30.04.2025, 18:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.04.2025, 18:44 przez Hannibal Selwyn.)
O szczęście niepojęte, jego wysiłki znalazły uznanie w oczach gniewnej Muzy!
Skinął głową w podziękowaniu za słowa uznania. Usiadł na podłodze w miejscu, gdzie zostawił swoje rzeczy, zdjął pointy i poruszył najpierw oswobodzonymi palcami stóp, a potem ramionami, rozkoszując się lekką bolesnością przetrenowanych pleców. Emocje opuściły go, przekute w ruch zastąpione przyjemnym uczuciem pustki, czystego, spokojnego umysłu.
On również nie miał już nic do picia. Obrzucił bezradnym spojrzeniem widownię, w którą Lauretta cisnęła pustą butelkę i sięgnął po różdżkę. Rozłożył nogi szeroko, rozciągając ścięgna pod kolanami i mięśnie ud i odwrócony plecami do Lauretty, by nie widziała jego ewentualnej porażki, machnął różdżką.
Zmęczenie czterema godzinami pracy z tekstem “Ekstazy” i kolejnymi czterema wymagającego treningu okazało się jednak zbyt silne dla jego magicznych zdolności. Zaklęcie nie zadziałało, a on wzruszył zrezygnowany ramionami. Wstał i zeskakując ze sceny, zawołał do partnerki:
- Gdzie wywaliłaś tamtą butelkę? Przyniosę wody!
Rozejrzał się po widowni, poszukując flaszki - wolał nie ryzykować kolejnego nieudanego zaklęcia. Jego ego było już wystarczająco obolałe.
Kucnął niezgrabnie, zaglądając pod fotele tak, jak zrobiłby to pierwszy lepszy czarodziej, bez swojej zwykłej kokieterii. Teraz, w tym krótkim momencie wyczerpania i spokoju, kiedy jego ciało nie wołało już o nic poza odpoczynkiem, mógł się zdobyć na porzucenie pozy, na bycie przez chwilę po prostu zmęczonym, obolałym tancerzem. Jak ona - a więc było ich dwoje. Drużyna.
Taniec to sport zespołowy, pomyślał głosem Carlosa, ty i pozostali tancerze na scenie musicie współpracować, a nie udowadniać własną wyższość.
Hannibal nigdy nie wiedział, czy się zgadza. Kiedyś próbował kłócić się, że niekoniecznie, że przecież każdy tancerz pracuje na własną karierę… “Zatańcz ze mną, skoro tak!” - mówił wtedy Carlos. I sprowadzał Hannibala do parteru swoim doświadczeniem. Zmuszał go do piruetów, wyskoków i niemal akrobacji leżących tuż poza granicą umiejętności ucznia, na tyle blisko, by Hannibal, pełen młodzieńczej buńczuczności i przekonania o własnej wszechmocy podejmował wyzwanie, ale na tyle daleko, by błąd kosztował go upadek. Carlos nigdy wtedy nie łagodził tego upadku, nie kompensował tego błędu. “Rozumiesz teraz?” - pytał, patrząc obojętnie, jak Selwyn zbiera się z podłogi.
Zaryzykował spojrzenie na Laurettę, zastanawiając się, czy bezpiecznie jest w ogóle się odzywać.
- Z muzyką nie muszę wyobrażać sobie rytmu i nie zastanawiam się nad tempem. Obiecuję, że do premiery będę klękał lekko, jak piórko. Dźwigniemy to, nie martw się! - rzucił w jej stronę zanim zanurkował między fotele. Wynurzył się ze stęknięciem i zwycięskim gestem uniósł cudownie ocaloną od stłuczenia butelkę w górę.
Skinął głową w podziękowaniu za słowa uznania. Usiadł na podłodze w miejscu, gdzie zostawił swoje rzeczy, zdjął pointy i poruszył najpierw oswobodzonymi palcami stóp, a potem ramionami, rozkoszując się lekką bolesnością przetrenowanych pleców. Emocje opuściły go, przekute w ruch zastąpione przyjemnym uczuciem pustki, czystego, spokojnego umysłu.
On również nie miał już nic do picia. Obrzucił bezradnym spojrzeniem widownię, w którą Lauretta cisnęła pustą butelkę i sięgnął po różdżkę. Rozłożył nogi szeroko, rozciągając ścięgna pod kolanami i mięśnie ud i odwrócony plecami do Lauretty, by nie widziała jego ewentualnej porażki, machnął różdżką.
Kształtowanie III - stworzenie dwóch butelek zimnej wody
Rzut Z 1d100 - 3
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Zmęczenie czterema godzinami pracy z tekstem “Ekstazy” i kolejnymi czterema wymagającego treningu okazało się jednak zbyt silne dla jego magicznych zdolności. Zaklęcie nie zadziałało, a on wzruszył zrezygnowany ramionami. Wstał i zeskakując ze sceny, zawołał do partnerki:
- Gdzie wywaliłaś tamtą butelkę? Przyniosę wody!
Rozejrzał się po widowni, poszukując flaszki - wolał nie ryzykować kolejnego nieudanego zaklęcia. Jego ego było już wystarczająco obolałe.
Kucnął niezgrabnie, zaglądając pod fotele tak, jak zrobiłby to pierwszy lepszy czarodziej, bez swojej zwykłej kokieterii. Teraz, w tym krótkim momencie wyczerpania i spokoju, kiedy jego ciało nie wołało już o nic poza odpoczynkiem, mógł się zdobyć na porzucenie pozy, na bycie przez chwilę po prostu zmęczonym, obolałym tancerzem. Jak ona - a więc było ich dwoje. Drużyna.
Taniec to sport zespołowy, pomyślał głosem Carlosa, ty i pozostali tancerze na scenie musicie współpracować, a nie udowadniać własną wyższość.
Hannibal nigdy nie wiedział, czy się zgadza. Kiedyś próbował kłócić się, że niekoniecznie, że przecież każdy tancerz pracuje na własną karierę… “Zatańcz ze mną, skoro tak!” - mówił wtedy Carlos. I sprowadzał Hannibala do parteru swoim doświadczeniem. Zmuszał go do piruetów, wyskoków i niemal akrobacji leżących tuż poza granicą umiejętności ucznia, na tyle blisko, by Hannibal, pełen młodzieńczej buńczuczności i przekonania o własnej wszechmocy podejmował wyzwanie, ale na tyle daleko, by błąd kosztował go upadek. Carlos nigdy wtedy nie łagodził tego upadku, nie kompensował tego błędu. “Rozumiesz teraz?” - pytał, patrząc obojętnie, jak Selwyn zbiera się z podłogi.
Zaryzykował spojrzenie na Laurettę, zastanawiając się, czy bezpiecznie jest w ogóle się odzywać.
- Z muzyką nie muszę wyobrażać sobie rytmu i nie zastanawiam się nad tempem. Obiecuję, że do premiery będę klękał lekko, jak piórko. Dźwigniemy to, nie martw się! - rzucił w jej stronę zanim zanurkował między fotele. Wynurzył się ze stęknięciem i zwycięskim gestem uniósł cudownie ocaloną od stłuczenia butelkę w górę.