01.05.2025, 11:37 ✶
– A ty jesteś czarownicą czy mugolką? – zapytałem, zupełnie na serio, w reakcji na tę jawną dyskryminację różowej sierści. – To biedny kociak ze schroniska. Mój przyjaciel go adoptował. Zatroszczył się o stworzenie. – Ugryzłem się w język, zanim dorzuciłem, że może to właśnie taka panna jak ona wyrzuciła kiedyś futrzaka na bruk, gdy znudził się jako tester kosmetyków do brwi. Nie wypada. Nie przy ewakuacji. Szczególnie że była funkcjonariuszką publiczną. Mogłem przez to wpaść w większe tarapaty.
No i tyle z tej randki. Tyle z nadziei na pomoc specjalistki. Nie żeby była w moim typie – za młoda, za gniewna i zero szminki. A przecież miałem dziś spotkać się z dojrzałą kobietą, taką co wie, co robić z oczami i nogami. A zamiast tego...
Trafiłem na gnomią wersję kadeta. Myślę, że Heather Wood została jednak usunięta z drużyny Qudditcha, tylko publika jeszcze o tym nie wiedziała. Im dłużej na nią patrzyłem, tym bardziej miałem wrażenie, że ktoś przez przypadek wziął ją do oddziału, bo nie wypadało takiej gwieździe powiedzieć nie.
Pani Dyskompetencja.
– Panie Puszku, o ciebie się nie martwię, ty to przeżyjesz każdy kataklizm. Ale ty, Mała Kulko Rozkoszy? – zwróciłem się do kotki w ramionach, przytulając ją bliżej. – Damy radę z podróżą przez Fiuu, prawda? Bez traumy, bez mdłości?
Okryję ją szczelniej marynarką, schowam wręcz w sobie, zapnę guziki. Damy radę. Jakoś. Nie uważałem by to ujmowało mojej godności. Wręcz przeciwnie.
– To tak... ogólnie... wy tam coś robicie w tym Ministerstwie? Czy tylko siedzicie i rozdmuchujecie papiery po biurkach? – rzuciłem w stronę Heather. Lekko, z ciekawością, choć była w tych pytaniach nuta, spora nuta wścibskości.
Wyglądała na zaskoczoną. Albo znużoną. Albo niezainteresowaną, bo ciągle się rozglądała po dachach, zamiast skupić uwagę na potrzebującym poszkodowanym obywatelu. Albo po prostu miała tę jedną minę do wszystkiego – trochę zrezygnowaną, trochę gotową rzucić czymś ciężkim.
Była pocieszna. Jak te pieski, co są za małe, żeby coś ugryźć, ale za bardzo się starają. Pewnie robiła za maskotkę oddziału, nosili ją na plecach przez pół roku, aż dostała prawdziwą najprawdziwszą odznakę. A teraz próbowała nią świecić, ale magia ledwo zipała.
– Mogłabyś mi podać Pana Puszka? – zapytałem, wskazując na kota przy moich stopach. – Jak się schylę, to Lilka wyłapie moment i nawieje. Wiesz, jak to jest z kobietami – rzuciłem żartem, w ogóle nie komentując tych jej uwag na temat paniki. Nie będę przecież dyskutował z osobą kompletnie nieznającą tematu o psychologii. Chociaż... te bezsensowne żarty... Ugodziła mnie prosto w serce, więc może dlatego byłem nieco bardziej oschły niż zwykle.
No i tyle z tej randki. Tyle z nadziei na pomoc specjalistki. Nie żeby była w moim typie – za młoda, za gniewna i zero szminki. A przecież miałem dziś spotkać się z dojrzałą kobietą, taką co wie, co robić z oczami i nogami. A zamiast tego...
Trafiłem na gnomią wersję kadeta. Myślę, że Heather Wood została jednak usunięta z drużyny Qudditcha, tylko publika jeszcze o tym nie wiedziała. Im dłużej na nią patrzyłem, tym bardziej miałem wrażenie, że ktoś przez przypadek wziął ją do oddziału, bo nie wypadało takiej gwieździe powiedzieć nie.
Pani Dyskompetencja.
– Panie Puszku, o ciebie się nie martwię, ty to przeżyjesz każdy kataklizm. Ale ty, Mała Kulko Rozkoszy? – zwróciłem się do kotki w ramionach, przytulając ją bliżej. – Damy radę z podróżą przez Fiuu, prawda? Bez traumy, bez mdłości?
Okryję ją szczelniej marynarką, schowam wręcz w sobie, zapnę guziki. Damy radę. Jakoś. Nie uważałem by to ujmowało mojej godności. Wręcz przeciwnie.
– To tak... ogólnie... wy tam coś robicie w tym Ministerstwie? Czy tylko siedzicie i rozdmuchujecie papiery po biurkach? – rzuciłem w stronę Heather. Lekko, z ciekawością, choć była w tych pytaniach nuta, spora nuta wścibskości.
Wyglądała na zaskoczoną. Albo znużoną. Albo niezainteresowaną, bo ciągle się rozglądała po dachach, zamiast skupić uwagę na potrzebującym poszkodowanym obywatelu. Albo po prostu miała tę jedną minę do wszystkiego – trochę zrezygnowaną, trochę gotową rzucić czymś ciężkim.
Była pocieszna. Jak te pieski, co są za małe, żeby coś ugryźć, ale za bardzo się starają. Pewnie robiła za maskotkę oddziału, nosili ją na plecach przez pół roku, aż dostała prawdziwą najprawdziwszą odznakę. A teraz próbowała nią świecić, ale magia ledwo zipała.
– Mogłabyś mi podać Pana Puszka? – zapytałem, wskazując na kota przy moich stopach. – Jak się schylę, to Lilka wyłapie moment i nawieje. Wiesz, jak to jest z kobietami – rzuciłem żartem, w ogóle nie komentując tych jej uwag na temat paniki. Nie będę przecież dyskutował z osobą kompletnie nieznającą tematu o psychologii. Chociaż... te bezsensowne żarty... Ugodziła mnie prosto w serce, więc może dlatego byłem nieco bardziej oschły niż zwykle.