30.04.2025, 20:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:00 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
wczesne przedpołudnie | 10/09/1972 | wybrzeże North Devon
Jechaliśmy przez znajome zakamarki - zakręty, które znałem na pamięć, wąskie fragmenty połaci terenu pełne kamieni i spękań - na oko nie wyglądały stabilnie, ale wiedziałem, gdzie można przycisnąć, a gdzie lepiej puścić gaz. Wjechaliśmy w znajomą dolinkę, a potem w górę, szutrową drogą, która od zawsze wydawała się bardziej ścieżką niż czymś, po czym rozsądnie byłoby jechać na dwóch kółkach. Mgła opadła chwilę wcześniej, ale powietrze wciąż było ciężkie, wilgotne, osiadające na karku, a słońce nie zdecydowało, czy chciało się dziś w ogóle pokazać. Świat wyglądał, jakby dopiero miał się obudzić, ale jeszcze się namyślał, czy warto. Pochmurno było już od samego świtu, światło rozlewało się płasko, bez ostrości - to mi nie przeszkadzało. Właściwie... Chyba nawet pasowało. Ta atmosfera miała w sobie coś znanego. Połowa września - ten moment, kiedy wszystko powoli zaczyna umierać, ale jeszcze nikt tego nie przyznaje.Droga w górę wiodła przez wrzosowiska, coraz bardziej zdziczałe o tej porze roku. Jeszcze nie zupełnie fioletowe, ale już nie letnie. Jesień wkradała się powoli, ale stanowczo - liście jeszcze nie spadały, lecz ich kolor mówił jedno - lato minęło, i chociaż nie było bardzo chłodno, czułem już zapowiedź nadchodzących ciemnych i szarych miesięcy, wraz z nutą dymu unoszącą w powietrzu, dolatującą z kominów oddalonych domostw na wrzosowiskach. Wiatr uderzał w twarz, dudnił w uszach, postawiał w ustach smak kurzu i soli, niósł ze sobą lekki zapach morza.
Nie zabierałem Prue nad morze, niezupełnie, ale pozwalałem, by morze od czasu do czasu przypomniało o sobie. W oddali, w świetle, które łamało się na szarej linii horyzontu gdzieś po prawej. W lusterku mignęły jej włosy, lekko rozwiane - uśmiechnąłem się sam do siebie i dodałem gazu na krótkim, stromym wzniesieniu. Prowadziłem pewnie, nieco szybciej niż wypadałoby po wypiciu kilku głębszych... A może wręcz przeciwnie - dokładnie tak, jak się to powinno robić, żeby się przed kimś popisać...
Zatrzymałem się tuż przy punkcie, który znałem od dziecka - nie było tabliczki, nie było niczego oprócz głazu z wyrytym inicjałem jakiegoś człowieka i starego pnia, który kiedyś służył za ławkę, ale teraz wyglądało na to, że już dawno spróchniał. Silnik zamruczał jeszcze przez chwilę, potem zamilkł. Otoczyła nas cisza, przywana tylko szumem liści i oddechem. Poczułem jej ruch za plecami - delikatne przesunięcie ciężaru, napięcie mięśni. Odwróciłem głowę przez ramię - tak, by spojrzenie Prudence spotkało moje - nadal bez słów, ale z czymś, co trudno było zignorować. Uśmiechnąłem się do niej - nieznacznie, ale przyjemnie. Nie rozmawialiśmy przez całą dwudziestominutową drogę, bo nie było ku temu warunków, więc, gdy się odezwałem, mój głos zabrzmiał na trochę zachrypnięty - zdecydowanie zaschło mi w gardle, ale od czego mieliśmy tyle alkoholu...
- Teras, niestety, musimy tlochę podejś... - Powiedziałem, zniżając głos, by zabrzmieć bardziej obiecująco. - Ale bęsie walto. - Działałem bez pośpiechu - zaczekałem, aż Prudence się zsunie albo zeskoczy, dopiero kiedy stanęła już obok, sam zszedłem z motocykla. Kurz osiadł mi na ramionach, spodniach i butach, dosłownie, więc otrzepałem się leniwie, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, na koniec potrząsnąwszy głową. Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni i rozejrzałem się na boki, potem w stronę południa. Spojrzałem w kierunku południowego zbocza, gdzie między dwoma wzgórzami rozciągała się niepozorna ścieżka. Prowadziła... Tam, gdzie trzeba.
Nie miałem pojęcia, czy Prudence wiedziała o mnie i Corneliusie. O tym, że właściwie razem się wychowaliśmy. Nie był moim bratem, ale nikt nie był mi bliższy, nie wtedy, nie w tamtych latach. Nie byliśmy rodziną, ale byliśmy blisko. Z Ursulą również, co chyba już odnotowała, chociaż za tym kryła się głębsza i bardziej ponura historia - jedna z takich, którą można było opowiadać właśnie pochmurną, melancholijną jesienią, słysząc skrzek odlatujących gęsi i zawodzenie zimnego, przejmującego wiatru. Nie dziś.
Wizyty w okolicy to były inne dni, czasem całe tygodnie lata. Wtedy, kiedy matka znowu leżała, coraz bardziej nieobecna, coraz ciszej oddychająca - była znów chora albo może wtedy to zawsze była ciąża, nie pamiętałem, wiele rzeczy przechodziła chyba tak samo ciężko, ale dla dzieciaka wszystko zlewało się w jedno. Ojciec znikał w rozjazdach, całe szczęście. Wtedy ciotka Corneliusa, zresztą jedyna osoba z dorosłych, która nie zapominała o istnieniu dzieci, nawet, gdy nie trzeba było ich zrugać, by się wyżyć, postanawiała nas zabrać do Appledore. Nie byliśmy braćmi - on był jej, ja byłem... Tym drugim, ale... Praktycznie się razem wychowaliśmy - kiedy Ursula wracała do Appledore, mając sposobność zabrać mnie z domu, ciągnęła nas obu ze sobą jak koty w torbie, nie pytając o zdanie, a my... No cóż, dostosowaliśmy się. Ta ścieżka, ten punkt, te wrzosowiska, ten kurz - wszystko znałem z tamtych lat. Z mokrych skarpet, potłuczonych kolan, zgubionych kieszonkowych latarek i rozmów, które urywały się tylko wtedy, gdy zaczynał się prawdziwie rzęsisty deszcz - sztorm, nie burza.
- Appledole. Jesteśmy balso blisko losinnego miasta Colneliusa, no, nie lisząs Londynu. - Rzuciłem mimochodem, zerkając w bok, gdzie ścieżka ginęła za wzniesieniem. W pewnym stopniu wychowaliśmy się tam, ja i Cornelius, wśród zakurzonych mebli i zapachu naftaliny, ucząc się, jak czytać znaki, których nikt nam nie tłumaczył. - Co śmiesniejse, gdybyśmy chcieli tam dojechaś motocyklem, to tlasą zajęłoby nam to więsej nisz na piechotę. To jedno s nielisznych miejsc tutaj, gdzie pieszo jeszt zdesydowanie szybsiej... O ile nie mas nic pszeciwko temu, szeby się pszy tym posządnie zmoczyś. - Nie wiedziałem, czy wiedziała, co miałem na myśli. Czy ktoś jej kiedyś opowiedział, że tak właściwie, to nasza dwójka zawsze była sobie najbliższa, nawet jeśli w czasach szkolnych na to wcale nie wyglądało, bo trzymaliśmy się już w kupie. Nie tłumaczyłem jej, czemu to wspomniałem - nie byłem pewien, czy chciałem, żeby wiedziała. Już padło między nami dosyć dużo - wtedy w tej piwnicy. Nie powiedziałem, że z Corneliusem robiliśmy to latami - brnęliśmy przez krzaki, tą ścieżką przez pola i błoto, potem w górę, aż do tego punktu, zanim jeszcze umieliśmy dobrze czytać znaki, których i tak tu było niewiele, zanim ktokolwiek z nas wiedział, jak bardzo czas potrafi wszystko zmienić. Czasem tylko po to, żeby usiąść i milczeć. W tamtych dniach nie liczyło się nic poza drogą, dobrą zabawą, dziecięcym poczuciem wolności. Teraz - już się liczyło.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)