ale czy można być wampirem bez jednego trzewiczka? Wychyliła się lekko w ramionach Scarlett. No tak. Stary pan, kolega taty, miał aż dwa buty. Nie przemyślała tego wcześniej. Ale może jeśli poprosi potwora ze studni, to jej odda buta?
Narzucił na ramiona swoją pelerynę.
Nie odwracaj się.
Parsknął pod nosem. Ani myślał się odwracać za rozbawionym tłumem, który z jednej darmowej kolejki zrobił sobie w krótkim czasie dwie, potem trzy. Skinął tylko informatorowi głową, wyprowadzając swoje panny z galerii. A potem z Podziemnych Ścieżek, wprost w szalejący po Londynie ogień.
Koniec sesji