Westchnęła dość płytko, ciągle krztusząc się dymem i pyłem, kiedy z końca jej różdżki wytrysnął strumień wody. Może niezbyt pokaźny jak na jej możliwości, ale lepsze to, niż nic, zwłaszcza, że Cal czarował tutaj wiatr pozwalający im oddychać i zobaczyć coś więcej poza szaroburość przysłaniającą całą scenerię. Można powiedzieć, że zgrali się ze sobą, bo pożar przygasł, a pył opadł i teraz mogli lepiej przyjrzeć się sytuacji.
A ta nie była za ciekawa.
W głowie Ginny przez moment ziała pustka, później napłynęły wszystkie znane jej przekleństwa w różnych językach (nauczone od, jakże by inaczej, Cathala). Rozglądała się czujnie, lekko mrużąc oczy. Zauważyła osobę, próbującą się wydostać z dziury, widziała kogoś przy murach, wydawało jej się też, że ktoś jest całkowicie przysypany… chyba że to były szmaty. Cholera, nie było dobrze. McGonagall próbowała się rozeznać w tej sytuacji, by wybrać, komu powinna udzielić pomocy na samym początku i to był ten moment, w którym Cathal się ruszył. I to w stronę, w którą, jak uznała, sama powinna się udać – do nieprzysypanego, rannego pracownika, tego, który najpewniej wcześniej krzyczał. I nim sama zdążyła się ruszyć, Shafiq zeskoczył, a potem stracił równowagę.
Szlag by to wszystko – pomyślała i odwróciła się do tyłu, mając nadzieję, że Tim nie stał w miejscu jak słup soli.
– Pomóż im się wydostać – rzuciła do niego, czując, że jak ktoś zaraz nie zacznie rzucać bezpośrednich komend, to zaczną tutaj wszyscy biegać jak kurczaki z obciętą głową po placu, gdy do ciała jeszcze nie dotarło, że brakuje najważniejszej części ciała. Miała rzecz jasna na myśli osobę, która próbowała się wygrzebać z dziury, gdzie ciągle obsypywała się ziemia. I tej osobie, która była na dnie… O ile ktoś tam był. Niech dobry Horus ma ich w opiece – przebiegło jej przez myśl, nim sama zmieniła się w kota i susem, bez wahania, skoczyła w dół, licząc na to, że w tej formie będąc znacznie lżejsza, ziemia nie będzie się pod nią osuwać, nie uruchomi przypadkiem jakiejś paskudnej pułapki, i że ogólnie będzie zwinniejsza i szybsza, by przedostać się do tych błysków w głębi, tam gdzie leżał ktoś, kto nie był przysypany. Przede wszystkim należało zachować spokój.
Dopiero, gdy bezpiecznie znalazła się na dole, powróciła do swojej ludzkiej postaci.
– Cal, żyjesz? – rzuciła do niego, ale jej uwaga znajdowala się teraz przy tym leżącym. Żył, nie żył? Sprawdziła puls.