30.04.2025, 23:24 ✶
Nie sądziłem, że się tu jeszcze kiedykolwiek znajdę, a już na pewno nie z nią. Nie tak wyobrażałem sobie ten poranek, kiedy otwierałem oczy - nie sądziłem, że Prudence kiedykolwiek będzie siedzieć za mną na motocyklu, w mojej kurtce, z ramionami owiniętymi wokół mnie tak mocno, jakbyśmy jechali znacznie dalej niż tylko przez wrzosowiska. Czułem jej ciepło na plecach, włosy, co jakiś czas muskające materiał koszulki, oddech przedzierający się przez bawełniany splot i pobudzający skórę. Tego rodzaju bliskość… To nie było dla nas typowe - nie musiała się mnie tak trzymać, wiedziałem o tym, wiedziałem też, że to nie było tylko dla utrzymania równowagi. To był ten rodzaj bliskości, którego wcześniej między nami nie było... I pewnie w żadnych zwyczajnych okolicznościach by się nie pojawił, ale po pożarach Londynu, po tym, co się stało dwa dni temu - coś się przesunęło. Granica się rozmyła, i kiedy dziś rano znów ją przekroczyliśmy, już bez tych niepewnych spojrzeń i przypadkowych dotknięć, dając sobie na to więcej czasu, wszystko się jakoś... Wyjaśniło - albo przynajmniej przestało wymagać wyjaśnień. Nie byliśmy przyjaciółmi zbyt długo, może z pół godziny, może godzinę - potem to już była inna historia. Nawet jeśli to wszystko miało datę ważności, było tylko chwilowe, trochę nie do końca właściwe - nie przejmowaliśmy się tym, nie dziś.
Droga była stroma, a grunt podsypany luźnym kamieniem, ale znałem tę trasę - nie zmieniła się przez piętnaście lat, bo nie miała, czemu, po co, jak - wiedziałem, na co mogę sobie pozwolić. Niebo było ciężkie - szarość rozlewała się równomiernie, nie groziła deszczem, ale też nie dawała światła. Dzień nie mógł się zdecydować, czy naprawdę chce się zacząć. W końcu dotarliśmy na miejsce. Zatrzymałem motor, ustawiłem go stabilnie na podłożu i kopnąłem podpórkę, zanim jeszcze usłyszałem jej komentarz.
- Domyślam szię, sze moszes lubiś spasely. - Powiedziałem, zerkając w górę stoku. - Ale to bęsie tlochę balsiej stlome podejsie nisz w palku w miesie. - Nie czekałem na odpowiedź. Słowa wypowiedziałem odruchowo, z tym lekkim rozbawieniem, które pojawiało się, kiedy ona próbowała mnie zaczepiać w ten swój nieoczywisty sposób, dyskredytując moje całkiem uprzejme komentarze i to, że wolałem ją uprzedzić o wyzwaniu, jakie na nas czekało.
Odwróciłem się i spojrzałem na zbocze. Nic się tu właściwie nie zmieniło - nie było tu zbyt wiele nowych elementów - może parę więcej głazów zostało obrośniętych mchem, może wrzosy były bardziej zdziczałe, może tylko ja byłem starszy... Ale droga nadal była ta sama, co wtedy, przed laty, pojawiło się może raptem kilka nowych kolein, jakieś kamienie zostały przesunięte przez czas i buty innych. Przed nami, za nami, praktycznie wokół nas rozpościerały się wrzosowiska - zgaszony fiolet, szarozieleń i rdzawy odcień podmokłych traw zaczynających szykować się do tego, żeby przyschnąć wraz z nadejściem jesieni. Kiwnąłem głową - mechanicznie i bez refleksji - raczej do samego siebie, niż do niej. Z jednej strony wszystko wyglądało tak samo, z drugiej - wiedziałem, że ten czas minął. Piętnaście lat... Prawie połowa życia...
Spojrzałem przed siebie - wysoko, w miejsce, gdzie ścieżka znikała między wzgórzami. Była wąska, nieoznaczona, ale pamiętałem ją z dzieciństwa, dochodząc do wniosku, że kiedyś była szersza, albo po prostu wtedy miałem krótsze nogi i mniej rozbudowane bary...
Zerknąłem jeszcze raz w stronę Prue, gdy się odezwała, potem znów na ścieżkę. Kiwnąłem głową, bez większego namysłu, nieświadomie. Tak jak czasem człowiek kiwa, żeby potwierdzić, że coś rzeczywiście miało miejsce i jeszcze istnieje.
Nie zastanawiałem się nad tym, co Prudence dokładnie chciała powiedzieć przez tamten komentarz. Jej komentarz potraktowałem jak każde inne, zwykłe spostrzeżenie. W szkole nie zdawała się szczególnie zainteresowana naszą paczką, trzymała się raczej z boku, zresztą nic dziwnego. Wtedy wydawało się, że kumpluję się ze wszystkimi równo, mogła nie zauważyć mojego powiązania z Corio, zwłaszcza że usiłowałem się od niego odróżniać, bo w dzieciństwie, z wiadomych względów, wyglądaliśmy zbyt podobnie. W szkole trzymałem się ze wszystkimi po równo, przynajmniej z początku, a potem... Przez chwilę to Ambroise był najbliżej - tak to wyglądało z boku - do czasu, aż zaczęliśmy się kłócić o Alice, chociaż ten temat nigdy nie wypłynął poza nasze wspólne dormitorium, a w oczach otoczenia mogło to wyglądać, jak nagła tendencja do cięcia się o wszystko - o nic, o zasady, których żaden z nas nie miał. Romulus też miał swoje do dodania - jak zwykle w takich sytuacjach, jak zwykle... W ogóle. Romulus zawsze mówił swoje. Z Corneliusem było podobnie. Tyle że to było bardziej osobiste, mocniejsze - kłótnie, które potrafiły wżerać się pod skórę. Zanim zniknąłem z Alice, prawie wszystko się posypało - niemal każda moja relacja. Oni nie rozumieli moich decyzji, ja chyba też ich nie rozumiałem, ale to było piętnaście lat temu.
- Tak, mosna tak powiedzieś. - Odparłem - spojrzałem na nią przelotnie, bez szczególnej emocji. - Znamy szię, odkąd mieliśmy po tszy lata, plaktysznie szię lasem wychowywaliśmy. - Nie dodałem nic więcej, nie było potrzeby - i tak powiedziałem więcej, niż planowałem. Nie wiedziałem, ile właściwie o mnie wie, ale nigdy nie była mną szczególnie zainteresowana. W naszych dawnych relacjach nie było miejsca na coś głębszego. Zakładałem więc, że wie niewiele. Nasze relacje w przeszłości nie sprzyjały temu, by chciała mnie poznawać. Może słyszała coś od brata, może nic. W drugą stronę wyglądało to inaczej. Znałem ją lepiej, niż ona myślała - przyjaźń z jej bratem zrobiła swoje. Przez chwilę, dawno temu, naprawdę mi się podobała, ale z czasem jej sposób bycia, ta niedostępność podszyta wywyższającym się spojrzeniem - to wszystko zaczęło mnie drażnić. Chciałem ją poznać, zanim zaczęła mnie irytować tym byciem... Niedotykalną, niedostępną.
Teraz jednak była tu, w mojej kurtce obok mnie. Patrzyłem, jak wiatr rozwiewa jej brązowe włosy. Wydawała się mniejsza niż pamiętałem. Drobniejsza. A może to tylko ta za duża kurtka robiła takie wrażenie. Teraz, patrząc na nią kątem oka, widziałem tylko wiatr w jej włosach, moją kurtkę, która sięgała jej mocno poniżej kolan, i drobną sylwetkę... I znowu zaczęło robić mi się goręcej - coraz bardziej zdradliwie gorąco... A potem spojrzałem na jej lakierki. Parsknąłem cicho, niemal tak samo, jak wtedy w garażu. Nie musiałem nic mówić. Podłoże było nierówne, kamienie zdradliwe, a ona miała te buciki, które nadawały się bardziej na bruk niż na wrzosowiska. Poza tym... Po tym, co się wydarzyło w domu Ursuli, trudno było mówić o nas jak o znajomych, nie byliśmy też przyjaciółmi - nie szukaliśmy definicji, było jak było. Tymczasowe, może nie do końca właściwe - ale czy to miało teraz znaczenie? Nie tutaj, nie wśród wrzosów, nie na tej drodze.
Pochyliłem się, odpiąłem sakwę z motocykla i przerzuciłem ją sobie przez lewe ramię, bez pośpiechu. Wtedy, gdy stanęła bliżej, wyciągnąłem prawe ramię w jej stronę - zupełnie naturalnie, nie myśląc. Trudno było nazwać nas neutralnymi, a więc... To, co między nami było teraz - jakkolwiek to nazwać - przypominało randkę. Tylko z tą różnicą, że nikt się do niej nie przygotowywał. Mieliśmy tydzień, może mniej, normalnie nie bawiłbym się w coś takiego, w te wszystkie uprzejmości, ale ta myśl była całkiem miła. Uśmiechnąłem się lekko i potrząsnąłem głową, twierdząco.
- Tak. Moszemy iś.
Droga była stroma, a grunt podsypany luźnym kamieniem, ale znałem tę trasę - nie zmieniła się przez piętnaście lat, bo nie miała, czemu, po co, jak - wiedziałem, na co mogę sobie pozwolić. Niebo było ciężkie - szarość rozlewała się równomiernie, nie groziła deszczem, ale też nie dawała światła. Dzień nie mógł się zdecydować, czy naprawdę chce się zacząć. W końcu dotarliśmy na miejsce. Zatrzymałem motor, ustawiłem go stabilnie na podłożu i kopnąłem podpórkę, zanim jeszcze usłyszałem jej komentarz.
- Domyślam szię, sze moszes lubiś spasely. - Powiedziałem, zerkając w górę stoku. - Ale to bęsie tlochę balsiej stlome podejsie nisz w palku w miesie. - Nie czekałem na odpowiedź. Słowa wypowiedziałem odruchowo, z tym lekkim rozbawieniem, które pojawiało się, kiedy ona próbowała mnie zaczepiać w ten swój nieoczywisty sposób, dyskredytując moje całkiem uprzejme komentarze i to, że wolałem ją uprzedzić o wyzwaniu, jakie na nas czekało.
Odwróciłem się i spojrzałem na zbocze. Nic się tu właściwie nie zmieniło - nie było tu zbyt wiele nowych elementów - może parę więcej głazów zostało obrośniętych mchem, może wrzosy były bardziej zdziczałe, może tylko ja byłem starszy... Ale droga nadal była ta sama, co wtedy, przed laty, pojawiło się może raptem kilka nowych kolein, jakieś kamienie zostały przesunięte przez czas i buty innych. Przed nami, za nami, praktycznie wokół nas rozpościerały się wrzosowiska - zgaszony fiolet, szarozieleń i rdzawy odcień podmokłych traw zaczynających szykować się do tego, żeby przyschnąć wraz z nadejściem jesieni. Kiwnąłem głową - mechanicznie i bez refleksji - raczej do samego siebie, niż do niej. Z jednej strony wszystko wyglądało tak samo, z drugiej - wiedziałem, że ten czas minął. Piętnaście lat... Prawie połowa życia...
Spojrzałem przed siebie - wysoko, w miejsce, gdzie ścieżka znikała między wzgórzami. Była wąska, nieoznaczona, ale pamiętałem ją z dzieciństwa, dochodząc do wniosku, że kiedyś była szersza, albo po prostu wtedy miałem krótsze nogi i mniej rozbudowane bary...
Zerknąłem jeszcze raz w stronę Prue, gdy się odezwała, potem znów na ścieżkę. Kiwnąłem głową, bez większego namysłu, nieświadomie. Tak jak czasem człowiek kiwa, żeby potwierdzić, że coś rzeczywiście miało miejsce i jeszcze istnieje.
Nie zastanawiałem się nad tym, co Prudence dokładnie chciała powiedzieć przez tamten komentarz. Jej komentarz potraktowałem jak każde inne, zwykłe spostrzeżenie. W szkole nie zdawała się szczególnie zainteresowana naszą paczką, trzymała się raczej z boku, zresztą nic dziwnego. Wtedy wydawało się, że kumpluję się ze wszystkimi równo, mogła nie zauważyć mojego powiązania z Corio, zwłaszcza że usiłowałem się od niego odróżniać, bo w dzieciństwie, z wiadomych względów, wyglądaliśmy zbyt podobnie. W szkole trzymałem się ze wszystkimi po równo, przynajmniej z początku, a potem... Przez chwilę to Ambroise był najbliżej - tak to wyglądało z boku - do czasu, aż zaczęliśmy się kłócić o Alice, chociaż ten temat nigdy nie wypłynął poza nasze wspólne dormitorium, a w oczach otoczenia mogło to wyglądać, jak nagła tendencja do cięcia się o wszystko - o nic, o zasady, których żaden z nas nie miał. Romulus też miał swoje do dodania - jak zwykle w takich sytuacjach, jak zwykle... W ogóle. Romulus zawsze mówił swoje. Z Corneliusem było podobnie. Tyle że to było bardziej osobiste, mocniejsze - kłótnie, które potrafiły wżerać się pod skórę. Zanim zniknąłem z Alice, prawie wszystko się posypało - niemal każda moja relacja. Oni nie rozumieli moich decyzji, ja chyba też ich nie rozumiałem, ale to było piętnaście lat temu.
- Tak, mosna tak powiedzieś. - Odparłem - spojrzałem na nią przelotnie, bez szczególnej emocji. - Znamy szię, odkąd mieliśmy po tszy lata, plaktysznie szię lasem wychowywaliśmy. - Nie dodałem nic więcej, nie było potrzeby - i tak powiedziałem więcej, niż planowałem. Nie wiedziałem, ile właściwie o mnie wie, ale nigdy nie była mną szczególnie zainteresowana. W naszych dawnych relacjach nie było miejsca na coś głębszego. Zakładałem więc, że wie niewiele. Nasze relacje w przeszłości nie sprzyjały temu, by chciała mnie poznawać. Może słyszała coś od brata, może nic. W drugą stronę wyglądało to inaczej. Znałem ją lepiej, niż ona myślała - przyjaźń z jej bratem zrobiła swoje. Przez chwilę, dawno temu, naprawdę mi się podobała, ale z czasem jej sposób bycia, ta niedostępność podszyta wywyższającym się spojrzeniem - to wszystko zaczęło mnie drażnić. Chciałem ją poznać, zanim zaczęła mnie irytować tym byciem... Niedotykalną, niedostępną.
Teraz jednak była tu, w mojej kurtce obok mnie. Patrzyłem, jak wiatr rozwiewa jej brązowe włosy. Wydawała się mniejsza niż pamiętałem. Drobniejsza. A może to tylko ta za duża kurtka robiła takie wrażenie. Teraz, patrząc na nią kątem oka, widziałem tylko wiatr w jej włosach, moją kurtkę, która sięgała jej mocno poniżej kolan, i drobną sylwetkę... I znowu zaczęło robić mi się goręcej - coraz bardziej zdradliwie gorąco... A potem spojrzałem na jej lakierki. Parsknąłem cicho, niemal tak samo, jak wtedy w garażu. Nie musiałem nic mówić. Podłoże było nierówne, kamienie zdradliwe, a ona miała te buciki, które nadawały się bardziej na bruk niż na wrzosowiska. Poza tym... Po tym, co się wydarzyło w domu Ursuli, trudno było mówić o nas jak o znajomych, nie byliśmy też przyjaciółmi - nie szukaliśmy definicji, było jak było. Tymczasowe, może nie do końca właściwe - ale czy to miało teraz znaczenie? Nie tutaj, nie wśród wrzosów, nie na tej drodze.
Pochyliłem się, odpiąłem sakwę z motocykla i przerzuciłem ją sobie przez lewe ramię, bez pośpiechu. Wtedy, gdy stanęła bliżej, wyciągnąłem prawe ramię w jej stronę - zupełnie naturalnie, nie myśląc. Trudno było nazwać nas neutralnymi, a więc... To, co między nami było teraz - jakkolwiek to nazwać - przypominało randkę. Tylko z tą różnicą, że nikt się do niej nie przygotowywał. Mieliśmy tydzień, może mniej, normalnie nie bawiłbym się w coś takiego, w te wszystkie uprzejmości, ale ta myśl była całkiem miła. Uśmiechnąłem się lekko i potrząsnąłem głową, twierdząco.
- Tak. Moszemy iś.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)